Выбрать главу

Nerwowo zatarła dłonie, objęła saidara, zaczekała, aż ją wypełni. I niepewnie przestąpiła z nogi na nogę. Saidar sprawiał, że było się bardziej świadomym otaczającego świata, włączywszy w to własne ciało, o którym jednak natychmiast zapomniała. Próbowała dokonać czegoś nowego, czegoś, o czym, na ile wiedziała, nikt dotąd jeszcze nie pomyślał, powinna więc postępować powoli i rozważnie, lecz chyba po raz pierwszy w życiu miała ochotę wypuścić natychmiast Źródło. Przeniosła więc szybko strumienie Powietrza splecione w odpowiedni sposób.

Pośrodku namiotu, wokół jej splotów, powietrze drżało, sprawiając, że pozostała część jego przestrzeni wydawała się jakby zamglona. Jeżeli się nie myliła, to właśnie stworzyła miejsce, w którym wnętrze jej namiotu było tak podobne do jego odbicia w Tel’aran’rhiod, że właściwie nie było między nimi żadnej różnicy. Jedno było drugim. Niemniej jednak istniał tylko jeden sposób, żeby zdobyć całkowitą pewność.

Przerzuciła torby podróżne przez ramię, ujęła węzełek i przeszła przez splot. A potem wypuściła saidara.

Znajdowała się w Tel’aran’rhiod. Lampy się nie paliły, a jednak wszystko zalane było tym dziwnym, docierającym zewsząd światłem. Przedmioty przemieszczały się nieustannie, kryształowa umywalnia, skrzynki, wszystko. Znalazła się w Tel’aran’rhiod razem z własnym ciałem. Wydawało się to jej równie proste, jak wówczas, kiedy wchodziła we śnie.

Wyjrzała z namiotu. Księżyc w trzeciej kwadrze oświetlał namioty, przy których nie płonął żaden ogień i nikt się nie poruszał, a także miasto Cairhien, które zdawało się dziwnie odległe i pogrążone w cieniu. Jedynym teraz problemem było przedostanie się do Salidaru. O tym pomyślała zawczasu. Dużo zależało od tego, czy znajdując się tutaj cieleśnie, będzie w równym stopniu potrafiła kontrolować rzeczywistość Świata Snów, jak wtedy, gdy stanowiła jego część.

Ustaliła w myślach ten obraz, jaki chciała zobaczyć, obeszła namiot dookoła — i nie mogła powstrzymać uśmiechu. Za namiotem stała Bela, niska, kudłata klacz, na której grzbiecie opuściła Dwie Rzeki, tak przecież już dawno temu. Była to tylko Bela ze snu, a jednak szturchnęła ją nosem i zarżała na powitanie.

Egwene rzuciła swe bagaże na ziemię i otoczyła ramionami kark zwierzęcia.

— Cieszę się, że cię znowu widzę — wyszeptała. Te ciemne, wilgotne oczy, które na nią patrzyły, należały do Beli, niezależnie od tego, że stanowiła ona tylko odbicie rzeczywistej klaczy.

Bela miała na grzbiecie siodło o wysokich łękach, dokładnie takie, jakie sobie wcześniej wyobraziła. W normalnych warunkach było bardzo wygodne do dłuższych podróży, jednak nie było miękkie. Egwene spojrzała na nie spod oka, zastanawiając się, jakby wyglądało, gdyby zostało wyścielone czymś puszystym, potem skoncentrowała się. W Tel’aran’rhiod można było zmienić wszystko, włącznie ze sobą, jeśli się wiedziało, jak to zrobić. Skoro dysponowała dostateczną mocą, by sprawić, że Bela pojawiła się przed nią jak żywa... Skoncentrowała się na samej sobie.

Z uśmiechem przymocowała swoje juki i tobołek za siodłem, po czym wspięła się na grzbiet zwierzęcia, moszcząc zupełnie wygodnie.

— To nie jest żadne oszukiwanie — zwróciła się do klaczy. — Przecież nie będą oczekiwać po mnie, że całą drogę do Salidaru pokonam w taki sposób. — Cóż, kiedy już o tym pomyślała, doszła do wniosku, że być może właśnie tak było. Jednak niezależnie od posiadanego serca Aiela, były przecież jakieś granice. Zawróciła Belę, delikatnie trąciła jej żebra obcasami butów. — Muszę znaleźć się tam tak szybko, jak się tylko da, więc będziesz musiała pójść z wiatrem w zawody.

