Выбрать главу

Dla Perrina te dziesięć dni wcale nie były przyjemne. Od dawna już szukał towarzystwa Loiala, ale Loial znalazł raj w Bibliotece Królewskiej, gdzie spędzał większą część dnia. Perrin lubił czytać i te z pozoru niezliczone izby, wypełnione książkami aż po sklepione sufity mogły mu się podobać, ale niestety nawiedzała je pewna Aes Sedai, szczupła, ciemnowłosa kobieta, która zdawała się nigdy nie mrugać oczami. Udawała, że go nie zauważa, ale on nie bardzo ufał Aes Sedai jeszcze przed zdarzeniami w Caemlyn. Ponieważ Loial raczej skąpił mu swego towarzystwa, Perrin często wyprawiał się na polowania z Gaulem, i kilka razy z Rhuarkiem, którego poznał w Kamieniu i bardzo polubił. Problemów przysparzała Perrinowi własna żona. Czy raczej Berelain. Albo jedna i druga. Gdyby Rand nie był taki zajęty, Perrin zapytałby go o radę. Rand zasadniczo znał się na kobietach, ale bywały takie rzeczy, o których mężczyzna zwyczajnie nie mógł otwarcie rozmawiać.

To się zaczęło właśnie tamtego pierwszego dnia; przebywał w Cairhien od tak niedawna, że zdążono mu pokazać zaledwie komnaty Pałacu Słońca. Faile poszła się rozejrzeć w towarzystwie Bain i Chiad, a on mył się właśnie, obnażony do pasa, kiedy nagle poczuł woń perfum, niezbyt silną, ale wystarczającą dla jego nosa, a czyjś ciepły głos za jego plecami powiedział:

— Zawsze się domyślałam, że masz piękne plecy, Perrin.

Odwrócił się tak szybko, że omal nie przewrócił umywalki.

— Słyszałam, że ponoć przybyłeś tu z... żoną? — Berelain stała w drzwiach sypialni; uśmiechała się.

Tak, istotnie przybył z żoną; z żoną, która nie byłaby zachwycona, gdyby zastała go bez ubrania sam na sam z kobietą ubraną w w taką suknię. A zwłaszcza Pierwszą z Mayene. Wciągnąwszy koszulę przez głowę, powiedział Berelain, że Faile właśnie wyszła, że nie wie, kiedy wróci i czy będzie gotowa przyjmować gości, po czym odprawił ją na korytarz tak szybko jak umiał, nie uciekając się do podnoszenia jej z posadzki i wyrzucenia za próg. Myślał, że na tym koniec; Berelain poszła sobie, a jemu udało się nazwać Faile żoną sześć razy w tyluż samo zdaniach i dwukrotnie zaznaczyć, że bardzo ją kocha. Berelain dowiedziała się, że jest żonaty, dowiedziała się, że on kocha swoją żonę i na tym cała sprawa powinna się była zakończyć.

Faile wróciła niewiele później; zrobiła dwa kroki do wnętrza sypialni i zaczęła buchać wonią zazdrości i gniewu, najeżoną i ostrą jak nóż, od której to kombinacji omal nie poleciała mu krew z nosa. Nie rozumiał; nadal czuł woń perfum Berelain, ale miał przecież zmysł powonienia wyostrzony jak u wilka. Faile z pewnością nie mogła czuć tego zapachu. To było bardzo dziwne. Faile uśmiechała się. Z jej ust nie padło ani jedno niestosowne słowo. Okazywała mu tyle miłości co zawsze i to nawet jeszcze żarliwiej niż kiedykolwiek, bo wydrapała paznokciami głębokie szramy w jego ramionach, czego nigdy przedtem nie czyniła.

Potem, zbadawszy krwawiące rany w świetle lampy, skubnęła go w ucho zębami, wcale nie delikatnie, i roześmiała się.

— W Saldaei — wymruczała — nacinamy koniom uszy, ale moim zdaniem ja tym ciebie dostatecznie naznaczyłam. — I przez cały ten czas praktycznie pluła zazdrością i gniewem.

Gdyby na tym był koniec, to wszystko by się uspokoiło. Zazdrość Faile potrafiła wybuchać niczym ogień w kuźni buzujący od porywistego wiatru, ale zawsze zamierała równie szybko jak się rodziła, kiedy już do niej dotarło, że nie ma do niej podstaw. A tymczasem następnego poranka zauważył ją, jak rozmawia z Berelain na korytarzu, obie uśmiechały się tak jak nigdy. Posłyszał ostatnią rzecz, jaką powiedziała Berelain, zanim się odwróciła.

— Ja zawsze dotrzymuję swoich obietnic. — Dziwna uwaga, która sprawiła, że od Faile zaleciało czymś żrącym i kolczastym.

