— Wyglądasz na zmęczonego — zauważył Perrin, podprowadzając ogira do fontanny. — Usiądź sobie na cembrowinie.
Loial dał się prowadzić, ale jego długie, dyndające brwi uniosły się, a zakończone pędzelkami uszy zastrzygły ze zdumienia, kiedy patrzył to na jednego, to na drugiego. Na siedząco dorównywał wzrostem stojącemu Perrinowi.
— Zdrów? Zmęczony? — Jego głos brzmiał jak rumor trzęsącej się ziemi. — Jasne, że jestem zdrów. A zmęczyłem się, bo przeszedłem szmat drogi. Muszę powiedzieć, że przyjemnie było nareszcie stanąć na własnych nogach. Zawsze się wie, dokąd wiodą, a z koniem nigdy nie wiadomo. A zresztą moje nogi są szybsze. — Nagle wybuchnął śmiechem podobnym do grzmotu. — Jesteś mi winien złotą koronę, Perrin. Twoje „dziesięć dni”. Założę się o jeszcze jedną koronę, że dotarłeś tutaj nie wcześniej jak pięć dni przede mną.
— Dostaniesz swoją koronę — odparł ze śmiechem Perrin. Po czym sprawił, że Loialowi uszy zawibrowały z oburzenia, dodał bowiem zwracając się do Randa: — Gaul go zdeprawował. Grywa teraz w kości i obstawia wyścigi, mimo że ledwie potrafi odróżnić jednego konia od drugiego.
Rand uśmiechnął się szeroko. Loial zawsze patrzył na konie raczej z powątpiewaniem, i nic dziwnego, skoro miał od nich dłuższe nogi.
— Jesteś pewien, że dobrze się czujesz, Loial?
— Czy znalazłeś porzucony stedding? — zapytał Perrin, nie wyjmując fajki z ust.
— Czy zostałeś tam dostatecznie długo?
— O czym wy obaj mówicie? — Niepewny grymas Loiala ściągnął mu końcówki brwi do policzków. — Ja tylko chciałem raz jeszcze zobaczyć stedding, poczuć go. Jestem teraz gotów przeżyć następne dziesięć lat.
— Nie o tym mówiła twoja matka — odparł z powagą Rand.
Loial wstał, zanim Rand skończył, rozglądając się dzikim wzrokiem we wszystkie strony; uszy przylgnęły mu płasko do czaszki i cały się trząsł.
— Moja matka? Tutaj? To ona jest tutaj?
— Nie, nie ma jej — odparł Perrin, a Loialowi niemalże natychmiast uszy oklapły z ulgi. — Jak się zdaje, jest w Dwu Rzekach. Albo była, miesiąc temu. Rand wykorzystał jakiś sposób na przeskakiwanie z miejsca do miejsca i zabrał ją razem ze Starszym Hamanem... O co chodzi?
Loial, który już miał usiąść, na wzmiankę o Starszym Hamanie zastygł z ugiętymi kolanami. Z zamkniętymi oczami powoli opuścił się na oparcie.
— Starszy Haman — mruknął, pocierając twarz dłonią o grubych palcach. — Starszy Haman i moja matka. — Zerknął na Perrina. Zerknął na Randa. Głosem nieco zbyt cichym i pozornie obojętnym zapytał: — Czy był z nimi ktoś jeszcze?
— Młoda kobieta ogir o imieniu Erith — odpowiedział mu Rand. — Ty... — Tyle tylko powiedział.
Loial z głośnym jękiem znowu poderwał się na nogi. W drzwiach i oknach pojawiły się głowy służących, którzy chcieli sprawdzić, co to za straszny hałas; na widok Randa natychmiast się pochowały. Loial zaczął spacerować w tę i z powrotem; uszy i brwi tak mu oklapły, że zdawał się roztapiać.
— Ożenek — wymamrotał. — To nie mogło oznaczać nic innego, skoro towarzyszyła matce i Starszemu Hamanowi. Ożenek. Jestem za młody, żeby się żenić! — Rand ukrył dłonią uśmiech; jak na ogira Loial być może był młody, ale ostatecznie miał ponad dziewięćdziesiąt lat. — Ona mnie zawlecze z powrotem do Stedding Shangtai. Wiem, że nie pozwoli mi podróżować z tobą, a przecież nie zgromadziłem jeszcze dostatecznej liczby notatek do mojej książki. Och, możesz się uśmiechać, Perrin. Faile robi wszystko, co jej każesz. — Perrin zaczął dławić się swoją fajką i rzęził dopóty, dopóki Rand nie walnął go w plecy. — U nas jest inaczej — ciągnął Loial. — Uważają cię za bardzo aroganckiego, jeśli nie wykonujesz poleceń żony. Bardzo aroganckiego. Ja wiem, że ona każe mi się ustatkować, zostać kimś zasługującym na zaufanie i szacunek, czyli na przykład śpiewakiem drzew albo... — Nagle zmarszczył brew i przestał chodzić w kółko. — Erith, powiedziałeś? — Rand skinął głową; Perrin zdawał się odzyskiwać oddech, ale patrzył spode łba na Loiala z czymś w rodzaju złośliwego rozbawienia. — Erith, córka Ivy córki Alar? — Rand znowu przytaknął, a Loial ponownie przysiadł na cembrowinie. — Ależ ja ją znam! Pamiętasz Erith, Rand? Poznaliśmy ją w Stedding Tsofu.
