Dannil Lewin, mężczyzna podobny do tyki, z gęstymi wąsami, które niemalże skrywały mu twarz, potarł czoło kułakiem, mimo że Perrin tyle razy mu powtarzał, że proste „w porządku” wystarczy, i natychmiast dał hasło do odwrotu. Aram oczywiście zesztywniał — nie lubił się oddalać od Perrina — ale nic nie powiedział. Perrin czasami miał wrażenie, że były Druciarz zachowuje się jak jego własny pies. Mężczyzna nie powinien taki być, ale nie miał pojęcia, co mógłby z tym zrobić.
Spodziewał się, że Faile będzie miała dużo do powiedzenia na temat odsyłania tamtych — że zacznie się wypowiadać na temat tego, co mu się należy za sprawą jego tak zwanej pozycji i uprze się przy tych dwudziestu, o których wspomniał Barada, a może nawet będzie się targowała o tych pięćdziesięciu — ale ona tylko wychyliła się z siodła, żeby naradzić się szeptem z Bain i Chiad. Starał się nie słuchać, mimo iż docierały do niego pojedyncze słowa.-Rozmawiały o mężczyznach, z wyraźnym rozbawieniem; kobiety zawsze zdawały się albo rozbawione albo złe, kiedy poruszały ten temat. To przez Faile wlókł za sobą wszystkich tych ludzi i sztandar, aczkolwiek nie wiedział właściwie, jak ona to osiągnęła. W wozach jechali służący, mężczyźni i kobiety w liberii z łbem wilka na ramieniu. Nawet ludzie z Dwu Rzek się nie skarżyli; zdawali się być równie dumni z tego stroju jak wszyscy uchodźcy.
— Czy to cię zadowala? — spytał Barade. — Możesz nas eskortować do Randa, jeżeli nie chcesz, abyśmy się tu poruszali samopas.
— Myślę... — Spojrzenie ciemnych oczu Barady pomknęło w stronę Faile i natychmiast zawróciło. — Myślę, że tak będzie najlepiej.
Kiedy Faile wyprostowała się, Bain i Chiad podbiegły do szeregu jeźdźców, po czym przepchnęły się przez nich, jakby ich tam w ogóle nie było. Saldaeańczycy nie wyglądali na zdziwionych, ale ci z kolei musieli być przyzwyczajeni do zachowania Aielów; wszystkie pogłoski mówiły, że w Caemlyn jest ich teraz mnóstwo.
— Muszę odszukać swoich braci włóczni — oznajmił nagle Gaul. — Obyś zawsze znajdował wodę i cień, Perrinie Aybara. I po tych słowach pomknął w ślad za kobietami. Faile skryła uśmieszek rozbawienia dłonią odzianą w szarą rękawiczkę.
Perrin pokręcił głową. Gaul chciał, żeby Chiad go poślubiła, ale zgodnie z obyczajem to ona musiała mu się oświadczyć i mimo iż zdaniem Faile pragnęła zostać jego kochanką, to nie chciała zrezygnować z włóczni na rzecz zamążpójścia. Co sprawiało, że Gaul zdawał się równie urażony, jak byłaby każda dziewczyna z Dwu Rzek w podobnych okolicznościach. I jeszcze w tym wszystkim zdawała się mieć swój udział Bain. Perrin nic z tego nie rozumiał. Faile wyznała, trochę jakby za szybko, że o niczym nie wie. Gaul zaś robił się ponury, kiedy go o to pytał. Dziwni ludzie.
Saldaeańczycy przedzierali się przez tłum, ale Perrin nie zwracał większej uwagi ani na nich, ani na miasto. Widział już kiedyś Caemlyn, przynajmniej jego część, a poza tym nie przepadał za miastami. Wilki rzadko się do nich zbliżały; nie wyczuł żadnego od dwóch dni. Przyglądał się natomiast swojej żonie, z ukosa, starając się, by tego nie zauważyła. Równie dobrze mógł otwarcie się na nią gapić. Zawsze jechała dumnie wyprostowana, a tymczasem teraz zesztywniała w siodle, wpatrzona gniewnie w plecy Barady. Mężczyzna zgarbił się, jakby czuł na sobie jej wzrok. Nawet sokół nie potrafił patrzeć tak groźnie jak Faile.