Zapytał Faile, o jakich to obietnicach mówiła Berelain, i to chyba był błąd. Zamrugała — czasami rzeczywiście zapominała o jego wyostrzonym słuchu — i odparła:

— Doprawdy nie pamiętam. Ona należy do tych kobiet, które składają najrozmaitsze obietnice, mimo iż nie potrafią ich dotrzymać. — Dorobił się wtedy drugiej serii krwawych bruzd na ramionach, a przecież nawet nie minął środek poranka!

Berelain zaczęła się za nim uganiać. Z początku nie myślał tak o tym. Ta kobieta flirtowała z nim kiedyś, w Kamieniu Łzy, w dość łagodny sposób, bynajmniej nie dając do zrozumienia nic, czego byłby pewien i wiedziała, że on teraz jest żonaty. To była tylko seria przypadkowych spotkań na korytarzach, jak się zdawało, kilka niewinnych słów rzuconych w przelocie. Ale po jakimś czasie wiedział już, że albo to on całkiem zniekształca los jako ta’veren albo to Berelain wszystkim manipuluje, mimo iż to się zdawało nieprawdopodobne. Próbował sobie wmówić, że to niedorzeczność. Próbował sobie wmówić, że pewnie mu się ubzdurało, iż jest tak przystojny jak Wil al’Seen. Tylko za Wilem kobiety się uganiały, a z pewnością nigdy nie uganiały się za Perrinem Aybarą. Jednak tych „przypadkowych” spotkań było zbyt wiele.

Dotykała go za każdym razem. Nie żeby jakoś bezczelnie; ot tylko kładła na chwilę palce na jego dłoni, na ramieniu, barku. Niemalże nie było to w ogóle godne zauważenia. Trzeciego dnia przyszła mu do głowy myśl, od której włosy mu się zjeżyły na głowie. Kiedy się ujeżdżało konia, którego nikt nigdy nie dosiadał, to zaczynało się od lekkiego dotykania, aż wreszcie zwierzę wiedziało, że twój dotyk nie zrobi mu krzywdy i ostatecznie stawało nieruchomo pod twoją ręką. Potem przychodziła kolej na derkę, dalej na siodło. Uzdę zakładało się zawsze na końcu.

Zaczął się panicznie bać zapachu perfum Berelain, zionących ku niemu zza jakiegoś rogu. Wystarczyło, że poczuł pierwszy ich powiew i natychmiast kierował się w przeciwnym kierunku, tyle że nie mógł przecież poświęcać całego czasu na wystrzeganie się tego zapachu. Przede wszystkim do pałacu i z pałacu stale wychodziły całe tabuny buńczucznych, cairhieniańskich durniów, w tym wiele kobiet. Kobiet, które przypasywały sobie miecze! Musiał obchodzić duże grupy mężczyzn i kobiet, którzy specjalnie stawali mu na drodze. Dwukrotnie musiał powalać na ziemię jakiegoś tępaka, który zwyczajnie nie pozwalał się wyminąć, tylko stale przed nim tańcował. Nie czuł się z tym dobrze — prawie wszyscy Cairhienianie byli od niego znacznie niżsi — ale nie można ryzykować z człowiekiem, który trzyma rękę na rękojeści miecza. Któregoś razu spróbowała tego pewna młoda kobieta i po tym, jak odebrał jej miecz, tak mu się naprzykrzała, że w końcu oddał go jej; tej najpierw odebrało mowę, a potem zaczęła krzyczeć w ślad za nim, że on nie ma honoru, dopóki jakieś Panny nie odciągnęły jej na bok i nie zaczęły czegoś zapalczywie jej tłumaczyć.

Z drugiej zaś strony ludzie wiedzieli, że jest przyjacielem Randa. Niezależnie od okoliczności, w jakich tu przybył, niektórzy Aielowie i Tairenianie pamiętali go z Kamienia i wieść się rozeszła. Na korytarzach przedstawiali mu się lordowie i lady, których nigdy w życiu nie widział, a taireniańscy Wysocy Lordowie, którzy tak zadzierali przed nim nosa w Łzie, w Cairhien zagadywali go niczym starzy przyjaciele. Większość pachniała strachem, a oprócz niego czymś, czego nie potrafił nazwać. Dotarło do niego, że oni wszyscy dążą do jednego.

— Obawiam się, że Lord Smok nie we wszystkim obdarza mnie swym zaufaniem — rzekł uprzejmie do kobiety o chłodnym wzroku, której imię brzmiało Colavaere — a nawet jeśli zdarza mu się to czynić, to chyba nie spodziewasz się, że ja owo zaufanie naruszę. — Uśmiech jego rozmówczyni zdawał się pochodzić z jakichś niebotycznych wyżyn; zdawała się nadto zastanawiać, czy jego skóra nie nadawałaby się przypadkiem na dywanik. Dziwnie pachniała, twardo, gładko i jakoś tak wyniośle.