— To właśnie starałem ci się powiedzieć — odparł cierpliwym tonem Rand. I z nie mniejszym rozbawieniem. — To ona właśnie powiedziała, że jesteś przystojny. Dała ci kwiat, o ile sobie przypominam.
- Może i coś takiego powiedziała — mruknął defensywnie Loial. — Może i dała; ja tego nie pamiętam. — Ale jedna z jego dłoni zabłąkała się do pełnej książek kieszeni kaftana; Rand gotów był się założyć o wszystko, że kwiat jest wciśnięty do jednej z nich. Chrząknięcie ogira zabrzmiało jak głuchy łoskot. — Erith jest bardzo piękna. W życiu nie widziałem nikogo tak pięknego. I zarazem inteligentnego. Słuchała z wielką uwagą, kiedy objaśniałem jej teorię Serdena, syna Koloma syna Radlina, który pisał swoje dzieła jakieś sześćset lat temu... No więc, kiedy objaśniałem jego teorię, czyli jak Drogi... — Zawiesił głos, jakby właśnie zauważył ich uśmiechy. — No cóż, słuchała mnie. Z uwagą. Bardzo się zainteresowała.
— Nie wątpię — odparł niezobowiązująco Rand. Wzmianka o Drogach sprawiła, że zaczął się zastanawiać. Większość Bram znajdowała się w pobliżu stedding i jeśli można było wierzyć matce Loiala i Starszemu Hamanowi, Loial potrzebował właśnie stedding. Oczywiście nie mógł zaprowadzić go dalej jak tylko do skraju; nie dawało się przenieść splotów do wnętrza stedding, tak samo jak nie dawało się przenosić na jego terenie. — Posłuchaj mnie, Loial. Zamierzam otoczyć wszystkie Bramy zabezpieczeniami i potrzebuję kogoś, kto nie tylko może je znaleźć, ale również porozmawiać ze Starszymi i uzyskać ich zgodę.
— Światłości — warknął z niesmakiem Perrin. Wystukał zawartość fajki i obcasem buta wgniótł popioły w bruk dziedzińca. — Posyłasz Mata do starcia z Aes Sedai, chcesz wrzucić mnie w sam środek wojny z Sammaelem, razem z kilkuset ludźmi z Dwu Rzek, wśród których jest kilku twoich znajomych, a teraz chcesz wyprawić Loiala w drogę, mimo że on dopiero co wrócił. A żebyś sczezł, Rand, popatrz na niego! On musi odpocząć. Czy jest ktoś taki, kogo nie wykorzystujesz? Może chcesz, żeby Faile ruszyła na polowanie na Moghedien i Semirhage? Światłości!
Rand poczuł, jak wzbiera w nim gniew, burza, która sprawiła, że cały się zatrząsł. Żółte oczy wpatrywały się w niego ponuro, ale on odwzajemnił to spojrzenie wzrokiem dającym się przyrównać do uderzenia pioruna.
— Wykorzystam każdego, kogo muszę wykorzystać. Sam powiedziałeś; jestem, kim jestem. I poświęcam także samego siebie, Perrin, bo muszę. Nie mamy już żadnego wyboru. Ani ja, ani ty, ani nikt inny!
— Rand, Perrin — mruknął z troską Loial. — Uspokójcie się, uciszcie. Nie walczcie. Nie wy. — Poklepał obu niezdarnie po ramieniu, dłońmi wielkości szynek. — Obaj powinniście odpocząć w stedding. Tam panuje wielki spokój, tam można znaleźć ukojenie.
Rand zapatrzył się na wpatrzonego weń Perrina. Nadal czuł w sobie gniew, światło błyskawic tej burzy, która nie do końca minęła. Pomrukiwania Lewsa Therina pobrzmiewały kapryśnie, w oddaleniu.
— Przepraszam — mruknął, kierując to do obydwóch.
Perrin wykonał gest ręką, może chcąc dać do zrozumienia, że nie ma za co przepraszać, może przyjmując przeprosiny, ale nic nie powiedział. Zamiast tego znowu obrócił głowę w stronę kolumn, w kierunku tych samych drzwi, przez które wszedł tutaj Loial. Znowu upłynęło kilka chwil, zanim Rand usłyszał odgłos szybkich kroków.