Выбрать главу

Zrobiła głęboki wdech, objęła saidara i przeniosła cztery strumienie, zanim Poszukiwaczka Wiatrów zdążyła zareagować. Umiała sterować pogodą, tak? Ciekawe, czy będzie potrafiła podzielić swe sploty na cztery różne sposoby. Niewiele Aes Sedai to umiało. Jeden strumień był strumieniem Ducha; utworzyła zeń tarczę, którą oddzieliła Poszukiwaczkę od Źródła, aby nie dopuścić do jej interwencji. O ile ta wiedziała, jak to zrobić. Pozostałe strumienie uplotła z Powietrza, po czym delikatnie owinęła nimi każdą z trzech kobiet, przyciskając im ramiona do boków. Podniesienie ich nie było, w ścisłym znaczeniu tego słowa, trudne, jednak nie stanowiło też najłatwiejszego zadania.

Na pokładzie statku wybuchła wrzawa, kiedy trzy kobiety zostały uniesione w powietrze, a potem przeniesione za burtę. Egwene usłyszała jęk przewoźnika, ale jego uczucia w ogóle jej nie obchodziły. Trzy kobiety Ludu Morza nie były w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą. Z wysiłkiem uniosła je wyżej, jakieś dziesięć lub dwanaście kroków ponad powierzchnię rzeki — niezależnie od tego, jak bardzo się starała, to była chyba granica jej możliwości.

„Cóż, tak naprawdę wcale nie chcesz ich skrzywdzić — pomyślała i uwolniła strumienie. — Zaraz zaczną wrzeszczeć”.

Kobiety Ludu Morza zwinęły się w kłębki, obróciły w powietrzu i spadły do rzeki z ramionami wyciągniętymi przed siebie. Słychać było tylko cichy plusk. Kilka chwil później trzy ciemnowłose głowy wychynęły ponad powierzchnię; następnie zaczęły szybko płynąć w stronę statku.

Egwene zacisnęła usta.

„Gdybym schwyciła je za kostki i zanurzała ich głowy, póki... — Skąd jej się biorą takie myśli? Mają krzyczeć, bo ona krzyczała? W końcu nie była przecież bardziej mokra od nich. — Pewnie wyglądam jak zmoknięty szczur!” Przeniosła ostrożnie — działanie Mocą na samą siebie zawsze wymagało najwyższej ostrożności, ponieważ nie sposób było wyraźnie zobaczyć strumieni i woda spłynęła z niej, wyciśnięta z ubrania. Powstała z tego całkiem spora kałuża.

Dopiero kiedy spostrzegła, że przewoźnik rozdziawił usta ze zdumienia i wytrzeszczył oczy, dotarło do niej, co przed chwilą uczyniła. Przenosiła na samym środku rzeki, bez żadnej osłony, która mogłaby ją skryć przed wzrokiem Aes Sedai; gdyby któraś przypadkiem znalazła się na brzegu, zobaczyłaby wszystko. Mimo palącego słońca poczuła mróz przeszywający ją do szpiku kości.

— Teraz możesz zawieźć mnie z powrotem na brzeg. — Nie potrafiła stwierdzić, kto akurat znajduje się na przystani; z tej odległości nie odróżniłaby mężczyzny od kobiety. — Nie, nie do miasta. Wysadź mnie na brzegu rzeki. — Przewoźnik naparł na wiosła tak, że niemalże przewrócił się na plecy.

Dowiózł ją do takiego miejsca, gdzie brzeg składał się w całości z gładkich kamieni rozmiarów jej głowy. W zasięgu wzroku nikogo nie było, ledwie jednak dno łodzi zazgrzytało na kamieniach, podwinęła spódnice, wyskoczyła na stromy brzeg i pognała co sił w nogach; w ten sposób przebyła całą drogę dzielącą ją od własnego namiotu, do którego wpadła zupełnie bez tchu, i tam zwaliła się na podłogę. Nigdy więcej nie pójdzie już do miasta. Chyba tylko po to, żeby się spotkać z Gawynem.

Dni mijały, a nieustający wiatr dzień i noc gnał ze sobą chmury kurzu i żwiru. Piątej nocy Bair towarzyszyła Egwene podczas wyprawy do Świata Snów; była to właściwie tylko krótka wycieczka, spacerek po tej części Tel’aran’rhiod, którą Bair znała najlepiej, mianowicie po Pustkowiu Aiel, jałowej, spalonej na popiół ziemi, przy której nawet spustoszone suszą Cairhien było krainą bujną i kwitnącą. Podróż trwała krótko; potem Bair i Amys przyszły ją obudzić i sprawdzić, czy nie spostrzegą u niej jakichś niedobrych objawów. Żadnych nie znalazły. Niezależnie od tego, jak wyczerpujące zadawały jej ćwiczenia, w ramach których musiała biegać i skakać, niezależnie od tego, ile zaglądały jej w oczy i nasłuchiwały bicia serca, musiały się zgodzić — nie było innego wyjścia — by następnej nocy Amys zabrała ją na następny krótki spacer po Pustkowiu, po której to przechadzce nastąpił kolejny sprawdzian, tym razem tak dokładny, że była naprawdę zadowolona, kiedy wreszcie udało jej się wczołgać do swego legowiska i zapaść w głęboki sen.

