Parsknięcie Morvrin przypomniało jej Sorileę.
— Uspokój się, dziecko, albo ja będę musiała o to zadbać. Nie możesz się emocjonować albo mdleć na naszych oczach; nie mamy na to czasu.
— Ale ja nie mam pojęcia, co robić! Nawet od czego zacząć! — Egwene zrobiła głęboki wdech. W najmniejszej mierze nie uspokoił jej galopującego serca, jednak trochę pomógł. Odrobinę. Serce Aiela. Cokolwiek zrobią, nie pozwoli im się zastraszyć. Popatrzyła na twardą twarz Morvrin i dodała w myślach:
„Może obedrzeć mnie ze skóry, ale nigdy mnie nie zastraszy”. — A potem powiedziała na głos:
— To całkiem bezsensowny pomysł, nic ponadto. Nie będę robić z siebie idiotki na oczach wszystkich, a tak by się właśnie cała sprawa skończyła. Jeżeli po to właśnie wezwała mnie Komnata, to moja odpowiedź brzmi: nie.
— Obawiam się jednak, że to nie jest żadne wyjście westchnęła Anaiya, wygładzając podomkę. — Nie możesz odrzucić wezwania na Tron Amyrlin, tak samo, jak nie możesz nie zastosować się do wezwania na proces. Słowa wezwania są nawet identyczne. — To dopiero dodawało ducha, o tak!
— Wybór spoczywa teraz w rękach Komnaty. — W głosie Myrelle słychać było nutę smutku, która w żaden sposób nie poprawiła nastroju Egwene.
Nagle Sheriam uśmiechnęła się i objęła Egwene ramieniem.
— Nie martw się, dziecko. Pomożemy ci, będziemy cię prowadzić. Po to tu jesteśmy.
Egwene nic nie powiedziała. Nic sensownego nie przychodziło jej do głowy; być może posłuszeństwo względem prawa nie miało nic wspólnego z zastraszaniem, a jednak miała wrażenie, że to jest to samo. Wyraźnie uznały jej milczenie za zgodę, ona zaś sama podejrzewała, iż tym właśnie było. Potem, już bez żadnej zwłoki wysłały Siuan, która narzekała zresztą, że właśnie jej powierzono zadanie osobistego obudzenia każdej z Zasiadających i poinformowania ich, że Egwene już przybyła.
Siuan jeszcze nie zdążyła dojść do drzwi, kiedy w izbie rozszalał się istny tajfun. Natychmiast zabrały się do omawiania walorów sukni do jazdy konnej Egwene — jej samej zresztą bynajmniej nie dopuszczając do głosu — a pulchna służąca została wyrwana z drzemki na krześle w tylnym pomieszczeniu i błyskawicznie odesłana — z ostrzeżeniem, że jeśli piśnie choć słowo, marny będzie jej los — aby zdobyć wszystkie sukienki Przyjętych, jakie będzie w stanie znaleźć, a które mniej więcej mogłyby pasować na Egwene. Przymierzyła osiem, zanim znalazła się taka, która jako tako na niej leżała. Była zbyt ciasna na piersiach, lecz na szczęście dosyć luźna w biodrach. Przez cały czas kolejne służące przynosiły dalsze suknie, a Egwene przymierzała wszystkie. Sheriam i pozostałe zmieniały się przy niej, w przerwach same biegając, aby się przebrać, po kolei udzielały jej wykładu na temat tego, co nastąpi, co będzie musiała zrobić, a co powiedzieć.
Bez przerwy kazały jej wszystko powtarzać. Mądre uważały, że powiedzenie czegoś raz jest absolutnie wystarczające, i biada uczennicy, która nie potrafi słuchać i zapamiętywać. Egwene pamiętała niektóre rzeczy z tych wykładów dla nowicjuszek, których wysłuchała jeszcze w Wieży, i potrafiła już za pierwszym razem wygłosić bezbłędnie stosowne formułki, jednak Aes Sedai powtarzały wszystko wciąż na nowo. Egwene nie potrafiła tego zrozumieć. Gdyby miała do czynienia z kimś innym, a nie z Aes Sedai, to powiedziałaby, że te kobiety są strasznie zdenerwowane, mimo spokoju, który malował się na ich twarzach. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy to ona przypadkiem nie robi jakichś błędów i spróbowała akcentować inne słowa.
— Powtarzaj je tak, jak ci kazano — warknęła Carlinya, a Myrellle, której głos nie brzmiał ani trochę cieplej, dodała: Nie możesz pozwolić sobie na pomyłkę, dziecko. Nawet jedną!