Perrin wierzył, że ona myśli o tym samym co on, aczkolwiek może nie w taki sam sposób. To znaczy o jej ojcu. Być może czekało ją składanie jakichś wyjaśnień — ostatecznie uciekła z domu, żeby wziąć udział w Wielkim Polowaniu na Róg — ale to Perrin miał stanąć twarzą w twarz z lordem Bashere, Tyru i Sidony, i powiedzieć temu człowiekowi, że kowal poślubił jego córkę i spadkobierczynię. Nie była to chwila, na którą Perrin czekał z utęsknieniem. Nie uważał siebie za szczególnie odważnego — robienie tego, co się musiało zrobić, nie było żadnym aktem odwagi — ale nigdy dotąd nie myślał, że może okazać się tchórzem. A tymczasem na myśl o ojcu Faile zasychało mu w ustach. Może powinien dopilnować rozbijania obozu. List posłany do lorda Bashere mógł wszystko wyjaśnić. Napisanie starannie zredagowanego listu mogło potrwać dwa albo trzy dni. Może dłużej. Nie miał drygu do pisania.
Błysk purpurowego sztandaru powiewającego leniwie nad Pałacem Królewskim gwałtownie sprowadził go na ziemię. O nim pogłoski też wspominały. Perrin wiedział, że to nie Sztandar Smoka, czego by ludzie nie gadali — zdaniem jednych oznaczał, że Aes Sedai służą Randowi; zdaniem innych, że to on im służy — i zastanawiał się, dlaczego właściwie Rand go nie zawiesił. Nadal czuł, jak tamten go przyciąga; powiedziałby: potężniejszy ta’veren przyciąga słabszego. Co nie znaczy, że wiedział, gdzie jest Rand; to nie był ten rodzaj przyciągania. Opuścił Dwie Rzeki, przekonany, że pojedzie do Łzy, albo Światłość tylko wiedziała dokąd; to ta rzeka pogłosek i opowieści płynąca ku zachodowi, przez cały Andor, go tutaj sprowadziła. W tym parę pogłosek i opowieści wybitnie niepokojących. Nie, to co czuł, to była raczej potrzeba znajdowania się obok Randa, albo może potrzeba jego obecności odczuwana przez Randa, uczucie podobne do swędzenia między łopatkami, gdzie tak trudno się podrapać. Teraz ten stan osiągnął już punkt krytyczny i bardzo mu to było nie w smak. Przyśnił mu się sen, taki, z którego Faile, żywiąca wielkie upodobanie do przygód, na pewno by się śmiała. Śniło mu się, że mieszka razem z nią w jakimś małym domku na wsi, z dala od miast i konfliktów — wokół Randa zawsze wybuchały jakieś konflikty. Ale Rand go potrzebował i on zrobi to, co musi.
Na wielkim dziedzińcu, otoczonym kolumnami, marmurowymi balkonami oraz spiczastymi iglicami, Perrin przerzucił swój ciężki pas z toporem na siodło — pozbywał się go od czasu do czasu z wielką ulgą — i jakiś mężczyzna z kobietą, oboje odziani na biało, odebrali od niego Steppera i Jaskółkę. Powiedziawszy kilka słów, Barada skierował jego i Faile w stronę chłodnookich Aielów, z których wielu nosiło szkarłatne opaski oznakowane czarno-białym dyskiem; wprowadzili ich do środka i przekazali Pannom, równie lodowatym jak oni. Perrin nie znał żadnej z Kamienia; wszelkie wysiłki w celu nawiązania rozmowy spełzły na niczym. Panny porozumiały się, migocząc dłońmi, i wybrały spośród siebie tą, która miała poprowadzić jego i Faile w głąb pałacu — szczupłą kobietę o włosach piaskowej barwy, mniej więcej w wieku Faile, jak ocenił. Przedstawiła im się jako Lerian i były to jedyne słowa, jakie do nich wypowiedziała, oprócz ostrzeżenia, że nie wolno im nigdzie chodzić samym. Żałował, że nie ma przy nich Bain albo Chiad; miło byłoby widzieć jakąś znajomą twarz. Faile sunęła przez korytarze jak wielka dama, którą zresztą była, ale na każdym skrzyżowaniu rozglądała się szybko we wszystkie strony. Najwyraźniej nie chciała, żeby ojciec ją zaskoczył.
Dotarli wreszcie do drzwi z bliźniaczymi wizerunkami lwów, przy których siedziały kolejne dwie Panny; powstały, zamigotały palcami, po czym Panna o piaskowych włosach weszła do środka bez pukania.
Perrin zastanawiał się, czy teraz Randowi zawsze towarzyszą straże złożone z Aielów i czy nikt przy nim nic nie mówi, kiedy nagle drzwi otwarły się na oścież i pojawił się w nich Rand w samej koszuli.
— Perrin! Faile! Oby Światłość opromieniła wasz dzień weselny — powiedział ze śmiechem, lekko całując Faile. — Jak ja żałuję, że mnie tam wtedy nie było. — Wyglądała na równie zmieszaną jak Perrin.
— Skąd się dowiedziałeś? — zakrzyknął, a Rand znowu się zaśmiał, klepiąc go po ramieniu.