Выбрать главу

— Dobrze ci się rozmawiało z Faile?

— Rozmowa nie potrwała długo. Pojawił się jej ojciec i była zbyt zajęta obłapianiem go za szyję, żeby mnie zauważać. Potem poszłam sobie na krótki spacer.

— Nie polubiłaś jej? — zapytał, a wtedy Min wytrzeszczyła oczy, już i tak ogromne przez te długie rzęsy. Kobietom zawsze wydawało się, że mężczyzna niczego nie zauważy albo nie zrozumie, jeśli one tak chcą.

— To nie tak, żebym jej całkiem nie lubiła — odparła, starannie dobierając słowa. — Tylko... Cóż, ona wie, czego chce i nie przyjmuje żadnej odmowy. Żal mi tego biednego Perrina, który się z nią ożenił. Czy wiesz, czego ode mnie zażądała? Zapewnienia, że nie żywię żadnych zamiarów względem jej drogocennego męża. Może nie zauważyłeś; mężczyźni nigdy niczego nie widzą... — urwała, patrząc na niego podejrzliwie przez te długie rzęsy. Ostatecznie dowiódł jej przecież, że potrafi dostrzegać różne rzeczy. Kiedy już się upewniła, że on nie zamierza się ani śmiać, ani protestować, ciągnęła dalej. — Na pierwszy rzut oka stwierdziłam, że jest w nią zapatrzony, biedny głupiec. A ona w niego, czy mu to wychodzi na dobre, czy nie. Moim zdaniem nawet by nie spojrzał dwa razy na jakąś kobietę, ale Faile w to nie wierzy. Perrin znalazł swojego sokoła i nie zdziwię się, gdy ona go zabije, jeśli pojawi się jakiś jastrząb. — Oddech uwiązł jej w gardle; wpatrzona w niego, zajęła się popijaniem ponczu.

Wyjaśni mu, co chciała przez to powiedzieć, jeśli ją zapyta. Twierdziła, pamiętał, że nie opowiada mu o tych wizjach, które jego nie dotyczą, a jednak z jakiegoś powodu odstąpiła od tego zwyczaju. Godziła się obecnie opowiadać o wizjach towarzyszących każdej osobie, o którą zapytał, i mówiła mu i wszystkim, co zobaczyła. Tyle, że krępowała się to robić.

„Zamknij się! — krzyknął na Lewsa Therina. — Odejdź! Ty nie żyjesz!” Bez skutku; ostatnimi czasy to często nie skutkowało. Głos nadal mamrotał mało zrozumiale, chyba o zdradzie ze strony przyjaciół, a może o ich zdradzaniu.

— Czy widziałaś coś, co mnie dotyczy? — zapytał.

Min uśmiechnęła się z wdzięcznością i przytuliła po przyjacielsku do jego piersi — prawdopodobnie chciała, by to wyszło po przyjacielsku, a może właśnie wręcz przeciwnie — i zaczęła mówić, cały czas popijając poncz.

— Widziałam przy was te świetliki i ciemność, silniejsze niż kiedykolwiek. Mniam... Uwielbiam melonowy poncz. I te świetliki żyły, zamiast dawać pożerać się szybciej niźli się roją, tak jak to się dzieje, kiedy jesteś sam. A oprócz tego zauważyłam jeszcze jedną rzecz, kiedy byliście razem. On będzie musiał przybyć tu dwa razy, bo inaczej ty... — Zajrzała do swego pucharu, więc nie widział jej twarzy. — Jeśli go tu nie będzie, to z tobą stanie się coś złego. — Mówiła teraz przyciszonym i wyraźnie przestraszonym głosem. — Bardzo złego.

Miał wielką ochotę pytać dalej — na przykład kiedy, gdzie i jak — ale przecież sama by mu powiedziała, gdyby potrafiła.

— W takim razie będę go musiał zatrzymać przy sobie — powiedział najweselszym tonem, na jaki go było stać. Nie podobało mu się, że Min się czegoś boi.

— Nie wiem, czy to wystarczy — wymamrotała do swego ponczu. — To się stanie, kiedy jego tutaj nie będzie, ale nie widziałam niczego takiego, co by wyjaśniło, dlaczego mógłby w tym przeszkodzić swoją obecnością. To będzie coś bardzo złego, Rand. Od samego myślenia o tym widzeniu robi mi się...

Uniósł jej twarz i zdziwił się na widok łez płynących jej z oczu.

— Min, nie wiedziałem, że te widzenia tyle cię kosztują — powiedział łagodnie. — Przepraszam.

