Выбрать главу

Po prawdzie, zaczął się czuć bardziej niż zadowolony z siebie. Nieważne, co robiły, bo to i tak nie miało na niego większego wpływu niż maść Nerima wtarta w jego pierś. Nerim zapewniał go, że to nie odmrożenie. I był zadowolony aż do czwartego popołudnia. Oddał Oczko do stajni i szedł właśnie do Południowego Pierścienia, nędznego domu z pobielonych cegieł w nędznej wiosce pełnej much noszącej nazwę So Tehar, kiedy coś miękkiego uderzyło go dokładnie między łopatki. Z zapachem końskiego nawozu w nozdrzach obrócił się, gotów wygryźć dziurę w chłopcu stajennym albo którymś z miejscowych osiłków obdarzonych ponurymi oczyma, nóż czy nie nóż. Nie zobaczył ani stajennego, ani osiłka. Tylko Adelas, pracowicie coś zapisującą w małej książeczce i kiwającą do siebie głową. Miała całkiem czyste ręce.

Mat wszedł do środka i kazał oberżystce przynieść sobie ponczu, po czym zmienił zamiar i poprosił o brandy, mętny płyn, zgodnie z zapewnieniami kobiety zrobiony ze śliwek, ale o takim smaku, jakby służył do usuwania rdzy. Juilin tylko pociągnął nosem, a Thom nawet tego nie zrobił. Nalesean upił jeden łyk, po czym poprosił o poncz, a wszak Nalesean zwykł pijać wszystko. Mat stracił rachubę, ile cynowych pucharów opróżnił, ale niezależnie od ich liczby, trzeba było wspólnego wysiłku Nerima i Lopina, żeby go zanieść do łóżka. Dotychczas nie odważył się nawet pomyśleć, że lisia głowa ma jakieś ograniczenia. Miał dowód i to bardziej niż wystarczający, że ona powstrzyma saidara, ale skoro one mogły użyć Mocy, żeby coś podnieść z ziemi i rzucić tym w niego... „To lepsze niż nic”, powtarzał sobie, gdy tak leżał na nierównym materacu i przypatrywał się księżycowym cieniom pełznącym po suficie. „O wiele lepsze niż nic”. Gdyby jednak potrafił ustać o własnych siłach, to zszedłby na dół i dalej pił brandy.

Dlatego właśnie miał taki paskudny humor, język, który zdawał się oblepiony pierzem, i głowę, w której dudniły bębny, i spływał potem, kiedy piątego dnia droga zawiodła ich na szczyt wzniesienia, z którego roztaczał się widok na Ebou Dar, wtulone w rzekę Eldar z wielką zatoką pełną statków.

Na pierwszy rzut oka odniósł wrażenie, że to miasto jest całe białe. Białe budynki, białe pałace, białe wieże i iglice. Niejedną z kopuł podobnych kształtem do ostro zakończonych, białych rzep albo gruszek, opasywał pas purpury, błękitu albo złota, ale to miasto było po prostu białe, a słońce tak się odeń odbijało, że aż oczy bolały. Bramę, do której zawiodła ich droga, wieńczył wysoki, spiczasty łuk osadzony w otynkowanym na biało murze, tak grubym, że Mat zrobił dwadzieścia kroków w cieniu, zanim znowu wyjechał na słońce. Miasto wyglądało na skonstruowane z samych placów, kanałów i mostów: ogromnych placów pełnych ludzi, z fontannami albo posągami na samym środku, kanałów zarówno wąskich, jak i szerokich, po których pływały barki, i mostów wszelkich rozmiarów, jednych niskich, innych wygiętych w wysokie łuki, niektórych tak wielkich, że po obu ich stronach mogły stać sklepy. W jednym szeregu ze sklepami, w których sprzedawano dywaniki i tkaniny, stały pałace z portykami o grubych kolumnach, a trzypiętrowe domy o wielkich, zwieńczonych łukami oknach przesłoniętych żaluzjami przeplatały się ze stajniami, warsztatami nożowników i sklepami rybnymi.

Właśnie na jednym z takich placów Vandene ściągnęła wodze i jęła się naradzać z Adelas; Nynaeve zmarszczyła brew, a Elayne patrzyła na nie takim wzrokiem, że z nosa i brody powinny jej były zwisać lodowe sople. Przed wjazdem do miasta na ponaglenie Elayne Aviendha wspięła się na swą chudą kasztankę, ale teraz ponownie z niej zsiadła, równie niezdarnie, jak jej dosiadła. Rozglądała się dookoła z taką samą ciekawością jak Olver, który miał wytrzeszczone oczy już od momentu, gdy zobaczyli miasto. Birgitte zdawała się nie odstępować Elayne na krok, podobnie jak Jaem Vandene.

