— Dobrze, Mat — i odgłos pospiesznych kroków.
Aviendha popatrzyła na niego z twardą miną, zaplatając ręce na piersiach.
Ubiegł ją.
— Dopóki podróżujesz z Legionem, podlegasz moim rozkazom. Nie chcę żadnych kłopotów i spodziewam się, że ze swojej strony zadbasz, aby takowych nie było. — W razie czego przywiąże ją do siodła i w taki sposób dowiezie do Elayne, nawet gdyby do obezwładnienia jej potrzeba było dziesięciu mężczyzn.
— Potrafię słuchać rozkazów, wodzu bitew. — Ten ostatni tytuł wsparła lekkim parsknięciem. — Ale powinieneś wiedzieć, że nie wszystkie kobiety są tak miękkie jak mieszkanki mokradeł. Jeżeli będziesz próbował zmusić kobietę, żeby dosiadła konia, a ona uczynić tego nie będzie chciała, to może wsadzić ci nóż między żebra.
Mat omalże nie wypuścił fajki z dłoni. Wiedział, że Aes Sedai nie potrafią czytać w myślach — gdyby potrafiły, jego skóra już od dawna zdobiłaby mury Białej Wieży — ale może Mądre Aielów...
„Oczywiście, że nie. To tylko jedna z tych sztuczek, w których kobiety są takie dobre”.
Gdyby się nad tym zastanowił, wykoncypowałby, jak ona tego dokonała. Po prostu nie chciało mu się o tym myśleć.
Odkaszlnął, wsunął nie zapaloną fajkę w zęby i pochylił się nad mapą. Legion przypuszczalnie zdoła pokonać dystans od polany do Salidaru w ciągu jednego dnia, jeżeli narzuci ostre tempo, nawet po zalesionym terenie, on miał zamiar jednak wydłużyć czas podróży do dwóch dni, lub nawet trzech. Należy ostrzec te Aes Sedai; były ponoć przestraszone, więc nie chciał ich przerażać jeszcze bardziej. Przestraszona Aes Sedai stanowiła niemalże wewnętrzną sprzeczność. Nawet z medalionem na szyi nie miał ochoty sprawdzać, do czego byłaby zdolna.
Poczuł na plecach spojrzenie Aviendhy, usłyszał jakiś zgrzyt. Usadowiona pod ścianą namiotu, wyciągnęła swój mały nóż i teraz przesuwała ostrzem po osełce. Patrzyła na niego.
Kiedy do środka wszedł Nalesean w towarzystwie Daerida i Talmanesa, powitał ich słowami:
— Będziemy musieli podrapać parę Aes Sedai pod brodą, wyratować jedną oślicę z opresji i osadzić pewną dziewczynę, która lubi zadzierać nosa, na Tronie Lwa. A prawda. To jest Aviendha. Nie próbujcie patrzeć na nią złym okiem, bo może wam poderżnąć gardła, a przez pomyłkę nawet przeciąć swoje własne. — Kobieta zaśmiała się, jakby powiedział najśmieszniejszy dowcip na świecie. Ale noża ostrzyć nie przestała.
Przez chwilę Egwene nie potrafiła pojąć, dlaczego ból przestał się wzmagać. Potem podniosła się z dywaników zaścielających podłogę jej namiotu i wstała, łkając tak rozpaczliwie, że aż cała się trzęsła. Miała wielką ochotę wydmuchać nos. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni płakała równie gwałtownie, czuła tylko przeżerający jej ciało od bioder do kolan ogień bólu. Podniesienie się wciąż stanowiło problem, z którym ledwie sobie radziła. Bielizny, którą jeszcze tak niedawno uznawała za dalece niewystarczającą ochronę swej skromności, pozbyła się już dawno temu. Łzy spływały jej po twarzy, a ona stała nieruchomo i tylko skowytała.
Sorilea, Amys i Bair patrzyły na nią bez szczególnego wzruszenia. Nie tylko one znajdowały się w namiocie, reszta siedziała w większości na poduszkach, lub wygodnie rozciągnięta; rozmawiały, kontentując się herbatą podawaną przez szczupłą gai’shain. Przynajmniej była kobietą, dzięki Światłości. Wszystkie zgromadzone we wnętrzu były kobietami, Mądre i ich uczennice, kobiety, które Egwene okłamała, twierdząc, że jest Aes Sedai. Dobrze, że przynajmniej nie liczyło się to, że pozwoliła im tak o sobie myśleć; tego by nie przeżyła! Tu szło tylko o to, co powiedziała, o wysłowione kłamstwo. I nie obyło się też bez niespodzianek. Cosain, szczupła, słomianowłosa Mądra z Miagoma Górskiego Grzbietu, oznajmiła ponurym tonem, że Egwene nie ma żadnego toh względem niej, ale chętnie zostanie na herbacie, podobnie zresztą postąpiła Estair. Dla odmiany Aeron miała najwyraźniej ochotę ją rozpołowić, a Surandha...
