Egwene pomyślała o tym, na kogo patrzy; na jedną z Przeklętych, na kobietę, której imienia przez całe stulecia używano do straszenia dzieci, na kobietę, która swymi zbrodniami setki już razy zasłużyła na śmierć. Pomyślała o wiedzy ukrytej w jej głowie, po czym zmusiła się do uśmiechu. Nie był to miły uśmiech; nie miał taki być, ale nie sądziła też, że byłoby ją na niego stać, nawet gdyby się postarała.
— One mają rację. Żyłam wśród Aielów. A więc jeśli się spodziewasz, że będę tak łagodna jak Nynaeve i Elayne, to wybij to sobie z głowy. Popełnij tylko jakiś błąd, a już ja się postaram, żebyś błagała o śmierć. Tyle, że ja cię nie zabiję. Znajdę tylko jakiś sposób, byś stale patrzyła jej w twarz. A jeśli zrobisz coś więcej niż zwykły błąd... — Uśmiechała się coraz szerzej, aż w pewnym momencie zaczęła pokazywać zęby.
Strach osiągnął takie natężenie, że nie tylko przytłumił inne emocje, ale wręcz zdawał się kipieć. Stojąca przed stołem Moghedien zacisnęła dłonie na fałdach spódnic tak silnie, że aż jej zbielały w stawach; widać było, jak cała dygocze. Nynaeve i Elayne patrzyły na Egwene takim wzrokiem, jakby jej nigdy wcześniej nie widziały. Światłości, czy one się spodziewały, że zachowa się uprzejmie wobec jednej z Przeklętych? Sorilea przykułaby tę kobietę do palika wbitego w ziemię zalaną pełnym słońcem, żeby przytrzeć jej rogów. A może zwyczajnie poderżnęłaby jej gardło.
Egwene podeszła bliżej do Moghedien. Tamta była wyższa, ale tchórzliwie przycisnęła się do stołu, wpadając na kielichy do wina ustawione na tacy i przewracając dzban. Egwene postarała się, żeby jej głos zabrzmiał zimno; specjalnie zresztą nie musiała się starać.
— W dniu, w którym wykryję jedno kłamstwo, które padnie z twych ust, osobiście cię zabiję. A teraz do rzeczy. Zastanawiałam się nad podróżowaniem z jednego miejsca do drugiego przez wydrążenie otworu, że się tak wyrażę, który by je łączył. Przez otwór we Wzorze, tak więc nie byłoby żadnej odległości między jednym a drugim punktem podróży. Czy coś by z tego wyszło?
— Nic by z tego nie wyszło, ani tobie, ani żadnej innej kobiecie — odparła Moghedien, bez tchu i bardzo szybko. Strach, który gotował się w jej wnętrzu, uwidocznił się teraz na twarzy. — Takim sposobem Podróżują mężczyźni. — Egwene uzyskała, co chciała; Moghedien mówiła o jednym z utraconych Talentów. — Jeżeli spróbujesz to zrobić, to zostaniesz wessana do... Nie wiem, co to jest. Być może to przestrzeń między wątkami Wzoru. Nie sądzę, byś potem długo żyła. Wiem w każdym razie, że nigdy nie wrócisz.
— Podróżowanie — mruknęła z obrzydzeniem Nynaeve. Nigdy nie myślałyśmy o Podróżowaniu!
— To prawda, nie myślałyśmy — Z głosu Elayne wynikało, że już nie jest taka zadowolona z siebie. — Zastanawiam się, o czym jeszcze nigdy nie myślałyśmy.
Egwene zignorowała je.
— To w takim razie jak? — spytała cicho. Zawsze lepiej mówić cicho niż krzyczeć.
Moghedien wzdrygnęła się, jakby jednak na nią nakrzyczano.
— Robisz we Wzorze dwa identyczne miejsca. Mogę ci to pokazać. To mnie będzie kosztowało trochę wysiłku, przez ten... naszyjnik, ale mogę...
— To coś takiego? — spytała Egwene, obejmując saidara i tkając sploty Ducha. Tym razem nie starała się dotknąć Świata Snów, ale spodziewała się uzyskać mniej więcej taki sam rezultat. Stworzyła jednak coś całkiem odmiennego.
