Выбрать главу

Dziesiątki Synów przemierzały rozległą komnatę — był to widok wart obejrzenia, aczkolwiek tego zaszczytu dostępowali wyłącznie sami Synowie i nikt inny — ale przecież nie po !o mu polecono tu przyjść, by podziwiał Kopułę. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Za wielką kolumnadą biegły szeregi mniejszych kolumn, równie prostych i wypolerowanych równie znakomicie, a dalej małe nisze, wypełnione tysiącletnimi freskami, które upamiętniały sceny triumfów Synów Światłości. Valda kroczył przez komnatę, zaglądając do każdej wnęki. Na koniec wreszcie wypatrzył wysokiego, siwiejącego mężczyznę zapatrzonego na jedno z malowideł; przedstawiało Serenię Latar na szubienicy, jedyną Amyrlin, jaką Synom kiedykolwiek udało się powiesić. Rzecz jasna, była już martwa, kiedy ją wieszano; żywe wiedźmy wieszało się cokolwiek trudno, jednak to nie miało znaczenia. Stało się to sześćset i dziewięćdziesiąt trzy lata temu, kiedy to wreszcie prawu i sprawiedliwości uczyniono zadość.

— Czy coś cię kłopocze, mój synu? — Głos był miękki, niemalże delikatny.

Valda nieznacznie zesztywniał. Rhadam Asunawa mógł być Wysokim Inkwizytorem, jednak dalej był Śledczym. A Valda był Lordem Kapitanem, Pomazańcem Światłości, nie zaś jego synem”.

— Nie mam ku temu żadnych powodów — odparł bezbarwnym tonem.

Asunawa westchnął. Jego wychudzona twarz stanowiła wizerunek cierpień męczennika, a spływający po niej pot można by wziąć za łzy, jednak głęboko osadzone oczy zdawały się płonąć żarem, który wytopił wszelką zbędną uncję ciała. Na jego płaszczu widniał tylko pastorał, nie było zaś rozpostartych płomieni gorejącego słońca, jakby w ogóle nie przynależał do Synów. Albo stał ponad nimi.

— Czasy są kłopotliwe. Forteca Światłości udzieliła schronienia wiedźmie.

Valda powściągnął grymas, zanim na dobre uformował się na jego obliczu. Tchórze czy nie, Śledczy mogli okazać się niebezpieczni nawet dla Lorda Kapitana. Ten człowiek mógł nie być zdolny do powieszenia Amyrlin, najpewniej jednak marzył o tym, że będzie pierwszym, który powiesił królową. Valda nie dbał o to, czy Morgase będzie żyła, ale zakładał, iż nie umrze, zanim nie zostanie wykorzystana do ostatka. Nie powiedział więc nic, a wtedy grube, siwe brwi Asunawy opadły w dół, przez co oczy zdawały się wyzierać z jakichś głębokich jaskiń.

— Czasy są kłopotliwe — powtórzył — i nie wolno dopuścić do tego, by Niall zniszczył Synów Światłości.

Valda wpatrywał się długo w malowidło. Być może artysta był świetny, być może nie; nie znał się na sztuce. Musiał jednak przyznać, że tamten niezwykle wiernie przedstawił zarówno broń, jak i zbroje strażników; szubieniczny sznur również wyglądał jak prawdziwy. To były rzeczy, na których się znał.

— Gotów jestem cię wysłuchać — oznajmił na koniec.

— A więc pomówimy, mój synu. Później, kiedy wokół będzie mniej oczu, które nas mogą zobaczyć, i uszu, które mogą podsłuchać naszą rozmowę. Niechaj cię Światłość oświeca, mój synu. — Nie mówiąc już nic więcej Asunawa odszedł; biały płaszcz falował lekko, zaś odgłos jego kroków zabrzmiał tak, jakby za każdym stąpnięciem wbijał stopę w marmur. Niektórzy z Synów kłaniali się głęboko, kiedy przechodził obok.

Niall przypatrywał się z wąskiego okna znajdującego się wysoko ponad dziedzińcem, jak Valda zsiada z konia i rozmawia z młodym Bornhaldem, a potem odchodzi na bok, ewidentnie rozwścieczony. Valda zawsze był wściekły z jakiegoś powodu. Gdyby istniały jakieś sposoby, aby sprowadzić Synów do Fortecy, Valdę zaś zostawić tam gdzie był, Niall z radością by z nich skorzystał. Valda był zupełnie niezłym dowódcą na polu bitwy, jednak znacznie lepiej nadawał się do pacyfikacji wzburzonych tłumów. Jego wiedza odnośnie taktyki walki ograniczała się do szarży, zaś wiedza dotycząca strategii... też do szarży.

