Выбрать главу

„Ty nie żyjesz! — odpowiedział Rand w myślach. — Ty nie żyjesz, Lewsie Therinie!”

Głos cichł, wciąż wyjąc „Ja żyję!”, po czym nagle zanikł.

Całkiem roztrzęsiony Rand wstał, napełnił pusty puchar ponczem i wypił wszystko jednym haustem. Pot ściekał mu z twarzy, a koszula przywarła do ciała. Wiele wysiłku kosztowało go ponowne skoncentrowanie się. Lews Therin robił się coraz bardziej nachalny. Jedna rzecz była pewna. Skoro Merana spiskowała z arystokratami, zwłaszcza z tymi, którzy byli gotowi wszcząć bunt, to będzie musiał podjąć jakieś działania, jeśli nie uda mu się dostatecznie prędko sprowadzić Elayne. Niestety, nie miał pojęcia, co właściwie mógłby zrobić.

„Zabij ich — szepnął Lews Therin. — W dziewięć są zbyt niebezpieczne, ale jeśli zabiję kilka, jeśli je przegnam... zabiję... sprawię, że zaczną się mnie bać... nie umrę raz jeszcze... zasługuję na śmierć, ale chcę żyć...” Zaczął płakać, ale nie przestawał chaotycznie szeptać.

Rand raz jeszcze napełnił puchar, starając się tego nie słuchać.

Na widok Bramy Origan, przez którą wjeżdżało się do Wewnętrznego Miasta, Demira Eriff zwolniła. Wielu mężczyzn przeciskających się obok niej na zatłoczonej ulicy przyglądało się jej z zachwytem; być może po raz tysięczny pomyślała, że powinna przestać nosić suknie z rodzinnego Arad Doman, i po raz tysięczny natychmiast o tym zapomniała. Strój nie był przecież taki ważny — od lat nosiła taki sam — i zawsze, gdy jakiś mężczyzna, który nie pojął, że ona jest Aes Sedai, stawał się zbyt bezczelny, wystarczało dać mu do zrozumienia, z kim ma do czynienia. Dzięki temu dość prędko dawali jej spokój, zazwyczaj tak szybko, jak szybko potrafili biegać.

W tym akurat momencie interesowała ją tylko Brama Origan, wielki, marmurowy łuk osadzony w połyskliwym, białym murze; potok ludzi, fur i wozów przejeżdżał pod nią pod czujnym okiem kilkunastu Aielów, którzy, jak podejrzewała, bynajmniej nie byli tacy niefrasobliwi, jak to się mogło pozornie wydawać. Ci potrafili rozpoznać Aes Sedai na pierwszy rzut oka. A poza tym była śledzona od samej „Różanej Korony”; te kaftany i spodnie, tak uszyte, żeby się stapiały ze skałami i zaroślami, wyróżniały się na ulicach miasta. Dlatego właśnie nie wjechała do Wewnętrznego Miasta, mimo że bardzo chciała, mimo że była gotowa narazić się na gniew Merany za to, że wjechała tam bez uprzedniego zapytania o zgodę al’Thora. Było denerwujące, że Aes Sedai zostały zmuszone do proszenia jakiegoś mężczyzny o pozwolenie. Chciała tylko zobaczyć Milama Harndera, Drugiego Bibliotekarza w Pałacu Królewskim i jej agenta od prawie trzydziestu lat.

Biblioteka w Królewskim Pałacu nie umywała się do tej w Białej Wieży albo Biblioteki Królewskiej w Cairhien, względnie do Biblioteki Terhana w Bandar Eban, ale z dostępem do tamtych było tak samo jak z marzeniami o lataniu. Niemniej jednak Milam mógł już zacząć szukać potrzebnych jej książek, o ile jej wiadomość dotarła do niego. Być może w pałacowej bibliotece znajdowały się jakieś informacje na temat Pieczęci więzienia Czarnego, może nawet skatalogowane źródła. aczkolwiek były to raczej płonne nadzieje. W zakamarkach większości bibliotek zalegały całe stosy nie skatalogowanych woluminów, zapomnianych od stu albo pięciuset lat, czasem jeszcze dłużej. Wielkie sale kryły skarby, istnienia których nawet bibliotekarze nie podejrzewali.

Czekała cierpliwie, pozwalając, by tłum przepływał obok niej, zwracając uwagę jedynie na ludzi wyłaniających się z bramy, ale nie dostrzegła łysej czaszki i krągłej twarzy Milama. W końcu poddała się z westchnieniem. Najwyraźniej nie dostał jej wiadomości, bo w przeciwnym razie skorzystałby z pierwszej lepszej wymówki, byle tylko spotkać się z nią o wyznaczonym czasie. Będzie musiała zaczekać na swoją kolej w towarzyszeniu Meranie do pałacu i mieć nadzieję, że młody al’Thor udzieli jej zgody na poszukiwania w bibliotece.

Odwróciła się tyłem do bramy i w tym momencie przypadkiem zauważyła wysokiego osobnika o pociągłej twarzy, odzianego w kamizelę woźnicy; gapił się na nią ze zbytnim podziwem. A kiedy ich oczy się spotkały, mrugnął!

