„Ale ja nią jestem. To nie sen”.
Na stołach w dużej izbie na niższym piętrze było tak samo pusto jak wieczorem. Zobaczyła tam tylko Opiekunki, ubrane w szale i pogrupowane według ich Ajah, oraz Sheriam, która stała samotnie. Ucichły, kiedy Egwene pojawiła się na schodach, a kiedy zeszła na sam dół, dygnęły. Romanda i Lelaine obrzuciły ją świdrującymi spojrzeniami, po czym odwróciły się, ostentacyjnie nie patrząc na Sheriam, i podjęły przerwane rozmowy. Egwene milczała, więc pozostałe również ucichły. Co jakiś czas któraś tylko na nią zerkała. Nawet ich poszeptywania brzmiały jakby zbyt głośno. Na zewnątrz panowała cisza, absolutna martwota. Egwene wyciągnęła z rękawa chusteczkę i otarła nią twarz. A tymczasem one wszystkie nie uroniły ani kropli potu.
Sheriam podeszła do niej.
— Pójdzie dobrze — powiedziała cicho. — Pamiętaj tylko, co masz mówić. — To była jeszcze jedna rzecz, którą omówiły szczegółowo ubiegłej nocy; Egwene miała tego ranka wygłosić przemówienie.
Egwene przytaknęła. Dziwna sprawa; myślała, że będzie jej się przewracało w żołądku, że będą jej się trzęsły kolana. A tak wcale nie było, czego nie potrafiła pojąć.
— Nie ma się czym denerwować — dodała Sheriam. Zabrzmiało tak to, jakby jej zdaniem Egwene była niespokojna, a ona chciała dodać jej otuchy, ale zanim zdążyła znowu otworzyć usta, głośno przemówiła Romanda.
— Już czas.
Przy akompaniamencie szelestu spódnic Opiekunki ustawiły się w szeregu według wieku, tym razem z Romandą na czele, po czym wymaszerowały na zewnątrz. Egwene tylko podeszła do drzwi. Nadal żadnych sensacji. Może Chesa miała rację z tym ciepłym mlekiem.
Znowu zapanowała cisza, po czym rozległ się głos Romandy, zbyt głośny, by brzmieć naturalnie.
— Mamy Zasiadającą na Tronie Amyrlin.
Egwene wyszła na zewnątrz, na skwar, którego się nie spodziewała o tak wczesnej porze. Jej stopa oderwała się od stopnia i wylądowała na platformie utkanej z Powietrza. Opiekunki podzieliły się na dwa szeregi z obu jej stron; wszystkie otoczyły się łuną saidara.
— Egwene al’Vere — zaintonowała Romanda głosem wzmocnionym przez sploty Mocy. — Strażniczka Pieczęci, Płomień Tar Valon, Zasiadająca na Tronie Amyrlin.
W czasie, kiedy Romanda to mówiła, pozostałe uniosły ją, w rzeczy samej wynosząc Amyrlin tak wysoko, że stanęła tuż pod strzechą, na samym powietrzu, jakby się zdawało każdemu oprócz kobiety, która potrafiła przenosić.
Zebrała się tam liczna rzesza pragnących oglądać jej sylwetkę na tle wschodzącego słońca; drugi splot przekształcił światło w lśniącą otoczkę. Tłum mężczyzn i kobiet, stojących na ulicy rozciągał się za każdy jej róg. Pełno było w każdych drzwiach, w każdym oknie, na wszystkich dachach, wyjąwszy dach samej Małej Wieży. Wybuchła wrzawa, która niemalże zagłuszyła Romandę; przez wioskę jęły się przetaczać fale wiwatów. Egwene omiotła wzrokiem tłum w poszukiwaniu Nynaeve i Elayne, ale nigdzie ich nie widziała w morzu zadartych twarzy. Zdawało się, że upłynął wiek, zanim zrobiło się na tyle cicho, by mogła przemówić. Splot, który niósł głos Romandy, przeszedł na nią.
To Sheriam wraz z innymi przygotowała jej to przemówienie, uroczyste kazanie, które być może byłaby w stanie wygłosić bez rumieńca na twarzy, gdyby była dwa, a jeszcze lepiej trzy razy starsza. Dokonała kilku zmian na własną rękę.
— Zebraliśmy się tutaj w pogoni za prawdą i sprawiedliwością, która się nie skończy, dopóki Elaida, fałszywa Zasiadająca na Tronie Amyrlin, nie zrezygnuje z tytułu, który przywłaszczyła sobie całkiem bezprawnie. — Jedyną zmianą było podstawienie frazy „która się nie skończy” w miejsce „która nie może się skończyć”, ale uznała, że tak ujmie rzecz dosadniej i zgrabniej. — Jako Amyrlin pokieruję wami w tej pogoni i nie ugnę się, tak jak wy się nie ugniecie. — Stwierdziła, że na tym już może zakończyć kazanie; w każdym razie nie zamierzała pozostawać tam w górce dostatecznie długo, żeby powtórzyć każde słowo, które one kazały jej wygłosić. Wszystko zresztą sprowadzało się do tego, co już powiedziała. — Moją Opiekunką Kronik mianuję Sheriam Bayanar.
