Выбрать главу

— Przebywałem właśnie w towarzystwie Lorda Kapitana Komandora, a nadto szedłem akurat w tę stronę. Załatwiłem wszystkie swoje sprawy i teraz zaprowadzę cię tam. Mimo wszystko jesteś królową i należy ci się szacunek. — Mówił tak, jakby nudziły go wypowiadane słowa, trochę też niecierpliwie, aż dotarł do ostatnich słów, w które wkradła się nuta kwaśnego szyderstwa. W każdym razie nie było w jego wypowiedzi nawet śladu cieplejszych uczuć.

— Bardzo słusznie — odparła.

— Czy mogę towarzyszyć mojej królowej? — Tallanvor skłonił się ceremonialnie; przynajmniej potrafił się zdobyć na pokaz stosownego uniżenia, kiedy obcy byli w pobliżu.

— Nie. — Lepiej zrobi, jeśli weźmie Lamgwina. Nie, męskie towarzystwo będzie świadczyć, iż potrzebuje przybocznego strażnika. Saren przerażał ją niemalże w takim samym stopniu jak Asunawa, nie mogła jednak pozwolić, aby zaczął to choćby podejrzewać. Uśmiechnęła się, tolerancyjnie i swobodnie. — Z pewnością w tym miejscu nie jest mi potrzebna żadna ochrona.

Saren uśmiechnął się również, albo raczej wykrzywił usta. Wyglądało to tak, jakby się z niej naśmiewał.

Kiedy na korytarzu zobaczyła Basela i Lamgwina spoglądających na nią niepewnie, omal nie zmieniła zdania w kwestii swej świty. Jednak dwóch ludzi i tak by jej nie obroniło, gdyby się okazało, że to wszystko to jakaś wyrafinowana pułapka, a poza tym zmiana zdania byłaby oznaką słabości. Gdy wędrowała u boku Sarena przez te kamienne korytarze, bez wątpienia czuła się słabą kobietą, a nie królową. Nie. Być może krzyczałaby równie głośno jak wszyscy pozostali, gdyby Śledczy zamknęli ją w swych lochach — cóż, w tej kwestii nie było żadnego „może”; miała na tyle rozsądku, by zdawać sobie sprawę, że pod tym względem królewskie ciało nie różni się od innych — póki co jednak, będzie tym, kim była dotąd. Rozmyślnie zajęła się tłumieniem łopotu motyli w żołądku.

Saren doprowadził ją do niewielkiego, wyłożonego kamiennymi płytami dziedzińca, na którym obnażeni do pasa mężczyźni ćwiczyli ciosy mieczem na drewnianych słupkach.

— Dokąd my idziemy? — zapytała. — To nie jest droga, którą zazwyczaj chadzam do gabinetu Lorda Kapitana Komandora. Czy on zajmuje obecnie jakieś inne pomieszczenie?

— Wybrałem krótszą drogę — odparł grzecznie. — Mam ważniejsze sprawy na głowie niż... — Nie skończył zdania, ale nie zwolnił również kroku.

Nie miała innego wyboru, jak tylko iść za nim, przez korytarz, z którego wchodziło się do długich izb pełnych wąskich pryczy, i gdzie widziała mężczyzn obnażonych częstokroć do pasa, a nawet bardziej. Spojrzenie utkwiła w plecach Sarena, układając sobie w myślach kąśliwą przemowę, jaką miała uraczyć Nialla. Dalej przez podwórzec stajni, gdzie w powietrzu zawisała ciężka woń koni i nawozu, a w jednym z jego rogów pracował kowal. Potem znowu przez jakieś baraki, stamtąd przez kolejny dziedziniec, z boku którego znajdowały się kuchnie, i gdzie pachniało gotowanym gulaszem... I wtedy zatrzymała się jak wryta.

Na samym środku dziedzińca wznosił się długi i wysoki szafot. Stały na nim rzędem trzy kobiety i ponad dziesięciu mężczyzn, ze związanymi rękoma i nogami, w pętlach owiniętych wokół szyi. Niektórzy płakali żałośnie; większość wyglądała na przerażonych. Na samym końcu szeregu stali Torwyn Barshaw oraz Paitr; chłopiec miał na sobie tylko podkoszulek, a nie czerwono-biały kaftan, który kazała dlań uszyć. Paitr nie płakał, jednak jego wuj nie potrafił powstrzymać łez. Paitr zdawał się nazbyt przerażony, aby myśleć o płaczu.

— W imię Światłości! — zawołał oficer Białych Płaszczy, a inny Biały Płaszcz pociągnął długą dźwignię umieszczoną przy końcu szafotu.

