Coiren zacisnęła usta, ale tylko na chwilę. Jej głos był równie łagodny jak przedtem.
— Z pewnością nie zaszkodzi nam kilka dni odpoczynku przed udaniem się w powrotną drogę do Tar Valon. A tymczasem, czy wolno mi zasugerować, by jedna z nas pozostawała zawsze blisko ciebie i służyła ci radą w razie potrzeby? Słyszałyśmy, rzecz jasna, o nieszczęsnym zgonie Moiraine. Nie mogę zaproponować własnej osoby, jednak z pewnością Nesune czy Galina zgodzą się z radością.
Rand wpatrywał się w obie wymienione ze zmarszczonym czołem, Egwene zaś wstrzymała dech. Wydawało się, jakby znowu czegoś nasłuchiwał. Nesune przyglądała mu się otwarcie. Palce Galiny nieświadomie skubały fałdy sukni.
— Nie — powiedział na koniec, rozsiadłszy się znowu z rękoma na poręczach fotela, który dzięki temu jeszcze bardziej niźli dotąd przypominał tron. — To mogłoby okazać się niebezpieczne. Nie chciałbym, żeby któraś z was przypadkiem otrzymała cios grotem włóczni między żebra. — Coiren otworzyła już usta, ale nie dopuścił jej do głosu. — Dla waszego własnego bezpieczeństwa żadna z was nie ma prawa zbliżać się do mnie na odległość bliższą niż mila bez mojego wyraźnego pozwolenia. Najlepiej będzie, jeśli utrzymacie taki sam dystans względem pałacu, póki nie postanowię inaczej. Dowiecie się, kiedy będę gotów z wami pojechać. Obiecuję wam. — Znienacka poderwał się z miejsca. Stał teraz na podwyższeniu, dostatecznie wysoki, by Aes Sedai musiały wykrzywić szyje, żeby go zobaczyć, a wyraźnie można było dostrzec, iż żadnej z nich nie podoba się to w takim samym stopniu jak ograniczenia, jakie na nie nałożył. Trzy twarze, tak beznamiętne, jakby je kto wyrzeźbił z kamienia, patrzyły na niego. — Teraz pozwolę wam już odejść do miejsca waszego wypoczynku. Im szybciej uda mi się zadbać o pewne rzeczy, tym szybciej będę mógł wyruszyć do Wieży. Zawiadomię was, kiedy będę chciał się z wami spotkać ponownie.
Tak nagła odprawa również nie była im w smak; żadna odprawa nie byłaby dla nich niczym przyjemnym, jednak niewiele mogły zrobić, prócz wykonania nieznacznych ukłonów, zaś ich niezadowolenie omalże nie zburzyło w widoczny sposób charakterystycznego opanowania Aes Sedai.
Kiedy już się odwracały w stronę wyjścia, Rand przemówił ponownie, tym razem zupełnie niedbałym tonem.
— Zapomniałem zapytać. Jak się miewa Alviarin?
— Miewa się dobrze. — Usta Galiny pozostawały przez moment otwarte, jej oczy rozszerzyły się. Sama wydawała się zaskoczona tym, że w ogóle cokolwiek powiedziała.
Coiren zawahała się przez chwilę, zastanawiając, czy nie powinna wykorzystać jego pytania, by dodać coś jeszcze, jednak z postawy Randa biło wyraźne zniecierpliwienie; omalże stukał stopą o powierzchnię podwyższenia. Kiedy już poszły sobie, zszedł na dół, i ważąc w dłoniach kikut włóczni, patrzył na drzwi, które zamknęły się za nimi.
Egwene, nie tracąc ani chwili, natychmiast ruszyła w jego stronę.
— W co ty grasz, Randzie al’Thor? — Wykonała chyba z sześć kroków, dopóki widok własnego odbicia w lustrze nie uświadomił jej, że przeszła dokładnie przez sam środek jego splotu saidina. Przynajmniej nie wiedziała, kiedy właściwie jej dotknął. — A więc?
— Ona jest jedną ze zwolenniczek Alviarin — powiedział z namysłem. — Galina. Ona jest jedną z przyjaciółek Alviarin. Mogę się o to założyć.
Stanęła na przeciw niego i parsknęła.
— Przegrasz zakład. Galina jest Czerwoną, albo ja nigdy w życiu żadnej nie widziałam.
— Dlatego, że mnie nie lubi? — Teraz patrzył wprost na nią, ona zaś omalże nie zapragnęła, by znowu odwrócił oczy. Ponieważ się mnie boi? — Nie krzywił się ani nie patrzył na nią wściekłym, czy chociażby szczególnie twardym wzrokiem, jednak jego oczy zdawały się dostrzegać rzeczy, jakich jej nie dane było widzieć. Nienawidziła tego. Uśmiechnął się tak nagle, że aż zamrugała oczami. — Egwene, czy ty myślisz, że ja uwierzę, iż jesteś w stanie określić Ajah danej kobiety na podstawie jej twarzy?
