— Prawdziwie biegłaś niczym wiatr — wymruczała i po raz ostatni uściskała kark Beli. — Żałuję, że nie mogę zabrać cię ze sobą. — Oczywiście była to próżna fantazja. To, co zostało stworzone w Tel’aran’rhiod, mogło istnieć tylko w nim. To nie była prawdziwa Bela, mimo wszystko. A jednak poczuła ukłucie żalu, gdy odwróciła się do niej plecami — nie potrafiła zniszczyć wyobrażenia Beli; niech żyje sobie, jak długo jej się uda a potem splotła lśniącą kurtynę Ducha. Z wysoko uniesioną głową przeszła przez nią, umacniając swe serce Aiela, gotowa stawić czoła temu, co na nią czekało.
Zrobiła tylko jeden krok i zamarła z szeroko rozwartymi oczyma, a z jej ust wydarło się krótkie:
— Och! — Zmiany, jakich dokonała w Tel’aran’rhiod, w realnym świecie przestały istnieć, podobnie jak Bela. Palący ból powrócił w jednej chwili, dokładnie tak, jak przestrzegała ją Sorilea.
„Jeżeli sprawisz, by to, co zrobiłaś, chcąc sprostać swemu toh, przestało jakby istnieć, to w jaki sposób wypełnisz toh? Pamiętaj, że masz serce Aiela, dziewczyno”.
Tak. Będzie o nim pamiętać. Znalazła się tutaj, żeby stoczyć bitwę; niezależnie od tego, czy Aes Sedai zdawały sobie z tego sprawę, czy nie, gotowa była walczyć o to, żeby zostać jedną z nich, gotowa stanąć twarzą w twarz... Światłości, z czym?
Po ulicach wciąż jeszcze kręcili się ludzie, z niektórych okiem wylewały się kałuże światła. Egwene podeszła nieco chwiejnym krokiem do żylastej kobiety w białym fartuchu, o umęczonym wyrazie twarzy.
— Przepraszam. Nazywam się Egwene al’Vere. Jestem Przyjętą — kobieta obrzuciła jej suknię do konnej jazdy ostrym spojrzeniem — i właśnie przed chwilą przybyłam. Czy możesz mi powiedzieć, gdzie znajdę Sheriam Sedai? Muszę się z nią spotkać. — Najprawdopodobniej Sheriam już spała, ale nawet jeśli tak było, Egwene zamierzała ją obudzić. Kazano jej przybyć najszybciej, jak to tylko będzie możliwe, Sheriam więc powinna dowiedzieć się, że już jest.
— Wszyscy zawsze przychodzą do mnie — wymamrotała kobieta. — Czy nikt nie potrafi sam sobie dać rady? Nie, one chcą, żeby Nildra wszystko za nich robiła. Wy Przyjęte jesteście najgorszą bandą. Cóż, nie mam całej nocy na rozmowy z tobą. Jeżeli masz ochotę, idź za mną. Jeżeli nie, możesz sobie sama szukać. — Nildra ruszyła naprzód, ani razu nie oglądając się za siebie.
Egwene poszła za nią w milczeniu. Bała się, że wystarczy, jak otworzy usta, a zaraz powie tamtej, co o niej myśli, a nie był to najlepszy sposób na rozpoczynanie pobytu w Salidarze. Niezależnie od tego, jak krótki miałby się ostatecznie okazać. Żałowała, że jej serce Aiela i głowa z Dwu Rzek jakoś nie mogą się ze sobą zgodzić.
Odległość, jaką miały do przejścia, nie okazała się duża, parę dosłownie kroków po błotnistej ulicy, a potem za róg w następną, węższą uliczkę. Z okiem niektórych domostw dobiegały odgłosy śmiechu. Nildra zatrzymała się przed drzwiami chaty, w której panowała całkowita cisza, chociaż w oknach frontowych izb paliło się światło.
Kobieta zapukała, a potem, nie czekając na odpowiedź, weszła do środka. Jej ukłon był doskonale stosowny, nawet jeśli trochę pospieszny, potem przemówiła, tonem wyrażającym znacznie więcej szacunku niźli dotąd:
— Aes Sedai, ta dziewczyna powiada, że ma na imię Egwene i właśnie... — Nie zdołała powiedzieć nic więcej.
W środku znajdowały się wszystkie, cała siódemka, którą spotkała wcześniej w Sercu Kamienia. Wyraźnie nie zamierzały wcale udawać się już na spoczynek, chociaż wszystkie oprócz młodej kobiety noszącej imię Siuan miały na sobie podomki. Ze sposobu, w jaki zsunęły krzesła, Egwene wywnioskowała, że trafiła na sam środek jakiejś dyskusji. Sheriam pierwsza poderwała się z miejsca, jednocześnie gestem odprawiając Nildrę.
— Światłości, dziecko! Już?
Żadna nie zwróciła uwagi na ukłon wychodzącej Nildry, na jej rozdrażnione parsknięcie.
— Nigdy byśmy nie przypuszczały... — zaczęła Anayia, biorąc Egwene pod rękę z ciepłym uśmiechem. — Nie tak szybko. Witaj, dziecko. Witaj.