Zapadnie otwarły się z głośnym trzaskiem i w tym momencie skazańcy zniknęli jej z oczu. Niektóre z napiętych lin drżały, jakby powieszeni dławili się jeszcze, wypluwając z siebie życie, miast umrzeć szybko, ze skręconymi karkami. Jednym z nich był Paitr. I razem z nim umarły jej nadzieje na ucieczkę. Być może powinna bardziej przejąć się jego losem, ale potrafiła myśleć tylko o tym, że jej plany obracają się w proch, że znowu nie wie, jak uciec z tej pułapki, w którą sama wpadła. Dała się w nią złapać, pociągając za sobą Andor.

Saren patrzył na nią, najwyraźniej spodziewając się, że zasłabnie lub zwymiotuje.

— Aż tylu za jednym zamachem? — zapytała, dumna że głos jej nie zadrżał. Lina Paitra przestała już drgać, Kołysała się teraz tylko z boku na bok. Żadnych nadziei na ucieczkę.

— Każdego dnia wieszamy Sprzymierzeńców Ciemności sucho odparł Saren. — Zapewne w Andorze wypuszczacie ich po udzieleniu napomnienia. My nie.

Morgase spojrzała mu w oczy. Najkrótsza droga? A więc taka jest nowa taktyka Nialla. Nie zaskoczyło jej, że nikt nie wspomniał o jej planowanej ucieczce. Niall był na to zbyt subtelny. Wszak przysługiwał jej status honorowego gościa, natomiast Paitr oraz jego wujek zostali powieszeni przez przypadek, za jakieś przestępstwo, które nie miało nic wspólnego z nią. Kto będzie następny? Lamgwin czy Basel? Lini czy Tallanvor? Dziwne, ale obraz Tallanvora z pętlą wokół szyi bolał bardziej niźli obraz Lini. Umysł potrafi płatać osobliwe figle. Ponad ramieniem Sarena dostrzegła przelotnie Asunawę, w oknie, z którego było widać szubienicę. Patrzył w dół, na nią. Być może to było jego dzieło, nie zaś Nialla. Co niczego nie zmieniało. Nie mogła pozwolić, żeby jej ludzie umierali na próżno. Nie mogła pozwolić, żeby Tallanvor umarł.

Szyderczo unosząc brew, powiedziała:

— Jeżeli ten widok sprawił, że zmiękły ci kolana, przypuszczam, iż możemy chwilę zaczekać, aż odzyskasz władzę w nogach. Swobodnym głosem, zupełnie nie zdradzającym wstrząsu, jaki przeżyła. Światłości, nie pozwól jej zwymiotować.

Saren z pociemniałą twarzą odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Poszła za nim równym krokiem, nie zerknąwszy nawet w stronę okna Asunawy, starając się nie myśleć o ciałach na szafocie.

Być może była to naprawdę najkrótsza droga, w następnym korytarzu bowiem Saren poprowadził ją na górę po stromych schodach, dzięki czemu znalazła się przed gabinetem Nialla o wiele szybciej niż zazwyczaj. Niall jak zawsze nie wstał na jej powitanie, a w pomieszczeniu nie było krzesła, na którym mogłaby usiąść, musiała więc stać przed nim niczym zwykła petentka. Wydawał się nieco zdekoncentrowany; siedział w milczeniu i patrzył na nią, ale tak naprawdę wcale jej nie widział.

Zwyciężył, a teraz nawet nie chciał zauważyć jej obecności. To ją rozdrażniło. Światłości, zwyciężył. Być może powinna wrócić na swoje pokoje. Jeżeli powie Tallanvorowi, Lamgwinowi i Baselowi, żeby spróbowali utorować jej przemocą drogę ucieczki, to zapewne jej posłuchają. Zginą i ona również zginie; nigdy w życiu nie trzymała w dłoniach miecza, jeśli jednak wyda taki rozkaz, sama również weźmie go do ręki. Umrze, a Elayne odziedziczy Tron Lwa. Odziedziczy, gdy tylko zepchnie zeń al’Thora. Biała Wieża zadba o to, by Elayne otrzymała to, co do niej należy. Wieża. Gdyby Wieża zabezpieczyła tron dla Elayne... To zakrawało na szaleństwo, jednak wierzyła Wieży jeszcze mniej, niźli ufała Niallowi. Nie, musi sama uratować Andor. Ale te koszty... Koszty trzeba zapłacić.

Jakoś musiała wydusić te słowa z siebie.

— Gotowa jestem podpisać twój traktat.

Niall z początku jakby jej nie usłyszał. Po chwili zamrugał oczami i nagle zaśmiał się dosyć nieprzyjemnie, jednocześnie kręcąc głową. To również ją zdenerwowało. Udawane zaskoczenie. Nie próbowała uciec. Była gościem. Żałowała, że to nie jego widziała na szafocie.