Wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę, jakby zamierzała pokonać go siłą woli, po czym odwróciła się na pięcie, nie mówiąc już ani słowa. Poszedł jej śladem do obozu i zdziwił się, widząc, że idzie wzdłuż szeregu spętanych koni. Przyglądała się ogniskom, rozłożonym kocom, kręciła głową na widok resztek posiłku żołnierzy. Nie miał pojęcia, o co jej idzie, dopóki nie odwróciła się w jego stronę, z zadartym podbródkiem.
— Twoi ludzie spisali się bardzo dobrze, panie Cauthon — powiedziała, dostatecznie głośno, by wszyscy mogli ją słyszeć.- Ogólnie mówiąc, jestem zadowolona nad wyraz. Gdybyś jednak zaplanował wszystko, jak trzeba, to nie musieliby objadać się pożywieniem, które w najlepszym razie nie da im tej nocy zasnąć. Ale tak czy owak, spisałeś się należycie. Jestem pewna, że w przyszłości o wszystkim pomyślisz zawczasu. — Chłodna niczym góra lodowa wróciła do swego ogniska, zanim zdążył powiedzieć bodaj słowo, pozostawiając go z wytrzeszczonymi oczami.
Gdyby to było już wszystko — przeklęta Dziedziczka Tronu przekonana, że on jest jednym z jej poddanych, razem z Nynaeve zaciskająca usta w towarzystwie Vandene i Adelas — gdyby to było wszystko, to zatańczyłby z radości. A tymczasem zaraz po „inspekcji” dokonanej przez Elayne, jeszcze zanim zdążył dotrzeć do swych koców, medalion w kształcie lisiej głowy zrobił się zimny.
Tak nim to wstrząsnęło, że stanął jak wryty, z wzrokiem utkwionym w swoją pierś, zanim w ogóle pomyślał, by spojrzeć w stronę ogniska Aes Sedai. A one ustawiły się tam w szereg, wzdłuż tej niewidzialnej linii, i to razem z Aviendhą. Elayne mruczała coś tak cicho, że niczego nie umiał wychwycić, dwie siwowłose Aes Sedai kiwały głowami, a Adelas pospiesznie maczała pióro w kałamarzu, przypiętym w czymś w rodzaju pochwy do pasa, i zapisywała coś w małej książeczce. Nynaeve szarpała warkocz i mamrotała coś pod nosem.
Trwało to w sumie kilka chwil. Potem chłód zelżał, a one wróciły do swego ogniska, rozmawiając cicho. Co jakiś czas któraś zerkała w jego kierunku, dopóki wreszcie nie ułożył się na posłaniu.
Drugiego dnia dotarli do jakiejś drogi. Był to szeroki pas mocno ubitego błota, z którego gdzieniegdzie wystawał fragment starego bruku, niemniej jednak po takim gościńcu wcale nie podróżowało się szybciej. Z jednej strony wiódł zakolami przez coraz bardziej górzysty las. Niektóre ze wzgórz — poszarpane formacje z pionowymi urwiskami i kamienne iglice wystające ponad koronami drzew — zasługiwały na miano niewielkiej góry. Z drugiej strony rzadki, ale za to nieprzerwany strumień ludzi podążał w obu kierunkach, najczęściej grupki odzianych w łachmany wieśniaków o pustych twarzach, którym ledwie starczało rozumu, żeby ustępować z drogi ciągnionym przez woły wozom na wysokich kołach, a znacznie rzadziej przed karawanami kupców z nakrytymi płótnem wozami, ciągnionymi przez zaprzęgi złożone z sześciu albo ośmiu koni. Farmerskie domostwa i stodoły z jasnego kamienia sprawiały wrażenie trzymających się kurczowo zboczy tych wzgórz i dopiero w połowie trzeciego dnia zobaczyli pierwszą wioskę z pobielonymi domami, których płaskie dachy pokryto jasnoczerwoną dachówką.
Nie przestał odczuwać lodowatego mrowienia podobnego do ukłuć igły. Elayne kontynuowała swe wieczorne inspekcje. Kiedy w drugim obozowisku, jakie rozbili na noc przy drodze, sarkastycznym tonem stwierdził, że cieszy go, iż jest zadowolona, obdarzyła go jednym z tych jej stanowczych, królewskich uśmiechów i powiedziała:
— Bo powinieneś się cieszyć, panie Cauthon. — Zabrzmiało to tak, jakby wzięła jego słowa poważnie!
Kiedy zaczęli się zatrzymywać w oberżach, badała konie w stajniach i posłania żołnierzy na stryszkach. Proszenie jej, by przestała to robić, nie wywołało żadnej reakcji prócz chłodno wygiętej brwi; zwyczajnie go zignorowała. Poza tym kazała mu robić rzeczy, które sam wcześniej zaplanował — typu oddanie wszystkich koni do sprawdzenia podków w pierwszej oberży, w której będzie jakiś kowal — i, co jeszcze bardziej działało mu na nerwy, rzeczy, których by dopatrzył, gdyby wiedział o nich wcześniej. Mat nie miał pojęcia, jak na przykład odkryła, że Tad Kandel próbuje ukryć czyraka, który mu wyrósł na siedzeniu, albo że Lawdrin Mendair miał w sakwach przy siodle schowanych nie mniej jak pięć flaszek brandy. Powiedzieć, że to, co kazała mu robić, irytowało, to było mało, ale istotnie należało przekłuć czyrak Kandela — część członków Legionu podpisywała się pod stanowiskiem Mata względem Uzdrawiania — należało także wylać brandy Mendaira i wykonać jeszcze kilkanaście innych czynności.
