Выбрать главу

— Moje krzesło? — poprosiła cicho. Miała nadzieję, że zauważył, iż się nie spociła, podobnie jak Elayne albo Nynaeve; Nynaeve w każdym razie niezbyt obficie. Siuan zdradziła im, na czym polega ta sztuczka; wymagała szczególnego rodzaju koncentracji, który nie miał nic wspólnego z Mocą. Nynaeve strasznie się wtedy zeźliła, że Siuan nie nauczyła ich tego wcześniej, i nie dziwota, ale tamta tylko spokojnie odparła, że to umiejętność dla Aes Sedai, a nie dla Przyjętych. Jak dotąd Egwene udawało się odpowiednio kierować myślami, kiedy obok były inne siostry, a sucha twarz zamiast spoconej zdawała się dodatnio wpływać na ich stanowisko. W przypadku Mata to powinno zdziałać cuda. O ile kiedykolwiek przestanie tak wytrzeszczać oczy i zauważy to.

— Mat? Moje krzesło?

Wzdrygnął się, po czym wstał i stanął z boku, bez słowa przenosząc wzrok z niej na Elayne, a potem na Nynaeve, jakby stanowiły jakąś zagadkę. No cóż, Nynaeve i Elayne patrzyły na niego w taki sam sposób, a z pewnością miały ku temu lepszy powód.

Otrzepała poduszki, zanim z powrotem ułożyła je na krześle, myśląc przy tym z czułością o Chesie. Po dwóch dniach już ich tak bardzo nie potrzebowała, ale miała do wyboru albo rezygnację z kąpieli, albo wyrażenie zgody na te poduszki, dopóki na ciele nie będzie miała ani śladu sińca. Chesa zabrałaby poduszki, gdyby Egwene jej kazała. Ze spoconą czy suchą twarzą, Egwene była Zasiadającą na Tronie Amyrlin, przed którą będą kłaniali się królowie, a królowe dygały, która mogła wydać rozkaz, by osądzono i stracono Elaidę, i to wszystko zgodnie z prawem Białej Wieży, a zatem zgodnie z prawem całego świata. Chesa by to zrobiła, ale potem obrzucałaby Egwene tymi zranionymi, pełnymi przygany spojrzeniami za to, że nie pozwoliła o siebie zadbać, więc pozostawienie poduszek było czymś znacznie łatwiejszym do zniesienia.

Usadowiła się, splatając dłonie na blacie stołu i zaczęła:

— Mat...

Natychmiast jej przerwał.

— Wiesz co? To jest naprawdę szaleństwo — powiedział cicho. Cicho, ale dość stanowczo. — Jeszcze ci kiedyś utną głowę, Egwene. Wam wszystkim. Ut-ną-wam-gło-wy.

— Mat — wtrąciła silniejszym głosem, ale on mówił dalej.

— Posłuchaj, jeszcze możesz się z tego wyplątać. Jeśli one uważają cię za Amyrlin, to w takim razie mogłabyś wyjechać razem ze mną celem... celem przeprowadzenia inspekcji w Legionie. Zrobisz bramę i wszyscy znikniemy, zanim ta banda wariatek o ptasich móżdżkach zdąży choćby mrugnąć.

Nynaeve widziała na własne oczy, że saidar się go nie ima, ale rozprawiała się z krnąbrnymi mężczyznami na długo przedtem, zanim nauczyła się przenosić. Ze zduszonym warknięciem zręcznie podkasała spódnice i kopnęła Mata w siedzenie, tak mocno, że aż się zatoczył na ścianę. Elayne wybuchnęła śmiechem, który wprawdzie szybko stłumiła, ale nadal się trzęsła i błyszczały jej oczy.

Egwene zagryzła wargę, żeby sama się nie roześmiać. Sytuacja była naprawdę komiczna. Mat powoli odwrócił głowę, by spojrzeć wytrzeszczonymi oczyma na Nynaeve, pełen oburzenia i złości. A potem zmarszczył brwi i szarpnąwszy poły rozchełstanego kaftana, jakby chciał go wygładzić, zaczął powoli kroczyć w jej stronę. Powoli, ponieważ okulał. Egwene zakryła usta dłonią. Naprawdę śmiech był tu nie na miejscu.

Nynaeve wyprostowała się uroczyście, a potem chyba przyszło jej do głowy kilka rzeczy. Rozzłościła się dostatecznie, by móc przenosić, ale saidar w jego przypadku okazał się najwyraźniej bezużyteczny. Mat był wysoki jak na mężczyznę z Dwu Rzek, znacznie wyższy od niej i znacznie też silniejszy, a w oczach miał niebezpieczny błysk. Zerknęła na Egwene i wygładziła suknię, starając się zachować surową twarz. Mat podszedł bliżej, z miną, która przywodziła na myśl burzę z piorunami. Rzuciła pospiesznie jeszcze jedno spojrzenie, zaczynając już zdradzać lęk, a potem zrobiła mały krok w tył.

