Выбрать главу

Nalesean skubnął swą wypomadowaną bródkę i mruknął:

— W takim razie co chcesz robić? Siedzieć i czekać?

— To właśnie zamierzam — odparł Mat.

„A żeby ten Rand sczezł. «Może pięćdziesiąt Aes Sedai. Trochę je postraszysz»„.

Wydawało się, że czekanie w tym miejscu, aż ktoś wyjdzie z wioski, by zapytać, kim są i czego chcą, to bardzo dobry pomysł. Nie będzie teraz żadnego naginania losu przez ta’veren. Bitwa, obojętnie jaka bitwa, będzie musiała sama przyjść do niego; nie zamierzał w żadną wdeptywać dobrowolnie.

— To tam one są? — spytała Aviendha, pokazując palcem. Nie czekając na odpowiedź, zarzuciła sobie tobołek na plecy i pomaszerowała na zachód.

Mat patrzył wytrzeszczonymi oczyma, jak się oddala.

„Przeklęci Aielowie”.

Jakiś Strażnik spróbuje zapewne ją także pojmać i zapłaci za to życiem. A może wcale nie; Strażnik to Strażnik, więc jeśli ona będzie usiłować ugodzić takiego nożem, zrobi jej krzywdę. A poza tym, gdyby dotarła do Elayne i zaczęła ją szarpać za włosy z powodu Randa, albo co gorsza próbowała ją zranić... szła szybko, prawie biegła, tak bardzo chciała już dotrzeć do Salidaru.

„Krew i przeklęte popioły!”

— Talmanes, do mojego powrotu ty dowodzisz, ale macie się stąd nie ruszać, chyba że ktoś napadnie na Legion. Ci czterej powiedzą wam, z czym być może przyjdzie wam się zmierzyć. Vanin, jedziesz ze mną. Olver, trzymaj się blisko Daerida, na wypadek, gdyby potrzebował posłańca. Możesz mu pokazać grę w Węże i Lisy — dodał z szerokim uśmiechem na użytek Daerida. — Olver wyznał mi, że bardzo by chciał się jej nauczyć. — Daeridowi opadła szczęka, ale Mat już przeszedł do następnego tematu. To by dopiero było, gdyby jakiś Strażnik zawlókł go do Salidaru z guzem na głowie. Co zrobić, żeby tego uniknąć? Jego wzrok przykuły sztandary. — Ty zostajesz tutaj — przykazał szpakowatemu chorążemu. — Wy dwaj jedziecie ze mną. I zwińcie te szmaty.

Jego dziwaczny, mały oddział prędko dogonił Aviendhę. O ile w ogóle istniało cokolwiek, co mogło przekonać Strażników, by ich przepuścili bez przeszkód, to powinien wystarczyć jeden rzut oka. Jedna kobieta i czterech mężczyzn nie mogli stanowić zagrożenia, zwłaszcza, że nie czynili żadnych starań, by przejść niezauważenie. Sprawdził żołnierzy. Nadal nie było wiatru, ale trzymali płótna okręcone wokół drzewc. Na ich twarzach malowało się napięcie. Tylko dureń chciałby wjechać między Aes Sedai i pozwolić, by sztandary mu się rozwiały na wietrze.

Aviendha zerknęła na niego z ukosa, po czym spróbowała wypchnąć mu stopę ze strzemiona.

— Podsadź mnie — rozkazała szorstkim tonem.

Dlaczego, na Światłość, teraz zachciało jej się dosiąść konia? No cóż, nie dopuści, żeby zaczęła się niezdarnie wdrapywać na siodło; mogła w ten sposób zrzucić go na ziemię. Nie raz już widział Aiela dosiadającego konia.

Pacnąwszy dłonią jeszcze jedną muchę, pochylił się i złapał ją za rękę.

— Trzymaj się — powiedział, i głośno sapnąwszy, usadził ją sobie za plecami. Prawie dorównywała mu wzrostem, a na dodatek była mocno zbudowana. — Obejmij mnie w pasie. — Spojrzała tylko na niego i tak długo okręcała się niezgrabnie, aż wreszcie siedziała na oklep, z nogami odsłoniętymi do połowy ud, co bynajmniej jej nie krępowało. Miała ładne nogi, ale postanowił, że już nigdy nie zada się z żadną kobietą Aielów, nawet gdyby taka wcale nie czuła mięty do Randa.

Po jakimś czasie przemówiła do jego pleców.

— Ten Olver... To prawda, że Shaido zabili mu ojca?