Nie będzie godziła się na to wszystko przez całą drogę do oberży.

„Naprawdę muszę zapamiętać, że powinnam kazać uszyć sobie jakieś proste suknie”, pomyślała, zastanawiając się, dlaczego wcześniej tego nie zrobiła. Na szczęście była już kiedyś w Caemlyn, kilka lat temu, a poza tym w „Różanej Koronie” czekał na nią Stevan, który w razie czego wskaże jej drogę niczym latarnia morska. Wślizgnęła się do wąskiej, ocienionej przestrzeni między sklepem nożownika a jakąś tawerną.

Podczas jej ostatniego pobytu w Caemlyn te wąskie uliczki były błotniste, ale mimo iż teraz wyschły, to im głębiej się w nie zapuszczała, tym gorszy unosił się tam zapach. Mury były gładkie, bez okien, i z rzadka z wąskimi drzwiami albo ciasną furtką, sprawiającymi wrażenie, że od dawna ich nie otwierano. Wynędzniałe koty spozierały na nią milcząco z beczek i wysokich murów, a bezpańskie psy z wystającymi żebrami kładły po sobie uszy, niektóre wyły, po czym uciekały w głąb przecznicy, jak tutaj nazywano te uliczki. Nie bała się, że mogą ją podrapać albo pogryźć. Koty zdawały się wyczuwać Aes Sedai; w życiu nie słyszała o żadnej, którą podrapałby najbardziej drapieżny kot. Psy były usposobione wrogo, prawda, jakby uważały, że Aes Sedai są kotami, ale prawie zawsze po nędznej demonstracji siły uciekały z podkulonymi ogonami.

Psów i kotów było tu o wiele więcej niż zapamiętała i o wiele bardziej wynędzniałych, za to ludzi znacznie mniej. Nie widziała żywej duszy, dopóki nie wyszła za róg, gdzie napotkała pięciu czy sześciu Aielów; szli w jej stronę pogrążeni w rozmowie. Zdawali się zaskoczeni jej widokiem.

— Wybacz, Aes Sedai — mruknął jeden z nich i wszyscy przycisnęli się do muru wytyczającego przecznicę, mimo że miejsca było tam w bród.

Zastanawiając się, czy to ci sami, którzy za nią szli — jedna z tych twarzy wyglądała znajomo; ten sam przysadzisty mężczyzna obdarzony złowrogimi oczyma — kiwnęła głową i wymruczała podziękowanie, kiedy przechodziła obok.

Włócznia wbita w bok tak j ą zdumiała, że nawet nie krzyknęła. Spanikowana sięgnęła do saidara, ale znowu coś przeszyło jej bok i wtedy upadła na ziemię. Tamta zapamiętana twarz pochyliła się nad nią, drwiące czarne oczy; usta coś warknęły, ale ona to zignorowała, starając się dotrzeć do saidara, starając się... Otoczyła ją ciemność.

Kiedy Perrin i Faile zakończyli nareszcie niekończącą się rozmowę z jej rodzicami, ta dziwna pokojówka, Sulin, czekała na nich w korytarzu. Perrin cały ociekał potem, który zostawił ciemne plamy na jego kaftanie, a czuł się tak, jakby miał za sobą dziesięciomilowy bieg, w trakcie którego bito go pałką. Faile uśmiechała się i szła lekkim krokiem, promienna, piękna i równie dumna z siebie jak wtedy, gdy sprowadziła do Wzgórza Czat ludzi, dokładnie w momencie, gdy trolloki miały właśnie stratować Pole Emonda. Sulin dygała za każdym razem, gdy któreś z nich na nią spojrzało, omal się przy tym nie przewracając. Mijane po drodze Panny migotały dłońmi i Sulin dygała również przed nimi, tak przy tym zgrzytając zębami, że Perrin słyszał to wyraźnie. Nawet Faile zaczęła jej się podejrzliwie przyglądać.

Zaprowadziła ich do przydzielonych im komnat, to znaczy bawialni i sypialni z łożem nakrytym baldachimem, tak wielkim, że pomieściłoby dziesięć osób, i z długim balkonem wychodzącym na dziedziniec z fontannami, po czym uparła się, że objaśni albo pokaże im wszystko, nawet to, co widzieli sami. Ich konie umieszczono w stajni i wyczesano. Rozpakowano i zawieszono w szafie zawartość sakiew, łącznie z pasem od Perrinowego topora, drobny dobytek ułożono w szufladach komody w idealnym porządku. Topór stał wsparty o kominek z szarego marmuru, jakby przygotowany do rąbania drewna na opał. Jeden z dwóch srebrnych dzbanów, okrytych skroploną parą, zawierał chłodną miętową herbatę, drugi śliwkowy poncz. Pokazano im nawet lustra w pozłacanych ramach, zarówno to zawieszone nad stolikiem, na którym ułożono grzebień i szczotkę z kości słoniowej Faile, jak i wielkie tremo z rzeźbionymi podporami, którego nie mógłby przeoczyć nawet ślepiec.