— Ach tak? — Odrzuciła poły kaftanika na plecy i wsparła dłonie na biodrach. Nie była to wcale ta aż za dobrze znana poza wyrażająca gniew. Wykręciła nadgarstki w taki sposób, że celowała palcami w sufit, i to była ta różnica. Stała z jednym kolanem ugiętym, a to... Dopiero teraz zobaczył ją naprawdę; nie tylko samą Min, ale również jej strój. Nie ten kaftan i spodnie co zawsze, pospolite i bure, ale jasnoczerwone i haftowane. Nie te byle jak przystrzyżone włosy, sięgające zaledwie uszu, ale pukle spadające na kark. — Czy ja wyglądam jak chłopiec?
— Min, ja...
— Czy ja wyglądam jak mężczyzna? A może jak koń? Przysunęła się do niego jednym szybkim krokiem i usadowiła mu się na kolanach.
— Min — powiedział zaskoczony — co ty robisz?
— Przekonuję cię, że jestem kobietą, ty wełnianogłowy durniu. Czy ja nie wyglądam jak kobieta? Czy ja nie pachnę jak kobieta? — Rzeczywiście poczuł delikatną woń kwiatów. — Czy kiedy mnie dotykasz, to nie...? No dobrze, dość na tym. Odpowiedz mi na pytanie, pasterzu.
To właśnie ten „pasterz” i „wełnianogłowy dureń” pomogły mu opanować przestrach. W rzeczy samej zrobiło mu się bardzo przyjemnie, kiedy usiadła mu na kolanach. Tyle, że to była ta Min, która uważała go za zwykłego, młodego wieśniaka. Wieśniaka, który ma siano we włosach i mało rozumu.
— Na Światłość, Min! Wiem przecież, że jesteś kobietą. Nie chciałem cię obrazić. A poza tym jesteś również przyjaciółką. Tak powiedziałem, bo w twojej obecności czuję się swobodnie. Nie ma to dla mnie znaczenia, jeżeli uważasz mnie za durnia. Tobie mogę mówić rzeczy, których nie wyznałbym nikomu innemu, nawet Matowi i Perrinowi. Kiedy jestem przy tobie, rozplątują się wszystkie węzły; nie czuję nawet, kiedy znika to napięcie, które stale czuję w barkach. Rozumiesz, Min? Lubię przebywać w twoim towarzystwie. Tęskniłem za tobą.
Splótłszy ramiona, patrzyła na niego z ukosa, marszcząc brwi. Majtała nogą; gdyby sięgała posadzki, to by nią przytupywała.
— To, co nagadałeś o Elayne. I ta... Aviendha. A tak nawiasem mówiąc, kim ona jest? Wygląda to tak, jakbyś kochał je obie. Och, przestań się wykręcać. Jesteś mi winien kilka wyjaśnień. Mówienie, że ja nie... Odpowiedz mi po prostu. Kochasz je obie?
— Może tak — powiedział powoli. — Światłości dopomóż, wydaje mi się, że chyba je kocham. Min, czy to czyni mnie zdrajcą albo jakimś lubieżnikiem?-Zamykała i otwierała usta; gniewnie kiwała głową i zaciskała wargi. Pospiesznie mówił dalej, żeby nie zdążyła mu powiedzieć, która z tych dwóch jej zdaniem do niego pasuje; naprawdę nie chciał tego słyszeć z jej ust. — Zresztą teraz to prawie bez znaczenia. Z tym już koniec. Odesłałem Aviendhę i nie pozwolę jej wrócić. I jeśli to będzie zależało ode mnie, to za nic nie zbliżę się do niej albo do Elayne.
— Na miłość... ! Dlaczego, Rand? Jakim prawem dokonujesz takiego wyboru w ich imieniu?
— Min, czy ty nic nie rozumiesz? Ja jestem celem. Każda kobieta, którą pokocham, też stanie się celem. Może ją trafić byle strzała wymierzona we mnie. — Ciężko westchnąwszy, wsparł ręce na poręczach krzesła zdobionych rzeźbieniami w kształcie róż. Obróciła się nieznacznie, przypatrując mu się z powagą, jakiej nigdy dotąd nie widział na jej twarzy. Min zawsze się uśmiechała, zawsze wszystko ją trochę śmieszyło. Ale nie teraz; zresztą sam był śmiertelnie poważny. — Lan twierdził, że obaj jesteśmy podobni pod pewnymi względami, i to prawda. Twierdził, że zdarzają się tacy mężczyźni, którzy promieniują śmiercią. Na przykład on. Albo ja. Kiedy taki mężczyzna się zakocha, to najlepszym podarunkiem, jaki może ofiarować swej wybrance, będzie ustanowienie jak największego dystansu. Rozumiesz to, nieprawdaż?
— Czy ja rozumiem... — Milczała przez chwilę. — Proszę bardzo. Jestem twoją przyjaciółką i cieszę się, że ty o tym wiesz, ale nawet nie myśl, że się poddam. Przekonam cię, że nie jestem ani mężczyzną, ani koniem.
— Min, przecież powiedziałem, że...
— Ależ pasterzu! To za mało. — Okręciła się na jego kolanach w taki sposób, że aż musiał kaszlnąć, po czym wbiła palec w jego pierś. — Pragnę zobaczyć łzy w twoich oczach, kiedy będziesz to mówił. Chcę widzieć stróżkę śliny na twojej brodzie i słyszeć, jak się jąkasz. Nie myśl sobie, że nie każę ci za to zapłacić.