Egwene spróbowała mruganiem rozproszyć mgłę łez przesłaniającą jej oczy, a potem spojrzała na Surandhę. Tamta siedziała w towarzystwie trzech Mądrych, rozmawiając, i co jakiś czas spoglądała w jej stronę. Surandha okazała cię całkowicie bezlitosna. Nawet w porównaniu z innymi, które też jej nie oszczędzały. Pasek, który Egwene znalazła w jednej ze swoich skrzyń, był cienki i giętki, jednakże dwa razy taki szeroki jak jej dłoń, a wszystkie te kobiety miały doprawdy silne ramiona. Od każdej z nich otrzymała co najmniej po pół tuzina razów.
W całym swoim życiu jeszcze nigdy nie najadła się tyle wstydu. Nie chodziło o to, że stoi całkiem naga, że ma zupełnie czerwoną od płaczu twarz, bowiem łkała jak dziecko. Cóż, płacz stanowił poważny asumpt do jej wstydu. Nie chodziło nawet o to, że patrzyły, jak jest batożona. Najgorszą hańbę stanowił fakt, że tak źle to przyjęła. Nawet dziecko Aielów zachowałoby się bardziej niewzruszenie; chociaż dziecko nie musiałoby przez nic takiego przechodzić.
— Czy to już koniec? — Naprawdę ten stłumiony, niepewny głos należał do niej? Jakby te kobiety się śmiały, gdyby wiedziały, ile ją trudu kosztowało zebranie się na odwagę.
— Tylko ty wiesz, ile jest wart twój honor — powiedziała pozbawionym wyrazu głosem Amys. Pas zwisał u jej boku, trzymała go za szeroką sprzączkę. Szmer rozmów zamarł jak nożem uciął.
Egwene wciągnęła głęboki, urywany oddech. Wystarczy, jak powie, że ma już dosyć, a wtedy przestaną. Była to zresztą gotowa mówić już po otrzymaniu pierwszego ciosu od każdej z kobiet. Mogłaby...
Mrugając oczami, uklękła, a potem z trudem wyciągnęła się na dywanie. Jej dłonie wniknęły pod suknie Bair, chwytając chude kostki tamtej poprzez skórę miękkich butów. Tym razem na pewno zdoła okazać odwagę. Tym razem nie będzie płakać. Tym razem nie będzie wierzgać, rzucać się na wszystkie strony, ani... Nie poczuła uderzenia. Uniosła głowę, próbując dojrzeć ich twarze.
— Na co czekacie? — Jej głos wciąż drżał, ale teraz pobrzmiewał w nim również gniew. Na domiar wszystkiego jeszcze każą jej czekać? — Wieczorem muszę wyruszyć w podróż, na wypadek gdybyście zapomniały. Bierzcie się do rzeczy.
Amys upuściła pas, spadł tuż przy głowie Egwene.
— Ta kobieta nie ma żadnego toh względem mnie.
— Ta kobieta nie ma żadnego toh względem mnie — cicho powtórzyła Bair.
— Ta kobieta nie ma żadnego toh względem mnie — oznajmiła z całą mocą Sorilea. Pochyliła się nad nią i odgarnęła mokre włosy z jej twarzy. — Wiedziałam, że w sercu jesteś Aielem. Teraz jednak zachowujesz się zbyt dumnie, dziewczyno. Spełniłaś wymogi swego toh. Wstań, zanim pomyślimy, że usiłujesz zrobić na nas wrażenie.
Potem pomogły jej się podnieść; przytulały ją, ocierały jej łzy, a na koniec podały jej chusteczkę, aby wydmuchała sobie nos. Pozostałe kobiety podeszły bliżej, każda oznajmiała, że ta oto kobieta nie ma względem niej toh, te również ją ściskały i uśmiechając się do niej. Największym zaskoczeniem były właśnie te uśmiechy; Surandha patrzyła na nią równie przychylnie jak zawsze. Oczywiście. Toh przestawało istnieć, kiedy spełnione zostały jego wymogi; cokolwiek stało się przyczyną jego powstania, teraz równie dobrze mogło być uznane za nieistniejące. Ta część umysłu Egwene, która nie uznawała słuszności ji’e’toh, doszła do wniosku, że być może to, co powiedziała na końcu, również trochę pomogło, podobnie jak fakt, że bez sprzeciwu przyjęła chłostę. Być może z początku nie potrafiła wszystkiemu sprostać z niewzruszoną obojętnością Aielów, jednak Sorilea miała rację. W głębi serca stała się Aielem. Pomyślała, że odtąd tak będzie zawsze.