Mat skorzystał z okazji, żeby powachlować się kapeluszem. i rozejrzeć dookoła.

Największy pałac, jaki dotychczas zauważył, zajmował cały bok placu, wszystkie kopuły, iglice i kolumnady składały się z trzech albo czterech pięter. Pozostałe trzy boki wypełniały wielkie kamienice, oberże i sklepy, nieodmiennie białe. Na samym środku placu stał posąg kobiety w powiewnych szatach, wyższej od ogira, na jeszcze wyższym piedestale, z jedną ręką wycelowaną na południe, w stronę morza. Po jasnych kamieniach brukowych spacerowała tylko garstka ludzi, co nie dziwiło, jeśli się wzięło pod uwagę upał. Kilku ludzi spożywało popołudniowy posiłek na najniższym stopniu piedestału, a wokół nich gromadziły się stada gołębi i mew walczących o okruchy. Był to obraz pełen spokoju. Mat nie rozumiał, dlaczego nagle poczuł dziwny zamęt w głowie.

Znał dobrze to uczucie. Czasami owładało nim wtedy, gdy przy jakiejś grze dopisywało mu szczęście. A towarzyszyło mu zawsze, kiedy zanosiło się na bitwę. I zdawało się go dopadać, kiedy musiał podjąć jakąś ważną decyzję, taką, od której zależało jego życie.

— Wejdziemy teraz do środka przez jedną z tych mniejszych bram — obwieściła Vandene. Adelas pokiwała głową. — Merilille dopilnuje, by dano nam izby, w których będziemy mogły się odświeżyć.

Wynikało z tego, że to Pałac Tarasin, własność Tylin Quintary z Domu Mitsobar, która zasiadała na Tronie Wiatrów, sprawując w rzeczywistości władzę nad terenem rozciągającym się w odległości stu mil wokół Ebou Dar. Jedną z niewielu rzeczy, jakich się zdołał dowiedzieć odnośnie celu tej podróży było to, że Aes Sedai mają się spotkać z kilkoma z ich rzeszy w Pałacu i oczywiście z Tylin. Aes Sedai spotkają się z królową. Mat spojrzał na tę wielką masę połyskliwego marmuru i zaczął sobie wyobrażać, jakby to było, gdyby w nim się zatrzymał. Zasadniczo lubił pałace; w każdym razie wszystkie miejsca, gdzie była służba, złoto i puchowe łoża. Ale Królewski Pałac oznaczał arystokratów, wszędzie gdzie się człowiek nie obrócił. Mat nie przepadał za spotykaniem zbyt wielkiej liczby arystokratów za jednym zamachem; nawet Nalesean potrafił być irytujący. A poza tym w tak ogromnym pałacu musiałby albo wiecznie się zastanawiać, gdzie się podziała Nynaeve albo Elayne, albo spróbować postawić przy nich kogoś na straży. Nie był pewien, co byłoby gorsze: gdyby pozwoliły mu wlec się za sobą w charakterze osobistej ochrony czy gdyby się spotkał z odmową. Niemalże słyszał, jak Elayne mówi tym swoim chłodnym głosem: „Proszę o jakieś miejsce na nocleg dla pana Cauthona i moich ludzi. Proszę dopatrzyć, by ich nakarmiono i napojono.” I jeszcze robiłaby to, co miała w zwyczaju. Zjawiałaby się znienacka, jak zwykle celem dokonania inspekcji, i kazałaby mu wykonać coś, za co on właśnie się zabierał. Jeśli jednak ona i Nynaeve miały być bezpieczne, to tylko w Pałacu Królewskim. A zresztą pragnął znaleźć się gdzieś, gdzie mógłby położyć nogi na stole i napić się ponczu z dziewczyną na kolanie; to na pewno ukoiłoby jego nerwy. Przydałyby się też wilgotne ręczniki. Bolała go głowa. Nadal brzęczały mu w uszach słowa Elayne, wygłoszone napuszonym głosem tego ranka, na temat zgubnych skutków picia alkoholu i dawania złego przykładu. Kolejny powód, dla którego miał ochotę stanąć na ziemi. Był zbyt słaby, żeby odpowiedzieć, dopiero co wstał z łóżka i zastanawiał się, czy uda mu się dosiąść Oczka, a jej już o wiele za dużo uszło na sucho. Jeżeli zaraz nie położy temu kresu, to ona sprawi, że tak jak inni będzie pocierał czoło kłykciami.