— Ty w ogóle bardzo dużo wiesz, pasterzu — wybąkała. Wyciągnęła koronkową chusteczkę z rękawa kaftana i wytarła oczy.- To przez ten kurz. Za rzadko każesz Sulin tu sprzątać. — Schowała chusteczkę z powrotem. — Powinnam już wrócić do „Różanej Korony”. Musiałam ci tylko powiedzieć, co widziałam przy Perrinie.

— Min, uważaj na siebie. Może nie powinnaś przychodzić tak często. Merana raczej nie będzie dla ciebie pobłażliwa, jeśli się dowie, co robisz.

Z tym uśmiechem wyglądała prawie tak jak dawniej, a w jej oczach widać było rozbawienie, mimo że nadal lśniły od łez.

— Pozwól, że sama będę się o siebie martwiła, pasterzu. One uważają, że rozglądam się ogłupiała po Caemlyn, zupełnie jak jakaś prostaczka ze wsi. Gdybym nie przychodziła codziennie, to czy wiedziałbyś, że one spotykają się z arystokratami? — Zauważyła to przypadkiem poprzedniego dnia w drodze do Randa; w oknie pałacu, o którym wiedziała, że jest własnością lorda Pelivara, pojawiła się na ułamek chwili Merana. Prawdopodobieństwo, że Pelivar i jego goście są jedynymi, z którymi Merana się teraz widuje, było takie samo, jak prawdopodobieństwo; że Merana przyszła tam, żeby oczyścić kanalizację.

— Uważaj na siebie — powtórzył stanowczym tonem. — Nie chcę, żeby stało ci się coś złego, Min.

Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, po czym wstała i pocałowała go lekko w usta. Przynajmniej ... Cóż, pocałunek był lekki, ale ten rytuał odprawiali codziennie, kiedy wychodziła, i miał wrażenie, że pocałunki z każdym dniem stają się coraz mniej niewinne.

Wbrew wszystkim obietnicom, jakie sobie złożył, powiedział:

— Wolałbym, żebyś tego nie robiła. — Siadanie na kolanach to jedno, ale z tymi pocałunkami posuwała się już za daleko.

— Tylko mi tu nie płacz, wieśniaku — uśmiechnęła się.- I nie jąkaj się. — Zmierzwiła mu włosy, jakby był dziesięcioletnim chłopcem, po czym podeszła do drzwi, tyle że tym razem znowu poruszała się w ten pełen wdzięku sposób, którym wprawdzie nie mogła go doprowadzić do płaczu albo jąkania, ale z pewnością sprawiła, że mimo woli wytrzeszczył oczy. Błyskawicznie skupił wzrok na jej twarzy, kiedy się odwróciła. — No i co, pasterzu? Zaczerwieniłeś się. A ja już myślałam, że ten upał w ogóle na ciebie nie działa. Nieważne zresztą. Chciałam ci tylko powiedzieć, że będę uważać. Przyjdę do ciebie jutro. Pamiętaj o włożeniu czystych skarpet.

Kiedy drzwi zamknęły się za nią, Rand wypuścił długo wstrzymywany oddech. Czyste skarpety? Przecież codziennie wkładał świeże! Miał tylko dwie rzeczy do wyboru. Mógł udawać, że ona na niego nie działa, dopóki sama nie zrezygnuje, albo się poddać. Albo zacząć błagać; może przestanie, ale z kolei wtedy miałaby czym go zadręczać, a Min lubiła dręczyć. Inne wyjście — skrócenie czasu, kiedy przebywali razem, bycie chłodnym i dalekim — zupełnie nie wchodziło w rachubę. Była przyjaciółką; równie dobrze mógłby próbować być chłodny w stosunku do... do głowy przyszły mu jedynie Aviendha i Elayne, a one nie pasowały. W stosunku do Mata i Perrina. Nie rozumiał tylko jednej rzeczy — dlaczego czuł się tak dobrze w jej towarzystwie? Dręczyła go przecież.

Od momentu, gdy padła wzmianka o Aes Sedai, Lews Therin zaczął mamrotać znacznie głośniej, a teraz powiedział całkiem wyraźnie: „Jeżeli one spiskują razem z arystokratami, to będę musiał coś z tym zrobić”.

„Odejdź” — rozkazał Rand.

„W dziewięć są zbyt niebezpieczne, nawet jeśli niewyszkolone. Zbyt niebezpieczne. Nie można im pozwolić. Nie. Och, nie”.

„Odejdź, Lewsie Therinie!”

„Ja nie umarłem! — ryknął głos. — Zasłużyłem na śmierć, ale ja żyję! Żyję! Żyję!”