Zanim zdążyła uśmiać się z wizji krępej Beli mknącej niby wiatr, klacz ruszyła... dokładnie w taki sposób, jak jej kazano. Krajobraz rozmył się, zmienił w poziome smugi. Egwene kurczowo uchwyciła się łęku siodła, z szeroko otwartymi ustami. Wyglądało to tak, jakby każdy krok truchtu Beli przenosił je o wiele mil naprzód. Wraz z pierwszym susem zdała sobie sprawę, że znalazły się nad brzegiem rzeki, już daleko za miastem, a kiedy próbowała ściągnąć wodze, by potrzymać Belę przed wskoczeniem do wody, następny krok przeniósł je na pokryte zagajnikami wzgórza.

Egwene odrzuciła głowę w tył i zaśmiała się w głos. To było wspaniałe! Wyjąwszy zlewające się w niewyraźne smugi otoczenie, nie czuła żadnego właściwie wrażenia szybkości; sporadyczne podmuchy wiatru prawie wcale nie wichrzyły jej włosów. Bela poruszała się cały czas jednostajnym, lekkim truchtem, a te nagłe skoki otaczającego krajobrazu napawały ją ekstazą: w jednej chwili ulica wioski, zalana księżycową poświatą, w następnej wiejska droga wijąca się wśród wzgórz, potem łąka z trawą sięgającą niemalże do brzucha klaczy. Egwene zatrzymywała się czasami na chwilę tu i tam, aby zorientować się, gdzie jest — nie miała z tym żadnych kłopotów, bo zapamiętała dokładnie wszystkie szczegóły mapy, którą stworzyła ta kobieta o imieniu Siuan przez resztę czasu pozwalała biec Beli równym tempem. Wioski i miasteczka to pojawiały się, to znikały w tym pędzie, podobnie jak wielkie miasta — jednym z nich było Caemlyn; co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości — a w pewnym momencie dostrzegła wśród porośniętych lasem wzgórz głowę i ramiona potężnego posągu wystającego z ziemi, pozostałość po jakimś narodzie zagubionym w mroku dziejów; posąg pojawił się tak nagle przy boku Beli, z tym swoim zniszczonym erozją grymasem, że Egwene omalże nie krzyknęła, jednak zniknął tak szybko, że nie zdążyła nawet otworzyć ust. Księżyc nie zmieniał swego położenia, przez cały czas ich biegu stał w tym samym miejscu na nieboskłonie. Dzień czy dwa na dotarcie do Salidaru? Tak właśnie powiedziała Sheriam. Mądre miały rację. Ludzie od tak dawna wierzyli w to, że Aes Sedai wszystko wiedzą, iż same Aes Sedai również w to uwierzyły. Dzisiejszej nocy dowiedzie im, że się myliły, ale najprawdopodobniej w ogóle nie zwrócą uwagi na jej dokonania.

Po jakimś czasie, kiedy pewna już była, że znajduje się gdzieś w Altarze, zaczęła powoli nakłaniać Belę do krótszych skoków, częściej ściągając jej wodze, od czasu do czasu jadąc nawet normalnym tempem, szczególnie wówczas, gdy w pobliżu znajdowała się jakaś wioska. Czasami zagubiona w całkowitych ciemnościach gospoda opatrzona była szyldem, na którym wypisano nazwę wioski, na przykład Marella albo Źródła Ionin, zaś księżycowa poświata w połączeniu z tym dziwnym rodzajem światła przepełniającym Tel’aran’rhiod pozwalała z łatwością odczytywać te nazwy. Z każdą chwilą zdobywała coraz większą pewność, gdzie się znajduje, zaczęła też poruszać się wolniej, potem w ogóle zrezygnowała z tych niesamowitych skoków, pozwoliła tylko Beli na normalny trucht przez las, w którym wysokie drzewa zdławiły większość niżej rosnących roślin, a pozostałym nie pozwalały wybić się na właściwą wysokość.

Była zaskoczona, kiedy nagle przed jej oczami rozpostarła się spora wioska, ciemna i cicha w promieniach księżyca. To musiał być właśnie cel jej podróży.

Na skraju szeregu krytych strzechą kamiennych domów zsiadła z konia i zdjęła z jego grzbietu swój dobytek. To był środek nocy, jednak w świecie jawy część ludzi wciąż mogła nie spać. Nie było potrzeby straszenia ich, wyskakując wprost z powietrza. Gdyby Aes Sedai to zobaczyły, mogłyby przez pomyłkę wziąć ją za kogoś innego, a wtedy być może nie miałaby już szansy stanąć przed Komnatą.