Выбрать главу

Bez saidina zapewne nie byłby w stanie usłyszeć cichych kroków Panien, zanim jednak tamte przeszły przez przedpokój, Aviendha wyłoniła się ostrożnie z wciąż ciemnej sypialni; włosy miała w dzikim nieładzie, w jej dłoni zaś lśnił mały nóż. I nie miała na sobie literalnie nic. Usłyszawszy jego westchnienie, zastygła niczym słup soli, a potem równie ostrożnie wróciła tam skąd przyszła, z tym że znacznie szybciej. W drzwiach rozbłysło blade światło, gdy zapaliła lampkę. Nandera zaśmiała się cicho i wymieniła rozbawione spojrzenia z Jalani.

— Nigdy nie zrozumiem Aielów — wymruczał Rand, odpychając od siebie Źródło. Nawet nie chodziło o to, że sytuacja sprzed chwili wydała się Pannom śmieszna; minęło już dużo czasu, od kiedy poddał się w kwestii humoru Aielów. Chodziło o Aviendhę. Mogła uważać za bardzo śmieszne całkowite rozbieranie się do snu w jego obecności, kiedy jednak zdarzało mu się przelotnie obejrzeć choćby obnażoną kostkę, w sytuacji, gdy to nie ona zdecydowała się mu ją pokazać, zmieniała się we wściekle prychającego kota. Nie wspominając już o tym, że całej winą obciążała jego.

Nandera zarechotała.

— To nie Aielów nie potrafisz zrozumieć, ale kobiet. Żaden mężczyzna jeszcze nigdy nie zrozumiał kobiety. Są zbyt skomplikowane.

— Mężczyźni natomiast wręcz przeciwnie — wtrąciła Jalani — są bardzo prości. — Zagapił się na nią, na te dziecięco jeszcze pulchne policzki. Nieznacznie wtedy pokraśniała. Nandera wyglądała na gotową zaśmiać się w głos.

„Śmierć” — wyszeptał Lews Therin.

Rand zapomniał o wszystkim innym.

„Śmierć? Co masz na myśli?”

„Śmierć nadchodzi”.

„Czyja śmierć? — dopytywał się Rand. — O czym ty mówisz?”

„Kim jesteś? Gdzie ja jestem?”

Rand miał wrażenie, że czyjaś dłoń zacisnęła się na jego gardle. Nie miał wątpliwości, jednak... To był pierwszy raz, kiedy Lews Therin powiedział coś, zwracając się bezpośrednio do niego, coś, co było jednoznacznie zaadresowane do niego.

„Ja jestem Rand al’Thor. Ty znajdujesz się wewnątrz mojej głowy”.

„Wewnątrz...? Nie! Jestem sobą! Jestem Lews Therin Telamon! Jestem sobąąąąąą!” — Wrzask ścichł w oddali.

„Wróć! — wykrzyknął Rand. — Czyja śmierć? Odpowiedz mi, a żebyś sczezł!” Cisza. Poruszył się niepewnie. Wiedza jest ważna, ale martwy człowiek, mówiący w jego wnętrzu o śmierci, sprawił, że poczuł się nieczysty, jakby muśnięty najlżejszym dotknięciem skazy saidina.

Kiedy coś dotknęło jego dłoni, omal ponownie nie pochwycił Źródła, zanim zorientował się, że to Aviendha. Musiała chyba błyskawicznie wskoczyć w swoje ubranie, a jednak wyglądała, jakby poświęciła godzinę na ułożenie każdego włoska z osobna, idealnie wedle precyzyjnego projektu. Ludzie powiadali, że Aielowie nie okazują żadnych emocji, ale oni tylko zachowywali się z większą rezerwą niźli większość nacji. Z ich twarzy wyczytać można było dokładnie tyle samo, co z twarzy każdego człowieka, trzeba było tylko wiedzieć, czego szukać. Aviendha rozdarta była właśnie między troską o niego a chęcią wyładowania gniewu.

— Dobrze się czujesz? — zapytała.

— Tylko się zamyśliłem — odparł jej. Zgodnie z prawdą.

„Odpowiedz mi, Lewsie Therinie! Wróć i odpowiedz mi!” Skąd ten pomysł, że cisza będzie stanowiła najlepszą oprawę dla tego poranka?

Na nieszczęście Aviendha uwierzyła mu na słowo, a skoro nie było powodu do zatroskania... Wsparła zaciśnięte w pięści dłonie na biodrach. To była jedyna rzecz, jaką rozumiał, jeśli szło o kobiety Aielów, kobiety z Dwu Rzek, czy jakiekolwiek jeszcze inne — pięści na biodrach oznaczały kłopoty. Nawet nie musiał zadbać o zapalenie lamp — ona swoim spojrzeniem była zdolna rozświetlić każde pomieszczenie.

— Znowu odszedłeś beze mnie. Obiecałam Mądrym, że będę trzymać się blisko ciebie, do czasu aż zwolnią mnie z tego obowiązku, a ty obracasz moje obietnice wniwecz. Masz wobec mnie toh za to, Randzie al’Thor. Nandera, od tej chwili należy mnie informować, dokąd on się udaje i kiedy. Nie wolno mu pozwolić, aby odszedł dokądś beze mnie, skoro mam mu zawsze towarzyszyć.

