Выбрать главу

Birgitte zerknęła w stronę, w którą spojrzała Elayne, na Areinę, po czym wzruszyła ramionami.

— Dotarło, ale nie jest tym zachwycona. Ja sama ledwie mogę się doczekać wyjazdu.

Elayne wahała się przez chwilę. Obiecała, że dochowa tajemnicy, co jej się wcale nie podobało, ale przecież nie zobowiązała się, że przestanie przekonywać tę kobietę, iż nie ma potrzeby i sensu, aby im towarzyszyła.

— Birgitte, Egwene...

— Nie!

— Dlaczego nie? — Krótko po tym, jak Birgitte została jej Strażnikiem, Elayne postanowiła, że kiedy już zwiąże więzią Randa, w jakiś sposób wymusi na nim obietnicę, że będzie robić to, co mu się każe, przynajmniej wtedy, kiedy to będzie ważne. Ostatnio stwierdziła, że uczyni jeszcze jedno zastrzeżenie. On będzie odpowiadał na jej pytania. Birgitte robiła to, kiedy miała ochotę albo w jakiś sposób uchylała się od odpowiedzi, kiedy tak jej było wygodnie, a czasami po prostu robiła upartą minę, tak jak teraz. — Wyjaśnij mi, dlaczego nie; jeśli powód okaże się przekonujący, już nigdy o to nie zapytam.

Z początku Birgitte tylko patrzyła na nią chmurnie, lecz potem ujęła ją pod ramię i prawie zagnała do ujścia alejki. Żaden przechodzień nie spojrzał na nie nawet dwa razy, Areina zaś, z twarzą jeszcze czerwieńszą niż przed chwilą, pozostała na swoim miejscu, ale Birgitte nadal rozglądała się ostrożnie dookoła i przemawiała szeptem.

— Zawsze, kiedy Koło wyrzucało mnie z Wzoru, rodziłam się, żyłam i umierałam, nie wiedząc nawet, że jestem z nim związana. Wiedziałam o tym tylko w Tel’aran’rhiod. Czasami stawałam się znana, a nawet sławna, ale byłam taka jak wszyscy, nie jak ktoś z legendy. Tym razem zostałam wypruta, nie wyrzucona. Po raz pierwszy mam ciało i wiem, kim jestem. Po raz pierwszy mogą mnie też poznać inni ludzie. Znają mnie Thom i Juilin; nic nie mówią, ale jestem tego pewna. Nie patrzą na mnie tak jak reszta. Gdybym powiedziała, że zamierzam się wdrapać na szklaną górę i zabić jakiegoś olbrzyma gołymi rękoma, zapytaliby tylko, czy potrzebuję jakiegoś wsparcia, i nie spodziewaliby się, że o nie poproszę.

— Nie rozumiem — powiedziała powoli Elayne, a Birgitte westchnęła i zwiesiła głowę.

— Nie wiem, czy potrafię temu sprostać. W innych żywotach robiłam to, co musiałam, to, co zdawało się słuszne, dostatecznie słuszne dla Maerion, Joany czy jakiejkolwiek innej kobiety. Teraz jestem Birgitte z opowieści. Każdy, kto o tym wie, będzie się czegoś po mnie spodziewał. Czuję się jak uczestnik tańca piór wkraczający na konklawe w Tovan.

Elayne nie zadała pytania; kiedy Birgitte wspominała o czymś z poprzednich żywotów, to jej wyjaśnienia zazwyczaj wprowadzały jeszcze większy zamęt niż niewiedza.

— Przecież to nonsens — odparła stanowczo, chwytając ją za ramiona. — Ja ciebie znam, a wcale nie oczekuję, że będziesz zabijała jakieś olbrzymy. Podobnie Egwene, która też już o tobie wie.

— Dopóki sama się nie przyznam — mruknęła Birgitte będzie tak, jakby ona mnie nie rozpoznała. Nie musisz mówić, że to też nonsens; wiem, że tak jest, ale to niczego nie zmienia.

— No i co z tego? Ona jest Amyrlin, a ty Strażnikiem. Ona zasługuje na twoje zaufanie, Birgitte. Ona go potrzebuje.

— Czy już z nią skończyłaś? — spytała zrzędliwym tonem Areina z odległości kroku. — Jeśli zamierzasz wyjechać i zostawić mnie, to przynajmniej mogłabyś mi pomóc w nauce strzelania z łuku, tak jak obiecałaś

— Zastanowię się nad tym — powiedziała cicho Birgitte do Elayne. Odwróciwszy się w stronę Areiny, złapała ją za warkocz, tuż nad karkiem. — Zajmiemy się sztuką strzelania z łuku obiecała, popychając ją w górę ulicy — ale najpierw porozmawiamy sobie o dobrych manierach.

Elayne, kręcąc głową, przypomniała sobie o Aviendzie i pobiegła przed siebie. Nie miała daleko.

