Otaczające ją Aes Sedai ciągnęły swoje, spokojnymi głosami, rozsądne i nieubłagane.
— Postąpisz najlepiej, jeśli...
— Musisz rozważyć...
— Tym lepiej, że...
— Raczej nie możesz...
Mat uśmiechnął się szeroko. Mogła lada moment dobyć noża, ale wątpił, by w takim tłumie to jej się na coś zdało. Nie dopadnie tak prędko Elayne, to nie ulegało wątpliwości. Zastanawiając się, czy po powrocie zobaczy ją już odzianą w białą suknię, rzucił swoją włócznię w stronę Vanina.
— Prowadź, Nynaeve. Zobaczmy tę twoją Amyrlin.
Obdarzyła go grymasem zaciśniętych ust i wprowadziła do środka, szarpiąc przy tym warkocz i pomrukując coś pod nosem.
— To sprawka Randa, nieprawdaż? Wiem, że tak. W jakiejś mierze na pewno. Przerazić wszystkich tak, by odchodzili od zmysłów. Pilnuj się, Lordzie-Generale Cauthon, bo jak nie, to przysięgam, zapragniesz, żebym cię znowu przyłapała na podkradaniu czarnych jagód. Żeby tak wszystkich nastraszyć! Nawet mężczyzna powinien mieć więcej rozumu! No przestańże się tak szczerzyć, Macie Cauthon. Ciekawe, co ona z tym zrobi.
W środku przy stołach siedziały Aes Sedai — jego zdaniem panowała tam atmosfera typowa dla głównej sali w jakiejś gospodzie, nawet mimo tych kobiet pieczołowicie coś zapisujących albo wydających rozkazy — ale ledwie spojrzały na niego i na Nynaeve, kiedy szli przez izbę. Przemaszerowała tamtędy jakaś Przyjęta, mamrocząca coś do siebie, i żadna z tych Aes Sedai nie powiedziała ani słowa. W Białej Wieży zabawił najkrócej jak mógł, ale wiedział, że nie w taki sposób Aes Sedai kierują sprawami.
Nynaeve pchnęła jakieś drzwi na tyłach izby, które musiały już mieć za sobą swoje lepsze dni. Wszystko tutaj zdawało się mieć już za sobą swoje lepsze dni. Mat wszedł za nią do środka — i stanął jak wryty. Patrzył na Elayne, piękną jak nigdy i odgrywającą wielką damę, w sukni z zielonego jedwabiu z wysokim, koronkowym kołnierzem, z tym typowym dla niej uśmiechem zastygłym na ustach i uniesionymi brwiami. A oprócz niej była tam również Egwene, usadowiona za stołem, z pytającym uśmieszkiem na twarzy. Oprócz bladożółtej sukni miała na sobie stułę z siedmioma paskami. Wyjrzał na zewnątrz i prędko zamknął drzwi, zanim jakaś Aes Sedai zdążyła zerknąć do środka.
— Może wam się wydaje, że to zabawne — warknął, szybko przestępując przez niewielki dywanik — ale one zedrą z was skórę, jak się dowiedzą. W życiu żadnej z was stąd nie wypuszczą, jeśli... — Zerwawszy stułę z szyi Egwene, pospiesznie poderwał dziewczynę z krzesła... i w tym momencie srebrna lisia głowa na jego piersi zlodowaciała.
Lekko odepchnąwszy Egwene od stołu, spojrzał na nie wszystkie groźnie. Egwene zrobiła tylko zdziwioną minę, za to Nynaeve szeroko otwarła usta, a wielkie, niebieskie oczy Elayne wyglądały tak, jakby zaraz miały wyjść z orbit. Któraś z nich usiłowała użyć przeciwko niemu Mocy. Jedynym korzystnym rezultatem tamtej wyprawy do ter’angreala okazał się medalion. Podejrzewał, że to też jest ter’angreal, ale i tak był za niego wdzięczny. Dopóki stykał się z jego skórą, dopóty Jedyna Moc nie mogła go dosięgnąć. A w każdym razie nie saidar; miał na to więcej dowodów, niż potrzebował. Medalion naprawdę robił się zimny, kiedy któraś próbowała użyć Mocy.
Rzuciwszy stułę i kapelusz na blat stołu, usiadł i zaraz podniósł się, żeby wygarnąć spod siebie poduszki i strącić je na posadzkę. Ułożył nogę na kancie stołu i omiótł wzrokiem te trzy głupie kobiety.
— Kiedy się ta tak zwana Amyrlin dowie o waszych wygłupach, to na pewno przydadzą wam się poduszki.
— Mat... — zaczęła stanowczym głosem Egwene, ale przerwał jej.
— Nie! Jeśli chciałyście porozmawiać, to trzeba było to zrobić, a nie wyskakiwać z tą waszą przeklętą Mocą. Teraz możecie tylko słuchać.
— Skąd ty... ? — spytała z niedowierzaniem Elayne. Sploty właśnie... zniknęły.
W niemalże tej samej chwili odezwała się groźnym tonem Nynaeve:
— Macie Cauthon, popełniasz największy...