Mat skinął głową, nie oglądając się na nią. Czy w ogóle zauważy jakichś Strażników, zanim będzie za późno? Prowadzący ich Vanin jak zawsze garbił się, upodobniając się do worka pełnego mąki, ale rozglądał się wokół czujnym wzrokiem.

— To prawda, że jego matka umarła z głodu? — dopytywała się Aviendha.

— Może z głodu, a może na coś zachorowała. — Strażnicy nosili płaszcze, dzięki którym mogli się zlać w jedno z dowolnym otoczeniem i tym samym stać się niewidzialnymi. Można było przejść obok takiego i w ogóle go nie zauważyć. — Olver nie mówił o tym zbyt jasno, a ja go nie naciskałem. Sam ją pogrzebał. A dlaczego pytasz? Wydaje ci się, że jesteś coś mu winna za to, że Aielowie pozbawili go rodziny?

— Winna? — Wyraźnie ją zaskoczył. — Ja mu nikogo nie zabiłam, a nawet gdyby, to co z tego? To przecież byli zabójcy drzew. Jakie miałabym z tego toh? — Nie przerywając ani na chwilę, mówiła dalej takim tonem, jakby kontynuowała ten temat. — Nie opiekujesz się nim właściwie, Macie Cauthon. Wiem, że mężczyźni nie mają pojęcia o wychowywaniu dzieci, ale on jest za mały, żeby spędzać cały czas wśród dorosłych mężczyzn.

W tym momencie Mat spojrzał na nią i zamrugał oczami. Zdjęła z głowy przepaskę zrobioną z chusty i teraz pracowicie czesała swe ciemnorude włosy grzebieniem z polerowanego jadeitu. Czynność ta zdawała się pochłaniać całą jej uwagę. Czesanie, a także utrzymanie się na grzbiecie konia. Włożyła ponadto srebrny naszyjnik oraz szeroką bransoletę wyrzeźbioną z kości słoniowej.

Kręcąc głową, na nowo podjął obserwowanie lasu. One są wszystkie do siebie podobne, nieważne, czy z Aielów, czy nie.

„Świat będzie się kończył, a kobieta zawsze znajdzie czas na trefienie włosów. Świat będzie się kończył, a kobieta i tak zdąży wypomnieć mężczyźnie, co zrobił złego”.

Wybuchłby śmiechem, gdyby nie to, że trapiła go jednocześnie myśl, czy przypadkiem nie podpatrują ich Strażnicy.

Słońce dosięgło już zenitu i w momencie, gdy las skończył się nagle, zaczęło zachodzić. Wioskę od linii drzew dzielił pas wykarczowanego gruntu, o szerokości niecałych stu kroków; było widać, że oczyszczono go niedawno. Okazało się, że Salidar to spora osada złożona z szarych, kamiennych budynków z dachami krytymi strzechą; na ulicach było rojno i gwarno. Mat narzucił na grzbiet kaftan; ten z przedniej zielonej wełny, haftowany złotem przy mankietach i wysokim kołnierzu, odpowiedni, jego zdaniem, na przywitanie z Aes Sedai. Nie zapiął go jednak; nawet dla Aes Sedai nie zamierzał umierać od tego upału.

Nikt ich nie próbował zatrzymywać, kiedy wjechali do wioski, ale ludzie przystawali i oczy wszystkich zwracały się ku niemu i jego dziwnemu towarzystwu. Wiedzieli, rzecz jasna. Wszyscy wiedzieli. Zrezygnował z liczenia Aes Sedai, kiedy doszedł do pięćdziesięciu; zbyt prędko zarejestrował taką liczbę, by móc zachować spokój umysłu. W tłumie nie wypatrzył żadnych żołnierzy, chyba że ktoś uważał za żołnierzy Strażników w mieniących się płaszczach; mijał ich i widział, że niektórzy gładzą rękojeści mieczy. Nieobecność żołnierzy w wiosce oznaczała po prostu, że wszyscy akurat przebywali w tych obozowiskach, o których wspomniał Vanin. A to z kolei oznaczało, że się do czegoś szykują. Mat miał nadzieję, że Talmanes trzyma się jego zaleceń. Niby miał trochę rozsądku, ale podobnie jak Naleseana czasem go ponosiło i wtedy zaczynał szarżować. Pozostawiłby dowodzenie Daeridowi — jemu to się nie zdarzało, bo brał udział w zbyt wielu bitwach — ale tego arystokraci by nie zdzierżyli.