Mat omalże modlił się, żeby wydała jakieś bezsensowne polecenie, wtedy mógłby jej powiedzieć nie. Z naciskiem, z pełnym przekonaniem: nie! Byłoby idealnie, gdyby znowu zażądała, żeby oddał ter’angreal, ale ona więcej o nim nie wspomniała. Wyjaśnił żołnierzom, że nie mają obowiązku jej słuchać, i ani razu żadnego na tym nie przyłapał, ale zaczęli się uśmiechać z zadowoleniem, gdy słyszeli, jak ich komplementuje za to, że tak znakomicie dbają o konie, i cali się nadymali, kiedy im mówiła, że jej zdaniem są dobrymi żołnierzami. Mat omal nie udławił się własnym językiem w dniu, w którym zobaczył, jak Vanin trze czoło kułakiem, i usłyszał, jak tamten bez śladu ironii w głosie mruczy: „Dziękuję ci, moja lady”.
Starał się być miły, ale żadna z tych kobiet, nie tylko Elayne, w ogóle na to nie reagowała. Aviendha powiedziała mu, że nie ma honoru — też coś! — i że skoro nie umie traktować Elayne z szacunkiem, to ona podejmie się go tego nauczyć. Aviendha! Kobieta, którą nadal podejrzewał, że tylko czyha na okazję, by poderżnąć Elayne gardło, tytułowała Elayne swoją prawie — siostrą! Vandene i Adelas popatrywały na niego takim wzrokiem, jakby był okazem jakiegoś rzadkiego żuka, nabitym na szpilkę. Zaproponował uczestniczce Polowania zawody w strzelaniu, za pieniądze albo dla samej zabawy — łuk, który przy sobie nosiła, musiał chyba nieźle rozgrzewać jej wyobraźnię; jako uczestniczka Polowania obrała imię Birgitte — ale ona tylko spojrzała na niego dziwnie i odmówiła. Potem trzymała się od niego z daleka. Przywarła do boku Elayne niczym rzep, z wyjątkiem tych momentów, kiedy Elayne podchodziła do niego. A Nynaeve...
Przez całą drogę od Salidaru unikała go, jakby pachniał czymś paskudnym. Podczas ich trzeciej nocy spędzonej w drodze, a pierwszej w oberży, małym lokalu zwanym „Małżeńskim Nożem”, Mat zobaczył ją w krytej dachówkami stajni, jak karmiła wyschłą marchwią swoją pulchną klacz, i stwierdził, że niezależnie od tego, co się właściwie dzieje, może z nią porozmawiać o Bode. Nie codziennie siostra mężczyzny opuszczała dom, żeby zostać Aes Sedai, i Nynaeve musiała wiedzieć, co czeka Bode.
— Nynaeve — powiedział, ruszając w jej stronę — chciałbym z tobą porozmawiać... — Nie zdążył.
Praktycznie wzbiła się w powietrze i zaraz opadła na ziemię, wygrażając mu pięścią, aczkolwiek natychmiast ukryła ją w fałdach spódnicy.
— Zostaw mnie w spokoju, Macie Cauthon! — krzyknęła.- Słyszysz? Zostaw mnie w spokoju! — I wybiegła na zewnątrz, obchodząc go dalekim łukiem; tylko czekał, aż warkocz jej stanie jak kotu ogon, tak się zjeżyła. Po tym incydencie było jeszcze gorzej. Ledwie próbował do niej podejść, a zaraz ukrywała się za plecami Elayne i patrzyła na niego groźnie zza ramienia tamtej, zupełnie jakby chciała pokazać mu język. Kobiety to wariatki; ot co.
Przynajmniej Thom i Juilin zechcieli jechać obok niego za dnia, kiedy Elayne nie zaprzątała ich uwagi. Robiła to czasami, po to tylko, żeby oderwać ich od niego, nie ulegało wątpliwości, aczkolwiek nie miał pojęcia, dlaczego tak jest. Po znalezieniu oberży ci dwaj byli bardziej niż szczęśliwi, gdy mogli wieczorem napić się razem z nim i Naleseanem ponczu. Były to wiejskie sale, ze ścianami z nagich cegieł, całkiem ciche, gdzie za całą rozrywkę służyło przypatrywanie się jakiemuś cętkowanemu kotu, gdzie do stołu podawała sama oberżystka, zwykle niewiasta obdarzona biodrami, które sprawiały takie wrażenie, jakby mężczyzna mógł połamać sobie palce, gdyby spróbował je uszczypnąć. Rozmowa przeważnie obracała się wokół tematu Ebou Dar, o którym Thom wiedział całkiem sporo, mimo iż nigdy tam nie był. Nalesean bardziej niż chętnie opowiadał o swej jedynej wizycie w tym mieście, za każdym razem gdy go pytano, aczkolwiek skupiał się na pojedynkach, które tam widział, i na obstawianiu wyścigów konnych. Juilin przytaczał opowieści, zasłyszane od tych, którzy znali ludzi, którzy tam byli osobiście, a nie ich przodkowie z trzeciego czy czwartego pokolenia wstecz; opowieści te brzmiałyby całkiem niewiarygodnie, gdyby nie potwierdzali ich Thom i Nalesean. Otóż w Ebou Dar nie tylko mężczyźni toczyli pojedynki o kobiety, ale również kobiety o mężczyzn i w obu przypadkach nagroda — takiego tu słowa używano! — przechodziła na własność zwycięzcy. Żeniący się mężczyzna dawał swej oblubienicy nóż, prosząc ją jednocześnie, by go zabiła, jeśli jej nie zadowoli — nie zadowoli! — i kobieta, która zabijała mężczyznę z tego powodu, była usprawiedliwiona. W Ebou Dar mężczyźni podchodzili do kobiet z pokorą i traktowali uśmiechem to, za co zabiliby innego mężczyznę. Elayne będzie tym zapewne wniebowzięta. Podobnie Nynaeve.