Nandera nie wahała się ani chwili, tylko skinęła głową.

— Będzie jak sobie życzysz, Aviendha.

Rand popatrzył ze zdumieniem na obie.

— Dobrze, teraz wy poczekajcie! Nikt nikomu nie będzie mówił, dokąd się udaję i kiedy wracam, przynajmniej bez mojego wyraźnego polecenia.

— Dałam słowo, Randzie al’Thor — odparła Nandera bezbarwnym głosem. Spojrzała mu prosto w oczy i w tym momencie było jasne, że nie ma najmniejszego zamiaru się wycofać.

— Podobnie jak i ja — dodała Jalani identycznym tonem.

Rand otworzył usta i zaraz je zamknął. Przeklęte ji’e’toh. Oczywiście nic by nie zyskał, gdyby im przypomniał, że jest przecież Car’a’carnem. Aviendha zdawała się być nieco zaskoczona, że w ogóle zaprotestował; w jej mniemaniu w tej sprawie decyzja już zapadła. Niespokojnie zgarbił ramiona, chociaż nie z powodu tego, co się przed chwilą stało. To poczucie zbrukania wciąż mu towarzyszyło, było coraz silniejsze. Być może Lews Therin wróci. Rand zawołał go w myślach, ale nadal nie było odpowiedzi.

Pukanie do drzwi zapowiedziało panią Harfor, która, nie czekając nawet na zaproszenie, weszła do środka i wykonała swój zwyczajowy głęboki ukłon. Pierwsza Pokojówka oczywiście nie zdradzała ani śladu zmęczenia o tak wczesnej godzinie; niezależnie od pory dnia Reene Harfor zawsze wyglądała tak, jakby właśnie skończyła się stroić przed lustrem.

— Do miasta przybyło wielu ludzi, mój Lordzie Smoku, o których obecności lord Bashere kazał cię poinformować najszybciej jak to tylko możliwe. Lady Aemlyn oraz lord Culhan przyjechali wczoraj w południe, zatrzymali się u lorda Pelivara. Lady Arathelle pojawiła się godzinę po nich, wiodąc ze sobą znaczną świtę. Lord Barel i lord Macharan, lady Sergase i lady Negara przyjechali w nocy, każde z nich przyprowadziło ze sobą jedynie po kilkoro ludzi. Żadne z nich nie złożyło dotąd wizyty w Pałacu. — Tę ostatnią informację podała identycznym tonem co poprzednie, toteż nie może było orzec, jakie jest jej zdanie odnośnie tej kwestii.

— To dobre wieści — odparł, i faktycznie tak było, niezależnie od tego, czy tamci okazali mu stosowny szacunek, czy nie. Aemlyn i jej mąż Culhan byli niemalże równie potężni jak Pelivar, Arathelle zaś bardziej wpływowa od wszystkich pozostałych, wyjąwszy Dyelin oraz Luana. Reszta wywodziła się z pomniejszych Domów, jedynie Varel, jako jedyny spośród nich, zasiadał na Wysokim Tronie swego Domu, ale wynikało z tego, że arystokraci, będący uprzednio w opozycji wobec „Gaebrila”, zaczynali się na powrót jednoczyć. Wieści były rzeczywiście dobre, pod warunkiem, że uda mu się znaleźć Elayne, zanim postanowią odebrać mu Caemlyn.

Pani Harfor zmierzyła go przelotnym spojrzeniem, potem podała mu list opatrzony niebieską pieczęcią.

— To zostało dostarczone zeszłego wieczora, mój Lordzie Smoku. Przez stajennego. Brudnego stajennego. Mistrzyni Żeglugi Ludu Morza nie była szczególnie zadowolona, że cię nie zastała. — Tym razem jej dezaprobata dała o sobie znać w jej głosie, chociaż nie było jasne, czy dotyczyła reakcji Mistrzyni Żeglugi, zachowania Randa, czy też sposobu, w jaki doręczono list.

Westchnął; zapomniał na śmierć o emisariuszach Ludu Morza w Caemlyn. To przypomniało mu o liście, który doręczono mu w Cairhien, wyciągnął go więc z kieszeni. Zarówno na zielonym, jak i na niebieskim wosku odciśnięty był ten sam znak, chociaż nie potrafił powiedzieć, cóż takiego mógłby przedstawiać. Dwa przedmioty przypominające spłaszczone czary oplecione ornamentami. Każdy z listów adresowany był do „Coramoora”, kimkolwiek lub czymkolwiek miałby on być. Jak przypuszczał, chodziło właśnie o niego. Być może pod tym imieniem Lud Morza znał Smoka Odrodzonego. Najpierw zerwał niebieską pieczęć. Na początku listu brakło choćby śladu zwyczajowego pozdrowienia, z pewnością w najmniejszej mierze nie przypominał żadnego z listów skierowanych do Smoka Odrodzonego, jakie Rand miał okazję widzieć w życiu.