— Wiem, że wprowadziłam kilka zmian — odparła Egwene z promiennym uśmiechem — ale coś mnie korciło, kiedy tak tam stałam. — One wszystkie miały w tym swój udział? Nic dziwnego, że brzmiało to jak perora jakiejś starej kobiety, która nie umie przestać gadać. Omal nie wybuchnęła śmiechem. — W każdym razie na pewno powiedziałam to, co należało, samo sedno. Trzeba się pozbyć Elaidy i ja ich ku temu poprowadzę.
— No... tak... — powoli powiedziała Sheriam — ale może paść kilka pytań co do niektórych innych... zmian. Theodrin i Faolain zostaną z pewnością wyniesione do Aes Sedai, kiedy już odzyskamy Wieżę i Różdżkę Przysiąg... i zapewne również Elayne... ale Nynaeve nadal nie potrafi nawet zapalić świecy, chyba że pierwej zacznie szarpać warkocz.
— To jest właśnie sprawa, którą chciałam poruszyć — oznajmiła Romanda, która weszła do środka bez pukania. — Matko — dodała po zauważalnej pauzie. Lelaine zatrzasnęła drzwi za sobą i Romandą, niemalże uderzając w twarze siedmiu innych Opiekunek.
— A ja uznałam, że to konieczne — odrzekła Egwene, otwierając szeroko oczy. — Przemyślałam tę kwestię ubiegłej nocy. Zostałam wyniesiona na Tron Amyrlin, mimo iż ani nie przeszłam sprawdzianów, ani nie złożyłam Trzech Przysiąg, i gdybym była jedyna taka, to bym się wyróżniała. A razem z czterema innymi już nie będę. Przynajmniej nie dla ludzi stąd. Elaida mogłaby próbować jakoś to wykorzystać, kiedy to odkryje, ale większość ludzi wie tak mało o Aes Sedai, że nie będą pewni, w co wierzyć. To ludzie stąd liczą się przede wszystkim i dlatego muszą pokładać we mnie zaufanie.
Wszyscy oprócz Aes Sedai wytrzeszczyliby na nią oczy. Romanda tylko zrobiła taką minę, jakby chciała splunąć.
— Może i tak jest — zaczęła ostrym tonem Lelaine, gwałtownie miętosząc swój szal z błękitnymi frędzlami, po czym urwała. Tak było. Co więcej, Zasiadająca na Tronie Amyrlin ogłosiła publicznie, że te kobiety są Aes Sedai. Komnata mogła uznać, że są nadal tylko Przyjętymi, niemniej jednak nie potrafiła cofnąć wypowiedzianych już słów. Pamiętano by o tym, że oto sprzeciwiły się Amyrlin już pierwszego dnia piastowania przez nią tego stanowiska. Dużo by z tego przyszło w dziele umacniania zaufania!
— Mam nadzieję, Matko — powiedziała zduszonym głosem Romanda — że następnym razem skonsultujesz się najpierw z Komnatą. Naruszenie obyczaju może mieć nieprzewidziane konsekwencje.
— A jeśli naruszone zostaje prawo, to konsekwencje mogą być wręcz zgubne — dopowiedziała tonem przygany Lelaine, dołączając spóźnione: — Matko.
To już zakrawało na absurd albo coś bardzo mu bliskiego. Prawo określało warunki, jakie należało spełniać, by móc zostać wyniesioną do godności Aes Sedai, to prawda, ale Amyrlin mogła wydać każde rozporządzenie, jakie jej się podobało. Niemniej jednak rozsądna Amyrlin nie wdawała się w kłótnie z Komnatą, jeśli mogła tego uniknąć.
— Och, w przyszłości na pewno będę się konsultowała zapewniła je gorliwie Egwene. — Po prostu uznałam, że postępuję właściwie. Czy zechcecie mi teraz wybaczyć? Naprawdę muszę porozmawiać z Opiekunką.
Prawie się zatrzęsły. Dygnęły przed nią nieznacznie, a ich pożegnalne słowa były doskonale poprawne, o ile chodziło o sam dobór, przy czym Romanda je wymruczała, w przypadku Lelaine zaś zabrzmiały niezwykle ostro.
— Bardzo dobrze sobie z nimi poradziłaś — pochwaliła ją Sheriam po ich wyjściu. Ton jej głosu wskazywał, że jest zaskoczona. — Ale musisz pamiętać, że Komnata może stwarzać problemy każdej Amyrlin. Jestem twoją Opiekunką i do moich zadań należy, między innymi, udzielanie ci rad i chronienie cię od tego typu problemów. Powinnaś radzić się mnie zawczasu w kwestii wszelkich dekretów, jakie zamierzasz ogłosić. A gdyby mnie akurat nie było pod ręką, to będzie Myrelle, Morvrin i pozostałe. Jesteśmy tu po to, żeby ci pomagać, Matko.