Rand nie mógł się nie roześmiać.
— Min, jak to dobrze, że tu jesteś. Ty we mnie widzisz tylko kmiotka z Dwu Rzek, prawda?
Jej nastrój zmienił się z prędkością błyskawicy.
— Ja cię widzę, Rand — odparła, dziwnie cicho. — Widzę cię. — Chrząknęła i wyprostowała się majestatycznie, wspierając dłonie na kolanach. O ile można było siedzieć majestatycznie w takiej pozycji. — Wyjaśnię ci teraz, po co przyjechałam. Najwyraźniej wiesz o Salidarze. Zaraz zaczniesz unosić brwi ze zdziwienia, zapewniam cię. Nie zdajesz sobie prawdopodobnie sprawy, że nie przyjechałam sama. W Caemlyn jest misja poselska z Salidaru, która ma spotkać się z tobą.
Pomruk Lewsa Therina przywodził na myśl daleki grzmot. Wszystkie wzmianki o Aes Sedai zawsze wzbudzały jego zdenerwowanie od czasu Alanny i zobowiązania, aczkolwiek nie tak mocno, jak przebywanie w obecności Taima.
Rand prawie się uśmiechnął, mimo pomrukiwań Lewsa Therina. Podejrzewał to od chwili, w której Min wręczyła mu list od Elayne. Potwierdzenie stanowiące niemalże dowód ich przestrachu, tak jak przeczuwał. Jakiż inny mógłby być stan ducha rebeliantek zapędzonych do kryjówki, tuż za rubieżami władzy Białych Płaszczy? Które zapewne bardzo by chciały wiedzieć, jak wpełznąć z powrotem do Białej Wieży, które aż obgryzały paznokcie z irytacji, że nie wiedzą, jak się wkraść ponownie w łaski Elaidy. Szanse na to miały niewielkie — na tyle znał Elaidę z czego z pewnością znakomicie zdawały sobie sprawę. Skoro przysłały misję do Smoka Odrodzonego, mężczyzny, który potrafił przenosić, to w takim razie musiały być gotowe przyjąć jego ochronę. Inaczej niż Elaida, która najwyraźniej wierzyła, że można go kupić i zamknąć w wiklinowej klatce niczym śpiewającego ptaka. Oto miały się spełnić mgliste obietnice Egwene odnośnie wsparcia Aes Sedai.
— Która z tobą przyjechała? — zapytał. — Może ją znam. Tak naprawdę nie znał żadnej Aes Sedai z wyjątkiem Moiraine, która już nie żyła, ale kilka spotkał. Jeżeli ta była jedną z nich, to sprawy mogły przybrać nieco trudniejszy obrót. W tamtych czasach był naprawdę tym chłopcem z farmy, który się wzdrygał, ledwie jakaś Aes Sedai na niego spojrzała.
— Jest ich więcej, Rand. Dokładnie dziewięć. — Drgnął nerwowo, a ona pospiesznie mówiła dalej. — Należy poczytać za zaszczyt, Rand, że jest aż tyle, trzykroć tyle, ile wysyłają do króla albo królowej. Merana, z Szarych Ajah, ta, która stoi na czele misji, przybędzie tu sama tego popołudnia; potem za każdym razem będzie przychodziła tylko jedna, dopóki nie nabierzesz zaufania. Wynajęły izby w „Różanej Koronie”, w Nowym Mieście; razem ze swymi Strażnikami i służbą praktycznie przejęły całą oberżę. Merana przysłała mnie jako pierwszą, ponieważ cię znam, dla przetarcia szlaku. Nie zamierzają ci zrobić niczego złego, Rand. Jestem tego pewna.
— To jakieś widzenie czy twoje zdanie, Min? — Dziwnie się prowadzi rozmowę z kobietą usadowioną na twoich kolanach, ale to ostatecznie była Min. To wszystko zmieniało. Musiał tylko stale sobie o tym przypominać.
— Moje zdanie — przyznała z niechęcią. — Rand, przyglądałam się obrazom towarzyszącym każdej z nich, codziennie, przez całą drogę z Salidaru. Gdyby miały złe zamiary, to bym coś zobaczyła. Nie wierzę, by to się jakoś przez ten czas nie ujawniło. — Poprawiwszy się, obrzuciła go zmartwionym spojrzeniem, które szybko zamieniło się w pełną determinacji stanowczość. — Ale powiem ci coś, skoro już o tym rozmawiamy. W sali tronowej widziałam otaczającą cię aurę. Aes Sedai coś dla ciebie szykują. A w każdym razie jakieś kobiety, które potrafią przenosić. Obraz był zagmatwany, dlatego nie jestem pewna, jak to jest z tym udziałem Aes Sedai. Ale to się może zdarzyć więcej niż raz. Chyba właśnie dlatego wszystko zdawało się takie pomieszane. — Popatrzył na nią milcząco, a ona uśmiechnęła się. — To właśnie w tobie lubię, Rand. Akceptujesz to, co mogę, i to, czego nie mogę zrobić. Nie pytasz mnie, czy jestem pewna, albo kiedy dana rzecz ma się zdarzyć. Ty mnie nigdy nie wypytujesz o coś więcej ponad to, co wiem.