Zareagowali znacznie cichszymi wiwatami; Opiekunka to ostatecznie nie Amyrlin. Egwene zerkała ukradkiem na dół, aż doczekała się Sheriam, która wybiegła z Małej Wieży, drapując na ramionach błękitnej barwy stułę Opiekunki, chcąc nią zaznaczyć, że została wyniesiona z Błękitnych Ajah. Postanowiły nie robić kopii laski Amyrlin, zwieńczonej złotym płomieniem, którą zwykła nosić Opiekunka; miały się bez niej obywać, dopóki nie odzyskają oryginalnej laski z Białej Wieży. Sheriam spodziewała się znacznie dłuższego oczekiwania, toteż popatrzyła na Egwene z jawnym rozdrażnieniem. Twarze stojących w szeregu Opiekunek Romandy i Lelaine pozostały nie poruszone; każda wyraziła, bardzo dobitnie swoje sugestie odnośnie wyboru Opiekunki Kronik, i rzecz jasna w żadnym razie nie dotyczyły one Sheriam.
Egwene zrobiła głęboki wdech i odwróciła się plecami do wyczekującego tłumu.
— Żeby uczcić ten dzień, niniejszym ogłaszam dekret, na mocy którego wszystkie Przyjęte i nowicjuszki są dzisiaj wolne od wszelkich pokut i kar. — Tak nakazywał obyczaj; wywołał okrzyki radości jedynie z ust odzianych na biało dziewcząt oraz kilku Przyjętych. — Żeby uczcić ten dzień, niniejszym ogłaszam dekret, na mocy którego Theodrin Dabei, Faolain Orande, Nynaeve al’Meara i Elayne Trakand wraz z tą chwilą zostają wyniesione do szala, jako pełne siostry i Aes Sedai. — To z kolei powitano czymś w rodzaju pytającego milczenia, a także pomrukiem, tu i ówdzie. Ten dekret był niezupełnie zgodny z obyczajem, a nawet dalece od niego odbiegał. Niemniej jednak został ogłoszony; całe szczęście, że Morvrin przypadkiem napomknęła o Theodrin i Faolain. Czas powrócić do tego, co one dla niej sprokurowały. Niniejszym ogłaszam ten dzień dniem święta i zabawy. Nie będzie się wykonywało żadnych prac, oprócz takich, które są niezbędne dla rozrywek. Oby Światłość opromieniła was wszystkich! Oby chroniła was ręka Stwórcy! — Ostatnie słowa zagłuszył potężny ryk, który wziął górę nad splotem niosącym jej głos. Niektórzy ludzie zaczęli tańczyć na ulicy, właśnie tam i w tej chwili, mimo że brakowało im miejsca.
Platforma z Powietrza opuściła się jakby odrobinkę szybciej niż została uniesiona. Opiekunki wpatrywały się srogo w Egwene, kiedy z niej schodziła; łuny saidara zaczęły gasnąć, zanim zdążyła na dobre stanąć na ziemi.
Sheriam przypadła do Egwene i ujęła ją pod ramię, uśmiechając się jednocześnie do kamiennych obliczy Opiekunek.
— Muszę pokazać Amyrlin jej gabinet. Wybaczcie mi. Egwene nie powiedziałaby, że Sheriam zagnała ją do środka, ale z kolei nie przyznałaby też, że tego nie zrobiła. Nie przypuszczała, że Sheriam jest w stanie ją tam zawlec, ale uznała, że lepiej tego nie sprawdzać, tylko podkasać spódnice wolną dłonią i wydłużyć krok.
Gabinet, urządzony na tyłach poczekalni, okazał się nieco mniejszy od izby sypialnej; był wyposażony w dwa okna, stolik do pisania, jedno krzesło z prostym oparciem ustawione za nim i dwa takie same przed nim. I nic więcej ponad to. Przeżarte przez korniki drewniane panele ścian zostały nawoskowane do połysku, ale na blacie stolika było całkiem pusto. Na posadzce leżał mały dywanik w kwietny wzór.
— Wybacz mi, jeśli moje zachowanie było nieco raptowne, Matko — powiedziała Sheriam, uwalniając jej ramię — ale uznałam, że powinnyśmy spotkać się na osobności, zanim się rozmówisz z którąś z Opiekunek. One wszystkie miały swój udział w pisaniu twego przemówienia i...