Jeszcze pięciokrotnie kazały jej wszystko powtórzyć, a kiedy zaprotestowała, mówiąc, że przecież wyrecytowała poprawnie wszystkie zdania, zapamiętała, która powinna gdzie stać, i powtórzyła dokładnie to, co każda miała powiedzieć, przestraszyła się, że Morvrin za chwilę wytarga ją za uszy, jeśli Beonin i Carlinya nie zrobią tego pierwsze. Od pewnego momentu marsy na ich czołach działały na nią jak uderzenia; miała wrażenie, że Sheriam patrzy na nią tak, jak na nowicjuszkę, która coś zbroiła. Wzdychała więc i zaczynała wszystko od początku.
— Wchodzę w towarzystwie trzech z was...
Ich procesja wędrowała przez puste niemalże, zalane księżycową poświatą ulice w całkowitym milczeniu. Kilku spóźnionych przechodniów ledwie na nie spojrzało; widok sześciu Aes Sedai prowadzących jedną samotną Przyjętą był tutaj czymś zwyczajnym, toteż nie wywoływał komentarzy. Okna, w momencie jej przybycia rzęsiście oświetlone, teraz były całkowicie ciemne; cisza zalegała nad miasteczkiem, a w tej ciszy wyraźnie było słychać odgłosy kroków na ubitej glinie. Egwene muskała pierścień z Wielkim Wężem, z rozmysłem wsunięty na palec lewej dłoni. Czuła, jak drżą jej kolana. Wiedziała, że będzie musiała stawić czoło najrozmaitszym rzeczom, ale przecież nie czemuś takiemu.
Zatrzymały się przed trzypiętrowym budynkiem zbudowanym na planie kwadratu. Również w jego oknach było całkiem ciemno, jednak oświetlona księżycową poświatą budowla nieodparcie przypominała gospodę. Carlinya, Beonin i Anaiya miały zostać tutaj, przy czym te dwie pierwsze nie wydawały się szczególnie z tego faktu zadowolone; nie skarżyły się oczywiście, jak to próbowały czynić jeszcze w domu, do którego trafiła z początku, jednak zupełnie niepotrzebnie poprawiały szale na ramionach i trzymały sztywno głowy, nie patrząc nawet na Egwene.
Anaiya pogładziła ją po głowie.
— Wszystko pójdzie dobrze, dziecko. — Pod pachą niosła tobołek z suknią, którą Egwene miała wdziać, kiedy już będzie po wszystkim. — Bardzo szybko się uczysz.
Z wnętrza kamiennego budynku rozległ się głęboki dźwięk gongu, jeden raz, drugi, trzeci. Egwene omal nie podskoczyła. Na mgnienie oka zapadła cisza, a potem gong zadźwięczał znowu. Myrelle odruchowo wygładziła suknię. Kolejna chwila ciszy, a potem znowu potrójne wezwanie.
Sheriam otworzyła drzwi i Egwene weszła do środka, prowadząc za sobą Myrelle i Morvrin. Nie potrafiła wyzbyć się wrażenia, że pilnują, by im przypadkiem nie uciekła.
W wielkiej izbie z wysokim sufitem nie było bynajmniej ciemno, wręcz przeciwnie. Na czterech szerokich gzymsach kominków stały rzędy lamp; jeszcze inne poustawiano na stopniach wiodących na pierwsze piętro oraz na poręczach galeryjek otaczających pomieszczenie. Ponadto we wszystkich kątach izby stały kilkuramienne lampy z odblaśnicami. Koce rozwieszone na oknach zatrzymywały całe światło w środku.
Pod każdą ze ścian stało dziewięć krzeseł ustawionych w szereg; siedzące na nich kobiety, Zasiadające sześciu Ajah reprezentowanych w Salidarze, miały na sobie szale i nosiły swoje barwy. Głowy wszystkich zwróciły się w kierunku Egwene; ich twarze nie wyrażały nic prócz chłodnego spokoju.
Po przeciwległej stronie izby stało samotne krzesło, na niewielkim podwyższeniu przypominającym płaską skrzynkę. Wysokie i mocne, z nogami i poręczami ozdobionymi rzeźbionymi spiralami, pomalowane ciemnożółtą farbą mającą imitować złoto. Na jego poręczach rozłożona była siedmiobarwna stuła. Egwene miała wrażenie, że od krzesła dzieli ją odległość wielu mil.
— Któż to stawia się przed Komnatą Wieży? — zaintonowała Romanda wysokim, czystym głosem. Siedziała tuż obok „złotego” krzesła, naprzeciwko trzech Błękitnych sióstr. Sheriam odstąpiła na bok, ukazując zebranym Egwene.