Aviendhę rozpoznała dopiero po chwili. Była przyzwyczajona do jej widoku w cadin’sor, ze ściętymi na krótko ciemnorudymi włosami, a nie w spódnicy, bluzce i szalu, z włosami opadającymi na ramiona i odgarniętymi z twarzy za pomocą złożonej chustki. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało, że boryka się z jakimiś trudnościami. Siedziała dość niezdarnie na krześle — Aielowie nie byli przyzwyczajeni do krzeseł — zdawała się spokojnie popijać herbatę z pięcioma siostrami siedzącymi w kręgu w bawialni. Takie pomieszczenia znajdowały się w tych domach, w których zamieszkały Aes Sedai, aczkolwiek Elayne i Nynaeve nadal korzystały ze swej ciasnej izdebki. Drugi rzut oka pokazał, że Aviendha popatruje ponuro na Aes Sedai znad brzegu filiżanki. Na trzeci rzut oka nie starczyło czasu; na widok Elayne Aviendha poderwała się na równe nogi i upuściła naczynie na wymiecioną posadzkę. Poza Kamieniem Łzy Elayne spotkała niewielu Aielów, wiedziała jednak, że oni skrywają emocje, a Aviendha robiła to bardzo skutecznie. A tymczasem teraz na jej twarzy malowała się jawna udręka.

— Bardzo mi przykro — oznajmiła całemu towarzystwu Elayne — ale muszę wam ją na trochę zabrać. Porozmawiacie sobie później.

Kilka sióstr zawahało się, wyraźnie gotowych zaraz zaprotestować, mimo iż nie miały ku temu podstaw. Jeżeli nie liczyć Aviendhy, Elayne była ewidentnie najsilniejsza w tej izbie, a poza tym żadna z tych Aes Sedai nie była Opiekunką, względnie członkinią rady Sheriam. Cieszyła się, że nie ma tu Myrelle, która wszak mieszkała w tym domu. Elayne wybrała Zielone i została przyjęta, po czym dowiedziała się, że głową Zielonych Ajah w Salidarze jest Myrelle. Myrelle, która została Aes Sedai przed zaledwie piętnastu laty. Elayne wiedziała, że są w Salidarze takie Zielone, które noszą szal od co najmniej pięćdziesięciu lat, mimo iż żadna nie miała siwych włosów. Gdyby Myrelle była tu teraz i zechciała zatrzymać Aviendhę, to cała siła Elayne zupełnie by się nie liczyła. W takiej sytuacji jedynie Shana, Biała o wyłupiastych oczach, która zdaniem Elayne przypominała rybę, posunęła się do tego, że otworzyła szerzej usta, chcąc coś powiedzieć, po czym z dość ponurą miną je zamknęła, kiedy Elayne wygięła brwi w łuk.

Cała piątka zacisnęła usta, ale Elayne zignorowała to.

— Dziękuję wam — powiedziała z uśmiechem, mimo iż wcale nie było jej wesoło.

Aviendha zarzuciła na plecy swój bury tobołek, ale ociągała się, dopóki Elayne nie kazała jej iść ze sobą. Na ulicy powiedziała:

— Przepraszam cię za tamto. Dopilnuję, żeby to się więcej nie powtórzyło. — To jej się uda, była tego pewna. — Nie ma tu wielu miejsc, w których można porozmawiać na osobności, obawiam się. W mojej izbie jest gorąco o tej porze. Mogłybyśmy poszukać cienia albo napić się herbaty, chyba że napoiły cię nią do przesytu.

— Twoja izba. — Niby nie zabrzmiało to specjalnie opryskliwie, ale Aviendha najwyraźniej nie miała ochoty rozmawiać, przynajmniej w tym momencie. Nagle pomknęła w stronę właśnie mijającej je fury, załadowanej drewnem na opał, i pochwyciła konar, który miał zostać porąbany na drewno do rozpałki, dłuższy od jej ręki i grubszy od kciuka. Ponownie podeszła do Elayne, po czym zabrała się za odzieranie kory za pomocą noża; ostrze odcinało mniejsze gałązki niczym brzytwa. Udręka zniknęła z jej twarzy. Zdawała się teraz zdeterminowana.

Szły dalej, a Elayne przypatrywała się swojej towarzyszce z ukosa. Nie uwierzyłaby, że Aviendha chce jej zrobić coś złego, niezależnie od tego, co mówił ten prostak, Mat Cauthon. Ale z kolei... Niewiele wiedziała o ji’e’toh; Aviendha wyjaśniła co nieco, kiedy były razem w Kamieniu Łzy. Może Rand coś powiedział albo zrobił. Może to ten galimatias honoru i zobowiązania wymagał od Aviendhy... To się jakoś nie wydawało możliwe. Ale z kolei...