— Mat — powiedziała zimnym tonem Egwene. Nie zatrzymał się. — Mat, przestań robić z siebie durnia. Znalazłeś się w dość trudnym położeniu, ale ja cię z niego wyciągnę, pod warunkiem, że posłuchasz głosu rozsądku.

Zatrzymał się nareszcie. Obrzucił Nynaeve groźnym spojrzeniem i pogroził jej palcem, po czym odwrócił się do niej plecami i wsparł pięści o pulpit do pisania.

— Ja jestem w trudnym położeniu? Egwene, skoczyłaś z drzewa w stronę jaskini niedźwiedzi i wydaje ci się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo jeszcze nie wylądowałaś!

Uśmiechnęła się do niego spokojnie.

— Mat, mało kto tutaj w Salidarze myśli dobrze o Zaprzysięgłych Smokowi. Lord Bryne nie ma o nich najlepszego zdania, podobnie jego żołnierze. Dotarły do nas różne niepokojące opowieści. W tym kilka takich, które przyprawiają o mdłości.

— Zaprzysięgli Smokowi! — jęknął. — Co oni mają ze mną wspólnego? Ja nie jestem żadnym przeklętym Zaprzysięgłym Smokowi!

— Ależ jesteś, Mat. — Postarała się, by to zabrzmiało jak coś najbardziej oczywistego na świecie. I zresztą było takie, jak się nad tym zastanowić. — Jeździsz tam, gdzie cię pośle Rand. Kim innym jesteś, jak nie Zaprzysięgłym Smokowi? Jeśli jednak mnie posłuchasz, to ja ich powstrzymam przed nadzianiem twojej głowy na pikę. Nie sądzę zresztą, by lord Bryne posłużył się piką; zawsze narzeka, że ma ich za mało, ale jestem pewna, że coś wymyśli.

Mat popatrzył na pozostałe dwie kobiety i Egwene na chwilę zacisnęła usta. Wyraziła się jasno, a tymczasem on wyraźnie szukał jakiejś wskazówki, jakby nie rozumiał, o czym ona mówi. Elayne odpłaciła mu się skąpym uśmieszkiem i zdecydowanie potwierdzającym potaknięciem. Mogła się nie zorientować, do czego zmierza Egwene, ale wiedziała, że nie gada dla samej przyjemności wsłuchiwania się we własny głos. Nynaeve, która ciągle jeszcze się mozoliła, żeby zachować spokojną twarz, i cały czas szarpała warkocz, tylko spojrzała na niego spode łba, ale tak może było nawet lepiej. Ale niestety, zaczynała się pocić; Nynaeve traciła koncetrację, kiedy robiła się zła.

— A teraz ty posłuchaj, Egwene — powiedział Mat. Jakoś udało mu się mówić tonem jednocześnie rzeczowym i pobłażliwym, w możliwie najbardziej obraźliwy sposób. — Jeśli chcesz, żeby cię nazywano Amyrlin, twoja wola. Rand przyjmie cię w Caemlyn z otwartymi ramionami, nawet jeśli nie sprowadzisz do niego tych wszystkich Aes Sedai, ale wiem, że nie będzie się posiadał z radości, jeśli to zrobisz. On rozwiąże wasze problemy z Elaidą, niezależnie od tego, na czym one polegają. Ona wie, że Rand jest Smokiem Odrodzonym. Światłości, pamiętasz przecież jej list. A jakże, ta wasza Biała Wieża zostanie naprawiona, zanim w ogóle wspomnisz o Widmowym Jaku. Bez żadnych bitew. Bez rozlewu krwi. Wiem przecież, że nie chcesz rozlewu krwi, Egwene.

Tego nie chciała na pewno. Niełatwo będzie scalić na powrót Wieżę, gdy między Salidarem a Tar Valon wybuchnie wojna. A gdy przelana zostanie pierwsza kropla krwi Aes Sedai, może się to stać niemożliwe. Niemniej jednak Elaidę należało zdetronizować i Egwene zamierzała zrobić to, co trzeba w tej sprawie. Po prostu nie była tym zachwycona. I nie podobało jej się, że Mat mówił jej o czymś, o czym sama wiedziała, i że na dodatek miał rację. A jeszcze ten jego ton. Z wielkim wysiłkiem unieruchomiła dłonie ułożone na stole. Miała ochotę wstać i wytargać go za uszy.