Выбрать главу

Niemal jak jeden mąż znieruchomiały w trakcie siadania i wymieniły spojrzenia. Z niewiadomych powodów zdawały się niechętne do rozmowy na jakiekolwiek inne tematy oprócz Uzdrowienia Siuan i Leane-Nynaeve trzykrotnie powtórzyła, jakby lękliwie, że Logaina Uzdrowiła przypadkiem — i o pracy Elayne z ter’angrealem. Były to znaczące osiągnięcia, zwłaszcza osiągnięcia Nynaeve, a jednak tyle tylko miały do powiedzenia i Egwene mogła je jedynie wielokrotnie zapewnić, że to, co zrobiły, jest wspaniałe, i że im zazdrości. Próba zademonstrowania nie potrwała długo; Egwene nie miała specjalnego wyczucia w dziedzinie Uzdrawiania, a zwłaszcza nie starczyło jej go do tej skomplikowanej materii, którą Nynaeve utkała bez udziału myśli, i mimo iż dobrze się znała na metalach i dysponowała znaczną siłą zarówno w splotach Ognia, jak i Powietrza, Elayne swoje pogubiła niemalże natychmiast. Rzecz jasna, one z kolei chciały wiedzieć, jakie jest życie wśród Aielów. Widząc, jakie są zdumione i wstrząśnięte, co wyraziły mruganiem oczu i wybuchami śmiechu, który nagle zamierał im na ustach, nie była pewna, czy wierzą w to, co im opowiedziała, a przecież bez wątpienia to jeszcze nie było wszystko. Temat Aielów musiał je nieuchronnie zawieść do tematu Randa. Obie nie odrywały od niej oczu, kiedy zrelacjonowała jego spotkanie z Aes Sedai. Zgodziły się, że on nie zdaje sobie sprawy, jak głębokie są te wody, na które wypłynął, i że potrzebuje kogoś, kto go poprowadzi, zanim zdąży wpaść w jakąś pułapkę. Elayne uważała, że taką osobą może być Min, kiedy już misja dotrze do Caemlyn — Egwene dopiero teraz się dowiedziała, że Min jedzie razem z misją, i że w ogóle była w Salidarze — prawdę mówiąc jednak zdawała się jakoś do tego niezbyt entuzjastycznie usposobiona. I na koniec burknęła coś, co zabrzmiało wyjątkowo osobliwie, i to takim tonem, jakby to była prawda, o której nie chciała nic słyszeć.

— Min jest lepszą kobietą ode mnie. — Z jakiegoś powodu Nynaeve obrzuciła ją współczującym spojrzeniem. — Żałuję, że mnie tam nie ma — ciągnęła dalej Elayne, nieco silniejszym głosem. — Żeby go prowadzić, chciałam powiedzieć. — Przeniosła wzrok z Egwene na Nynaeve i na jej policzkach wykwitły rumieńce. — No cóż, również z tego powodu. — Nynaeve i Egwene zaczęły się śmiać tak serdecznie, że omal nie pospadały z krzeseł, i Elayne niemalże natychmiast im zawtórowała.

— Muszę ci powiedzieć jedną dobrą rzecz, Elayne — powiedziała Egwene, ciągle jeszcze starając się uspokoić. Po czym nagle dotarło do niej, co dokładnie zamierzała powiedzieć. Światłości, jak ona mogła wejść na tak śliski grunt, i to wtedy, kiedy się zaśmiewały! — Przykro mi z powodu twojej matki, Elayne. Nawet nie wiesz, jak bardzo pragnęłam ci złożyć kondolencje. Elayne wyglądała na skonsternowaną, i nic dziwnego. — W każdym razie zmierzam do tego, że Rand chce ci dać Lwi Tron, a także Tron Słońca. — Ku jej zdziwieniu Elayne wyprostowała się dumnie.

— No proszę, proszę — wycedziła chłodno. — Zamierza mi je dać. — Lekko zadarła podbródek. — Mam niejakie podstawy do roszczeń względem Tronu Słońca i jeżeli postanowię z nimi wystąpić, to uczynię to według własnych zasad. Co zaś się tyczy Tronu Lwa, to Rand al’Thor nie ma prawa... żadnego prawa!.. dawać mi czegoś, co już należy do mnie.

— Jestem pewna, że on nie miał takich intencji — zaprotestowała Egwene. Czyżby? — On cię kocha, Elayne. Wiem, że tak jest. — Gdyby to było takie proste — mruknęła Elayne, cokolwiek to miało oznaczać

Nynaeve pociągnęła nosem.

— Mężczyźni zawsze twierdzą, że ich intencje były inne. Człowiek ma wrażenie, że mówią innym językiem.

— Kiedy go znowu dostanę w swoje ręce — oświadczyła stanowczym tonem Elayne — to nauczę go właściwego języka. On chce mi dać tron!