Utkana przez nią cienka zasłona nie zalśniła i utrzymywała się zaledwie chwilę, po czym skurczyła się do pionowej kreski, która nagle rozbłysła srebrzystym, niebieskim światłem. Światło rozszerzyło się prędko — a może obróciło; tak właśnie ona to widziała przekształcając w... w coś. Na samym środku posadzki pojawiły się... drzwi, zupełnie nie tamto mgliste wejście do Tel’aran’rhiod które zobaczyła w swoim namiocie, tylko drzwi otwierające się na zalaną słońcem krainę, w porównaniu z którą tereny tutaj najbardziej dotknięte suszą zdawały się żyzne i bujne. Kamienne iglice i ostre urwiska górowały złowieszczo nad równiną żółtawej, pylistej gleby poprzecinanej pęknięciami i nakrapianej, rzadkimi skarlałymi zaroślami, które nawet z oddali wyglądały na kolczaste.
Egwene niemalże wytrzeszczyła oczy. To było Pustkowie Aiel, w połowie drogi między Siedzibą Zimnych Skał a doliną Rhuidean, miejsce, gdzie raczej trudno kogoś spotkać — i gdzie nie grozi ci nic złego; środki ostrożności, jakie przedsięwziął Rand poprzez wybranie oddzielnej komnaty w Pałacu Słońca, stanowiły dla niej sugestię, że i ona powinna się o to postarać — jednak miała tylko nadzieję, że w ogóle do niego dotrze i była pewna, że ono będzie widoczne przez jakąś lśniącą zasłonę.
— Światłości! — zawołała bez tchu Elayne. — Czy ty wiesz, co zrobiłaś, Egwene? Wiesz? Myślę, że też to potrafię. Wiem, że zapamiętam splot, jeśli go jeszcze raz powtórzysz.
— Co zapamiętasz? — Nynaeve praktycznie załkała. — Jak ona to zrobiła? Och, przeklinam ten przeklęty blok! Elayne, kopnij mnie w kostkę. Zrobisz to?
Twarz Moghedien całkiem znieruchomiała; niepewność przetaczała się przez bransoletę niemal równie ciężko jak strach. Odczytywanie emocji raczej nie przypominało odczytywania słów z kart książki, ale akurat te dwa uczucia były całkiem czytelne.
— Kto... ? — Moghedien oblizała wargi. — Kto cię tego nauczył?
Egwene uśmiechnęła się tym uśmiechem, który podpatrzyła u innych Aes Sedai; w każdym razie liczyła, że jest dostatecznie tajemniczy.
— Nigdy nie bądź zbyt pewna, że ja nie znam odpowiedzi odparła chłodnym tonem. — I pamiętaj: okłamiesz mnie tylko raz... — Nagle uprzytomniła sobie, jak to musiało zabrzmieć dla Nynaeve i Elayne. One pojmały tę kobietę, trzymały ją w niewoli w najbardziej niesamowitych okolicznościach, wydzierały z niej najrozmaitsze informacje. Odwróciła się w ich stronę i zaśmiała się, cicho i ponuro. — Przepraszam. Wcale nie chciałam tak ordynarnie tego przejmować.
— Dlaczego przepraszasz? — Elayne uśmiechnęła się szeroko. — Ty masz to przejąć, Egwene.
Nynaeve szarpnęła warkocz, a potem przyjrzała mu się ponuro.
— Nic nie wychodzi! Dlaczego ja nie potrafię się zezłościć? Och, możesz ją sobie zatrzymać na zawsze, jeśli o mnie idzie. I tak nie możemy jej zabrać do Ebou Dar. Dlaczego ja nie potrafię się zezłościć? Och, krew i przeklęte popioły! — Zrobiła wielkie oczy, kiedy do niej dotarło, co właśnie powiedziała, i przycisnęła dłoń do ust.
Egwene zerknęła na Moghedien, która zajęła się ustawianiem poprzewracanych kielichów i nalewaniem do nich wina pachnącego wonnymi korzeniami, ale w trakcie gdy Nynaeve to mówiła, coś przepłynęło przez bransoletę. Oszołomienie? Może wolałaby mieć taką panią, którą znała, zamiast takiej, która zagroziła jej śmiercią już w pierwszych słowach.