— Rozumiem, Sheriam. Obiecuję, że wysłucham uważnie wszystkiego, co będziesz miała do powiedzenia. A teraz chciałabym zobaczyć się z Nynaeve i Elayne, jeśli to możliwe.
— To musi być możliwe — odparła z uśmiechem Sheriam ale niewykluczone, że będę musiała uciec się do przemocy, żeby oderwać Nynaeve od jakiejś Żółtej. Poza tym wybiera się do ciebie Siuan, która ma za zadanie wygłosić dla ciebie wykład o etykiecie, jaka obowiązuje Amyrlin; jest tego całkiem sporo, ale w takiej sytuacji powiem jej, żeby przyszła później.
Po wyjściu Sheriam Egwene zapatrzyła się na drzwi. Potem odwróciła się i wbiła wzrok w blat stołu. Całkiem pusty. Ani jednego raportu do przeczytania, żadnych zapisków do przestudiowania. Żadnego pióra i atramentu do sporządzenia notatki, a co dopiero mówić o sporządzaniu dekretu. I czekała ją jeszcze wizyta Siuan, która miała ją pouczyć w kwestii etykiety.
Kiedy rozległo się bojaźliwe pukanie do drzwi, ciągle jeszcze tak stała.
— Wejść! — powiedziała, zastanawiając się, czy to Siuan, czy może jakaś służąca z miodowymi ciasteczkami do pogryzania, już pociętymi na odpowiednio małe kawałki.
Nynaeve z wahaniem wetknęła głowę przez szparę w drzwiach, po czym została wepchnięta do środka przez Elayne. Stanęły obok siebie, potem wykonały perfekcyjne, głębokie dygnięcia, rozpościerając białe, obrzeżone paskami spódnice i mrucząc:
— Matko.
— Błagam, nie róbcie mi tego! — poprosiła Egwene. W rzeczy samej zabrzmiało to niemalże jak szloch. — Jesteście moimi jedynymi dwiema przyjaciółkami i jeśli zaczniecie... — Światłości, ona naprawdę była bliska płaczu!
Elayne dopadła jej o włos szybciej, zarzucając jej ramiona na szyję. Nynaeve milczała, nerwowo majstrując przy cienkiej, srebrnej bransolecie. Elayne natomiast wybuchnęła potokiem słów.
— Nadal jesteśmy twoimi przyjaciółkami, Egwene, ale ty jesteś Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Na Światłość, przypomnij sobie, jak ci któregoś dnia powiedziałam, że zostaniesz Amyrlin; to było wtedy, gdy... — Elayne skrzywiła się nieznacznie. — No cóż, w każdym razie jesteś nią. Przecież nie możemy, ot tak, podejść do Amyrlin i zagadać: „Egwene, czy ja w tej sukni nie wyglądam grubo?” To nie uchodzi.
— Ależ uchodzi — zapewniła ją żarliwie Egwene. — No cóż, w każdym razie na osobności — przyznała po chwili. — Kiedy jesteśmy same, chcę, żebyście mi mówiły, że w jakiejś sukni wyglądam grubo albo... cokolwiek chcecie. — Uśmiechnąwszy się do Nynaeve, delikatnie pociągnęła ją za gruby warkocz. Nynaeve wzdrygnęła się. — I chcę, żebyś ty go szarpała z mojego powodu, jeśli masz na to ochotę. Potrzebuję kogoś, kto jest moją przyjaciółką, przyjaciółką Egwene, i nie widzi cały czas tej... tej przeklętej stuły, bo inaczej oszaleję. A skoro już mowa o sukniach, to dlaczego jeszcze jesteście w tych starych? Myślałam, że miałyście dość czasu, żeby się przebrać?
W tym momencie Nynaeve rzeczywiście szarpnęła warkocz.
— Nisao powiedziała mi, że to jakaś pomyłka, i wywlokła mnie stamtąd. Powiedziała, że nie będzie marnować swojej kolejki tylko z powodu święta. — Jego odgłosy zaczynały już wzbierać na zewnątrz: zgiełk, dostatecznie głośny, by przeniknąć przez kamienne mury, a także ciche brzmienie muzyki.
— To nie pomyłka — oświadczyła Egwene. Kolejka Nisao? No cóż, nie zamierzała pytać o to teraz; Nynaeve wyraźnie nie była tym uszczęśliwiona, a Egwene pragnęła, by ta chwila należała do możliwie jak najprzyjemniejszych. Wysunęła krzesło zza stołu i uśmiechnęła się, zauważywszy dwie szyte z łatek poduszki na siedzeniu. Ach, ta Chesa. — Posiedzimy tu sobie i porozmawiamy, a potem pomogę wam wyszukać dwie najpiękniejsze suknie w całym Salidarze. Opowiedzcie mi o tych waszych odkryciach. Napomknęła o nich Anaiya, a także Sheriam, ale ja nie umiałam zatrzymać ich dostatecznie długo, żeby mi podały jakieś szczegóły.