— Kazałem wam słuchać. — Wskazał palcem Elayne. Ciebie zabieram do Caemlyn, rzecz jasna, pod warunkiem, że Aviendha cię nie zabije. Jeżeli więc nie chcesz, żeby poderżnęła ci to śliczne gardziołko, to trzymaj się blisko mnie i rób, co mówię, bez zadawania pytań! — Wycelował palec w Egwene. — Rand powiada, że odeśle cię do Mądrych, kiedy tylko zechcesz, i jeśli to, co zobaczyłem do tej pory, stanowi jakieś świadectwo twoich poczynań w tym miejscu, to moja rada brzmi tak: niech on się natychmiast za to zabierze! Podejrzewam, że ty potrafisz Podróżować — tu Egwene wzdrygnęła się — więc możesz stworzyć dla Legionu bramę wiodącą do Caemlyn. Nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów, Egwene! To samo dotyczy ciebie, Nynaeve! Powinienem cię tutaj zostawić, ale możesz jechać, jeśli chcesz. Ale ostrzegam. Szarpniesz raz jeszcze warkocz z mojego powodu, a przysięgam, już ja ci rozgrzeję siedzenie!
Gapiły się na niego takim wzrokiem, jakby na głowie wyrosły mu rogi trolloka, ale przynajmniej trzymały usta zamknięte. Może jednak udało się przemówić im do rozumu. Co zresztą wcale nie znaczyło, że kiedyś podziękują za to, że uratował im skórę. Co to, to nie; na pewno nie one. Stwierdzą jak zwykle, że same już jakiś czas temu wszystko obmyśliły. Skoro jakaś kobieta potrafiła oświadczyć, że wtrącasz się do jej spraw, kiedy ty wyciągałeś ją z ciemnicy, to czego jeszcze mogłeś się spodziewać?
Zrobił głęboki wdech.
— No dobrze. Kiedy tu przyjdzie ta biedna, ślepa idiotka, którą one wybrały na Amyrlin, to ja będę gadał. Raczej nie jest najbystrzejsza, bo inaczej nie dałaby się w to wrobić. Zasiadająca na Tronie Amyrlin w jakiejś przeklętej wiosce, nie wiadomo gdzie. Trzymajcie buzie na kłódkę i dygajcie najpiękniej, jak potraficie, a raz jeszcze wyciągnę was z opałów. — Dalej patrzyły na niego wytrzeszczonymi oczyma. No i dobrze. — Wiem wszystko o jej armii, ale ja też mam swoją. Skoro ona jest tak szalona, by wierzyć, że odbierze Elaidzie Wieżę... cóż, pewnie nie będzie chciała się narażać na straty tylko po to, by zatrzymać was trzy. Zrobisz tę bramę, Egwene, i do jutra, najpóźniej do pojutrza, przerzucę was do Caemlyn, a te szalone kobiety mogą ruszyć do boju i dać się zabić Elaidzie. Może będziecie miały jakieś towarzystwo. Przecież nie wszystkie chyba są aż do tego stopnia pozbawione rozsądku. Rand jest skłonny udzielić im azylu. Jedno dygnięcie, szybka przysięga lojalności i nie dopuści, by Elaida nadziała ich głowy na piki w Tar Valon. Nie mogą prosić o nic lepszego. No i co? Macie coś do powiedzenia? — Nie zauważył, by bodaj drgnęły. — Wystarczyłoby proste: „Dziękujemy ci, Mat”. — Ani słowa. Ani mrugnięcia powieką.
Nieśmiałe pukanie do drzwi zapowiedziało nowicjuszkę, piękną, zielonooką dziewczynę, która dygnęła głęboko, z oczyma wytrzeszczonymi ze strachu.
— Przysłano mnie, by sprawdziła, czy ci czegoś nie potrzeba, Matko. Chciałam powiedzieć... czy nie trzeba czegoś dla generała. Może wina, a może... może...
— Nie, Tabitho. — Egwene wyciągnęła stułę spod kapelusza i udrapowała ją sobie na ramionach. — Chcę jeszcze chwilę porozmawiać z Generałem Cauthonem na osobności. Powiedz Sheriam, że niebawem po nią poślę, by przyszła udzielić mi rady.
— Zamknij usta, Mac, zanim zaczniesz łapać muchy — powiedziała Nynaeve tonem głębokiej satysfakcji.
39
Możliwości
Egwene poprawiła stułę i przyjrzała się badawczo Matowi. Spodziewała się, że będzie przypominał niedźwiedzia zagnanego do kąta, ale on wyglądał tylko tak, jakby go kto zdzielił pałką; cały ociekał potem. Tyle pytań chciała mu zadać; na przykład, jak Rand dowiedział się o Salidarze? I skąd wiedział, że ona rozgryzła zagadkę Podróżowania? I w ogóle co ten Rand wyprawia? Ale nie zamierzała ich zadawać. Czuła, jak kręci jej się w głowie z powodu Mata i Legionu Czerwonej Ręki. Może jednak Rand podarował jej gwiazdkę z nieba.