Kręcąc głową, Niall przeszedł do swej komnaty audiencyjnej. Miał na głowie ważniejsze rzeczy niźli zastanawianie się nad cechami charakteru Valdy. Morgase wciąż mu odmawiała, niczym armia broniąca się w górach, wyposażona w wodę oraz wysokie morale. Odmawiała przyznania, że znalazła się na dnie doliny, z której nie ma wyjścia, że to jej wróg znajduje się w górze.

Balwer poderwał się zza stołu, kiedy tylko Niall wszedł do przedsionka.

— Omerna był tutaj, mój panie. Zostawił to dla ciebie. Balwer dotknął leżącego na stole zwoju dokumentów, przewiązanego czerwoną wstążką. — I jeszcze to. — Wąskie wargi zacisnęły się, kiedy z kieszeni wydobył maleńką, kościaną tubkę.

Niall wziął ją z niewyraźnym mruknięciem, po czym wszedł do komnaty. Z jakichś powodów Omerna z każdym dniem stawał się coraz bardziej bezużyteczny. Już sam fakt, że zostawiał swoje raporty u Balwera, był wystarczająco zły, i to niezależnie od nonsensów, jakie zawierały, jednak nawet Omerna powinien wiedzieć, że nie wolno mu przekazywać żadnej z tych tubek opatrzonych trzema czerwonymi paskami w niczyje inne ręce, jak tylko samego Nialla. Przybliżył tubkę do światła lampy, aby sprawdzić, czy wosk nie został naruszony. Był nietknięty; przeciął go paznokciem. Miał ochotę przypiekać Omernę na wolnym ogniu, wreszcie pokazać mu, na czym polega strach przed Światłością. Ten dureń zupełnie się nie przydawał jako przynęta, chyba że udawał wytrawnego mistrza szpiegów na tyle, na ile mu pozwalały skromne umiejętności.

Wiadomość znowu była od Varadina; znaki wzięte z prywatnego szyfru Nialla zostały skreślone tym szalonym, pajęczym charakterem pisma na skrawku cienkiego papieru. Już miał ją spalić, nawet jej nie przeczytawszy, kiedy coś przyciągnęło jego uwagę. Zaczął czytać od samego początku i skrupulatnie rozszyfrowywał ją w myślach. Chciał mieć absolutną pewność. Dokładnie tak jak przedtem, były to jakieś bzdury o Aes Sedai na smyczach i dziwnych bestiach, jednak pod sam koniec... Varadin pomógł Asidimowi Faisarowi znaleźć kryjówkę w Tanchico; będzie próbował stamtąd przemycić Faisara, co nie będzie łatwe, ponieważ Zwiastuni otoczyli to miejsce tak ścisłą strażą, że nawet szept nie mógł pokonać murów miasta bez ich zgody.

Niall w zamyśleniu potarł policzek. Faisar był jednym z tych, których wysłał do Tarabonu, aby sprawdzili, czy coś da się ocalić. Faisar nie wiedział nic o Varadinie, a Varadin nie powinien był nic wiedzieć na temat Faisara. „Zwiastuni otoczyli to miejsce tak ścisłą strażą, że nawet szept nie mógł pokonać murów miasta”. Bazgroły szaleńca.

Wsadził skrawek papieru do kieszeni i wrócił do przedsionka.

— Balwer, jakie są ostatnie wieści z zachodu? — W ich prywatnych rozmowach „zachód” oznaczał zawsze granicę z Tarabonem.

— Od poprzedniego razu nic się nie zmieniło, mój panie. Patrole, które wniknęły do terytorium Tarabonu, nie powróciły. Najgorszy kłopot w pobliżu granicy stanowią uchodźcy, próbujący przekroczyć...

Patrole, które wniknęły zbyt głęboko. Tarabon stanowił jamę pełną jadowitych węży i wściekłych szczurów, ale...

— Jak szybko możesz wysłać kuriera do Tanchico?

Balwer nawet nie mrugnął. Ten człowiek nie zdradziłby śladu zaskoczenia nawet wtedy, gdyby własny koń przemówił do niego.

— Kurier może mieć kłopot ze zdobyciem świeżego konia po przekroczeniu granicy, mój panie. W normalnych czasach powiedziałbym, że droga w tobie strony zajmie mu dwadzieścia dni, być może przy odrobinie szczęścia trochę mniej. W obecnej sytuacji potrzeba dwa razy tyle czasu, i to jeśli los będzie łaskawy. Być może nawet samo dotarcie do Tanchico zajmie koło czterdziestu dni. To gniazdo węży, które mogą połknąć kuriera, tak że nawet kości po nim nie zostaną.