Egwene ledwie się powstrzymała, żeby znowu się nie roześmiać. Następnym razem, kiedy Rand wpadnie w jej ręce, Elayne będzie zbyt zajęta polowaniem na jakieś odosobnione miejsce, żeby go czegokolwiek uczyć. Cała ta sytuacja mocno przypominała dawne, dobre czasy.

— Teraz jesteś Aes Sedai, możesz jechać do niego, kiedy tylko zechcesz. Nikt cię nie może zatrzymać. — Nynaeve i Elayne wymieniły szybkie spojrzenia.

— Komnata nie pozwala nikomu ot tak sobie wyjeżdżać odparła Nynaeve. — A gdyby nawet Elayne mogła wyjechać, to znalazłyśmy coś, co moim zdaniem jest ważniejsze.

Elayne przytaknęła żarliwie.

— Mnie się też tak wydaje. Przyznaję, że kiedy ogłoszono, że wybrano ciebie na Amyrlin, to najpierw przyszło mi na myśl, że teraz ja i Nynaeve będziemy mogły tego poszukać. No cóż, taka właściwie była moja druga myśl; najpierw tak się ucieszyłam, że aż mnie trochę zatkało.

Skonsternowana Egwene zamrugała oczami.

— Znalazłyście coś. A teraz musicie to coś odszukać. Pochyliły się do przodu i odpowiedziały natychmiast, niemalże jedna przez drugą.

— Znalazłyśmy to — wyjaśniła Elayne — ale tylko w Tel’aran’rhiod.

— Wykorzystałyśmy potrzebę — dodała Nynaeve. — Z pewnością potrzebowałyśmy czegoś.

— To czara — kontynuowała Elayne — ter’angreal, który moim zdaniem jest tak silny, że mógłby zmienić pogodę.

— Tyle, że ta czara jest gdzieś w Ebou Dar, w okropnym, poplątanym labiryncie ulic, które nie są ani oznakowane, ani nie ma na nich nic, co mogłoby posłużyć jako wskazówka. Komnata posłała list do Merilille, ale ona jej nigdy nie znajdzie.

— Tym bardziej, że ma za zadanie przekonać królową Tylin, iż prawdziwa Biała Wieża jest tutaj.

— Powiedziałyśmy im, że w tym przypadku wskazany jest udział mężczyzny przy przenoszeniu — westchnęła Nynaeve. Rzecz jasna, to było jeszcze przed Logainem, ale myślę, że one i tak by mu nie zaufały.

— Z tym mężczyzną to wcale nie jest prawda — dodała Elayne. — Chciałyśmy im tylko wmówić, że potrzebują Randa. Nie wiem natomiast, ile potrzebnych będzie kobiet; może pełny krąg złożony z trzynastu.

— Elayne twierdzi, że to bardzo potężny ter’angreal, Egwene. Dzięki niemu pogoda powróci do normy. A mnie by to ucieszyło, już choćby z tego powodu, że mogłabym nareszcie korzystać z mojego zmysłu jej wyczuwania.

— Czara może to sprawić, Egwene. — Elayne wymieniła z Nynaeve uszczęśliwione spojrzenia. — Wystarczy, że nas poślesz do Ebou Dar.

Potok słów ustał i Egwene opadła na oparcie krzesła.

— Zrobię, co się da. Może nie będzie żadnych sprzeciwów, teraz, kiedy jesteście Aes Sedai. — Miała jednak uczucie, że będą. Wyniesienie ich zdawało się śmiałym posunięciem, ale zaczynało już do niej docierać, że to wszystko wcale nie jest takie proste.

— Zrobisz, co się da? — spytała z niedowierzaniem Elayne. Przecież jesteś Zasiadającą na Tronie Amyrlin, Egwene. Wydajesz rozkaz i Aes Sedai skaczą. — Błysnęła zębami w niespodziewanym uśmiechu. — Udowodnię ci to. Powiedz tylko „skacz!”

Egwene skrzywiła się i poprawiła na poduszkach.

— Jestem Amyrlin, ale... Elayne, Sheriam nie będzie się musiała specjalnie mocno wysilać, żeby przypomnieć sobie pewną nowicjuszkę o imieniu Egwene, która gapiła się na wszystko wytrzeszczonymi oczyma i którą trzeba było wysyłać do gracowania ścieżek Nowego Ogrodu za to, że jadła jabłka przed snem. Ona zamierza prowadzić mnie za rękę, a może nawet schwytać za kark. Romanda i Lelaine chciały zostać Amyrlin i one też pamiętają tę nowicjuszkę. Zamierzają mi dyktować, jak mam postępować, dokładnie tak samo jak Sheriam.

Nynaeve, wyraźnie tym zmartwiona, skrzywiła się, ale Elayne stała się wcieleniem czystego oburzenia.