Podczas tamtych dwu nocy nie wróciła więcej do Świata Snów, ale kosztowały ją więcej wysiłku niźli cokolwiek innego. Przedtem każdej nocy mówiła sobie, że powinna przestać — to by dopiero było, gdyby ją przyłapano na naruszaniu zakazu tuż przed jego zniesieniem — jednak jakimś sposobem zawsze udawało jej się przekonać samą siebie, że w krótkiej wyprawie nie ma nic złego, pod warunkiem, że będzie naprawdę krótka. Jedynym miejscem, którego konsekwentnie unikała, był obszar między Tel’aran’rhiod a światem jawy, ciemna pustka, po której dryfowały ludzkie sny. Szczególnie zaś unikała go po tym, jak przyłapała się na myśli, że jeśli byłaby naprawdę bardzo ostrożna, to mogłaby na krótką chwilę zajrzeć do snów Gawyna, nie dając się jednocześnie do nich wciągnąć, a gdyby ją nawet wessały, to przecież i tak sny to tylko sny. Musiała przywołać się do rozsądku; jest dorosłą kobietą, nie zaś głupią dzierlatką. Była zadowolona, że nikt poza nią nie wie, jaki zamęt wywoływał w jej myślach ten mężczyzna. Amys i Bair zapewne uśmiałyby się do łez.

Siódmego wieczora przygotowała się do snu wyjątkowo starannie; włożyła świeżą koszulę nocną i tak długo szczotkowała włosy, aż odzyskały naturalny połysk. Wszystko to było zupełnie niepotrzebne, jeśli brać pod uwagę możliwości Tel’aran’rhiod, ale dzięki temu mogła nie myśleć o tym, jak przewraca się jej w żołądku. Tej nocy w Sercu Kamienia miały na nią czekać Aes Sedai, nie zaś Elayne czy Nynaeve. Nie powinno to stanowić żadnej różnicy, chyba że... Wykładany kością słoniową grzebień zastygł w bezruchu. Chyba, że jedna z Aes Sedai wyjawi, iż ona jest tylko Przyjętą. Dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej? Światłości, jak bardzo żałowała, że nie może porozmawiać z Nynaeve albo Elayne. Tylko, zreflektowała się, właściwie nie wiadomo, co w ten sposób mogłaby uzyskać, pewna natomiast była, że ten sen o roztrzaskujących się przedmiotach oznacza, że stanie się coś bardzo złego, jeżeli rzeczywiście z nimi porozmawia.

Zagryzła wargę i zaczęła się zastanawiać, czy nie pójść do Amys i nie skłamać, że źle się czuje. Nic poważnego, na przykład lekkie nudności, jednak nie sądzi, aby była w stanie dzisiejszej nocy złożyć wizytę w Tel’aran’rhiod. Po spotkaniu tej nocy miały rozpocząć się jej lekcje, ale... Kolejne kłamstwo i na dodatek tchórzostwo w radzeniu. Nie będzie tchórzem. Nie każdy potrafi być odważny, jednak tchórzostwo zasługiwało na prawdziwą pogardę. Nieważne, co się stanie tej nocy; musi stawić temu czoło, nie ma innego wyjścia.

Zdecydowanym ruchem odłożyła grzebień, zdmuchnęła lampę, a potem wpełzła na siennik. Była dostatecznie zmęczona, by zasnąć bez trudu, ale w razie konieczności znała już sposób na sprowadzanie snu, ewentualnie wejście w płytki trans, podczas którego potrafiła znaleźć się w Świecie Snów i jednocześnie mówić — cóż, mamrotać właściwie — do osoby, która znajdowała się obok jej uśpionego ciała. Ostatnia myśl, jaka nawiedziła ją przed snem, była doprawdy zaskakująca. Poczuła, że nudności minęły.

Stała w wielkiej komnacie o wysokim sklepieniu, wśród lasu grubych kolumn z czerwonego, wypolerowanego kamienia. Serce Kamienia, w Kamieniu Łzy. Złocone lampy na łańcuchach zawieszonych gdzieś wysoko ponad głową. Nie były zapalone, ale, rzecz jasna, światła było tam w bród, światła, które padało zewsząd i znikąd jednocześnie. Amys i Bair były już na miejscu, nie wyglądały inaczej niźli tegoż ranka, wyjąwszy fakt, że ich naszyjniki i bransolety iskrzyły się odrobinę bardziej niźli zwykłe złoto. Rozmawiały cicho, z wyraźną irytacją. Egwene posłyszała jedynie kilka oderwanych słów, jednak dwa z nich bez wątpienia brzmiały: „Rand al’Thor”.