— Nie, ale...
— W każdym razie, nawet Czerwone mogą w końcu opowiedzieć się po mojej stronie. Znają Proroctwa tak samo dobrze jak wszyscy pozostali. „Niepokalana Wieża kruszy się i ugina kolana przed zapomnianym znakiem”. Napisane jeszcze zanim zaistniała Biała Wieża, czym jednak może być „niepokalana Wieża”? A „zapomniany znak”? Mój sztandar, Egwene, ze starożytnym symbolem Aes Sedai.
— A żebyś sczezł, Randzie al’Thor! — Przekleństwo wypadło znacznie bardziej niezgrabnie, niżby sobie życzyła; nie była wszak przyzwyczajona do mówienia takich rzeczy. — Żeby cię Światłość spaliła! Nie możesz poważnie rozważać pomysłu pojechania z nimi. Nie możesz!
Rozbawiony, obnażył zęby w uśmiechu. Rozbawiony!
— Czy nie zachowałem się tak, jak chciałaś? Tak jak chciałaś i jak powiedziałaś, że mam się zachować?
Obrażona zacisnęła usta. To, że wiedział, już było wystarczająco złe, ale rzucanie jej tego w twarz zakrawało na grubiaństwo.
— Rand, proszę cię posłuchaj mnie. Elaida...
— Pytanie teraz brzmi, w jaki sposób mam cię dostarczyć do namiotów, aby one nie dowiedziały się, że tu byłaś. Spodziewam się, że mają swoich agentów również w Pałacu.
— Rand, musisz...!
— A co powiesz na temat przewiezienia cię w jednym z tych wielkich koszy z praniem? Mogę poprosić kilka Panien, aby cię przeniosły.
Omal nie załamała rąk. Równie chętnie pozbyłby się jej, jak przedtem tych Aes Sedai.
— Moje stopy mi wystarczą, zapewniam cię. — Kosz z praniem, dobre sobie! — Natomiast nie miałabym nic przeciwko, gdybyś mi powiedział, w jaki sposób przenosisz się z Caemlyn do tych wszystkich miejsc, do których tylko zechcesz. — Nie rozumiała, w jaki sposób sama treść pytania może wywołać tak zgrzytliwy ton głosu, jednak jakoś się to stało. — Wiem, że nie możesz mnie nauczyć, jeśli jednak powiesz mi, jak to robisz, być może uda mi się wypracować sposób podobnego wykorzystania saidara.
Zamiast zabawić się jej kosztem, czego oczekiwała, ujął koniec jej szala w swe dłonie.
— Wzór — powiedział. — Caemlyn — palcem lewej dłoni wybrzuszył kawałek wełny — i Cairhien. — Palcem drugiej dłoni zrobił wybrzuszenie w innym miejsce, a potem oba palce złączył razem. — Naginam kształt Wzoru i przebijam dziurę z jednego miejsca do drugiego. Nie mam pojęcia, w czym robię tę dziurę, ale między jednym jej krańcem a drugim nie istnieje żadna przestrzeń. — Wypuścił szal z rąk. — Czy to ci w czymś pomoże?
Zagryzając wargę, spod zmarszczonych brwi patrzyła na szal. W niczym jej to nie pomogło. Na samą myśl o przebijaniu dziury we Wzorze robiło jej się słabo. Miała nadzieję, że będzie to coś takiego, czym zajmowała się w Tel’aran’rhiod. Nie chodziło nawet o to, żeby kiedykolwiek chciała tę umiejętność wykorzystać, ale miała teraz mnóstwo czasu dla siebie, zaś Mądre nie przestawały narzekać na Aes Sedai, próbujące dowiedzieć się, w jaki sposób można cieleśnie wejść do Świata Snów. Doszła do wniosku, że to chyba polega na tworzeniu — analogia wydawała się jej jedynym możliwym sposobem wytłumaczenia całej rzeczy — analogonu między rzeczywistym światem a jego odbiciem w Tel’aran’rhiod. W ten sposób stworzyłoby się miejsce, w którym zwyczajnie można przejść od jednego do drugiego. Jeżeli sposób podróżowania Randa wydawał się choćby w przybliżeniu podobny, chętnie by go wypróbowała, jednak to... Saidar zachowywał się dokładnie tak, jak się tego odeń chciało, nie należało jednak zapominać, że jest nieskończenie potężniejszy od osoby, która nim kierowała, toteż wszelkie tego typu operacje należało przeprowadzać jak najdelikatniej; próba wymuszenia niewłaściwego zachowania mogła skończyć się natychmiastową śmiercią albo wypaleniem.