— Czy zaobserwowałaś jakieś niedobre skutki? — zapytała Morvrin. Ona nie podniosła się z miejsca, podobnie jak Carlinya oraz tamta młoda Aes Sedai, jednak Morvrin, zadawszy pytanie, pochyliła się z napięciem naprzód. Podomki wszystkich uszyto z jedwabiu w rozmaitych barwach, niektóre były brokatowe, inne haftowane; tylko ona miała na sobie zwykłe brązowe wełny, chociaż na pierwszy rzut oka miękkie i znakomicie utkane. — Czy w wyniku tego doświadczenia odczuwasz jakieś zmiany? Naprawdę miałyśmy zbyt mało danych, żeby to osądzić. Jestem zdumiona, że ci się powiodło.
— Będziemy musiały zobaczyć, jak to działa, żeby ocenić efekty. — Beonin urwała, upiła łyk herbaty, potem odstawiła filiżankę na kulawy stoliczek. Filiżanka i spodek pochodziły z innych kompletów, ale skoro już o tym mowa, to żaden element umeblowania izby nie pasował do pozostałych, a większość wyglądała na równie koślawe jak ten stoliczek. — Jeżeli są jakieś złe efekty, to trzeba cię będzie poddać Uzdrawianiu, a wtedy sobie z nimi poradzimy.
Egwene szybko odsunęła się od Anaiyi, po czym ułożyła swój dobytek obok drzwi.
— Nie, czuję się zupełnie dobrze. Naprawdę, nic mi nie jest. — Mogła w tonie swego głosu zawrzeć odrobinę wahania, a wówczas Anayia Uzdrowiłaby ją, nie pytając dalej. To jednak równałoby się oszustwu.
— Wygląda na całkiem zdrową — zimno oznajmiła Carlinya. Jej włosy były krótko przycięte, ciemne loki ledwie zasłaniały uszy, więc jednak coś jej się przydarzyło w Tel’aran’rhiod. Rzecz jasna miała na sobie biel. Nawet haft na podomce był biały. Możemy poprosić którąś z Żółtych, żeby ją potem dokładnie zbadała. W razie konieczności.
— Nie każmy jej stać przez cały czas — powiedziała Myrelle ze śmiechem. Bujne kwiaty w kolorach żółci i czerwieni pokrywały tak gęsto jej szatę, że ledwie prześwitywała spod nich zieleń. — W ciągu jednej nocy pokonała tysiące mil. W ciągu kilku godzin.
— Nie mamy czasu, żeby pozwolić jej na wypoczynek zdecydowanie wtrąciła młoda Aes Sedai. Naprawdę nie pasowała do tego towarzystwa, w swej żółtej sukni ozdobionej niebieskimi pasami oraz głęboko wyciętym, okrągłym dekoltem obszytym również na niebiesko. To, oraz fakt, iż stanowiła jedyną w tym zgromadzeniu, której wiek z łatwością dawał się określić. — Kiedy nadejdzie ranek, dopadną ją wszystkie z Komnaty. Jeżeli nie będzie gotowa, Romanda wypatroszy ją niczym tłustego karpia.
Egwene zagapiła się na tamtą. Sam ton powiedział jej więcej niźli słowa.
— Siuan Sanche. Nie, to niemożliwe!
— A właśnie, że możliwe — odparła suchym tonem Anaiya, obrzucając młodą kobietę cierpiętniczym spojrzeniem.
— Siuan jest znowu Aes Sedai. — Twarz Myrelle dla odmiany wyrażała rozdrażnienie.
Musiała to być prawda — przecież tak powiedziały — ale Egwene nie potrafiła uwierzyć, nawet po tym, jak Siuan wszystko jej wyjaśniła. Nynaeve Uzdrowiła Ujarzmienie? To dlatego, że została Ujarzmiona, nie wyglądała na starszą od Nynaeve? Siuan miała zawsze surowe oblicze i równie surowe serce; była zupełnie inna od tej pięknej kobiety o aksamitnych policzkach i delikatnym niemalże kroju ust.
Egwene nie potrafiła oderwać wzroku od Siuan, słuchając jednocześnie tego, co mówiła Sheriam. Prawda, te błękitne oczy nie zmieniły się nawet odrobinę. Jak mogła nie zrozumieć wszystkiego od razu, skoro przecież zauważyła to spojrzenie, tak twarde, że zdawało się zdolne wbijać gwoździe? Cóż, ta twarz wystarczała za odpowiedź na to pytanie. Ale Siuan była zawsze silna, jeśli chodziło o władanie Mocą. Młoda dziewczyna, która dopiero zaczynała przenosić, musiała być poddana specjalnym testom, które określały, jak silna będzie w przyszłości, ale gdy już osiągała pełnię swoich możliwości, wszystko było jasne. Egwene wiedziała już dosyć, żeby w ciągu kilku chwil oszacować siłę innej kobiety. Sheriam była zdecydowanie najsilniejszą wśród zgromadzonych w tym pomieszczeniu, wyjąwszy samą Egwene, następna była Myrelle, chociaż to już nie było takie pewne, ponieważ pozostałe raczej jej dorównywały. Wszystkie z wyjątkiem Siuan. Ta była znacznie od nich słabsza.