Выбрать главу

Kiedy wymknęła się na zewnątrz, gdzie panował już zmierzch, dwaj Strażnicy stojący na warcie skłonili się przed nią. Przynajmniej Gaidinowie nie dbali o to, że miała osiemnaście lat, że była Przyjętą wyniesioną do godności Aes Sedai tylko dlatego, że uprzednio uczyniono ją Amyrlin. Dla Strażników Aes Sedai była Aes Sedai, a Amyrlin była Amyrlin. A mimo to nie odetchnęła, dopóki nie znalazła się w takiej odległości od tych dwóch, by tego nie mogli usłyszeć.

Obóz był całkiem duży, w lesie rozbito namioty dla setek Aes Sedai, Przyjętych, nowicjuszek i służby, wszędzie, gdzie nie spojrzała, stały fury, powozy i konie. W powietrzu unosiła się intensywna woń wieczornej strawy. Dookoła płonęły ogniska armii Garetha Bryne’ a; większość zgromadzonych tutaj mężczyzn miała spać na ziemi, nie w namiotach. Tak zwany Legion Czerwonej Ręki obozował w odległości niecałych dziesięciu mil na południe; przez całe te dwieście mil z okładem, jakie dotychczas pokonali, Talmanes nie pozwalał, by ten dystans zwiększył się albo zmniejszył o więcej niż milę, zarówno w dzień, jak i w nocy. Ci już wypełnili swoją rolę przewidzianą w jej planie, zgodnie z podpowiedziami Siuan i Leane.

Siły Garetha Bryne’a rozrosły się podczas tych szesnastu dni od wyjazdu z Salidaru. Dwie armie maszerujące powoli na północ przez terytorium Altary, najwyraźniej nie usposobione wobec siebie przyjaźnie, przyciągały uwagę. Arystokraci ściągali całymi stadami, ze swoim pospolitym ruszeniem, by wchodzić w sojusze z silniejszym z tych dwóch ugrupowań. Prawda, żadne z tych lordów i lady nie złożyłoby przysiąg, gdyby wiedziało, że nie dojdzie do żadnej wielkiej bitwy na ich ziemiach. Gdyby mieli wolny wybór, wszyscy co do jednego odjechaliby, zrozumiawszy że celem Egwene jest Tar Valon, a nie armia Zaprzysięgłych Smokowi. A jednak złożyli przysięgi przed Amyrlin, jakąś Amyrlin, przed grupką Aes Sedai, które obwołały siebie Komnatą Wieży, w obecności setek innych, które na to patrzyły. Złamanie takiej przysięgi potrafiło potem długo prześladować człowieka. A poza tym żaden z nich nie wierzył, że Elaida kiedykolwiek zapomni o tej obietnicy, nawet gdyby głowę Egwene nabito na pal w Białej Wieży. Dlatego mieli się zaliczać do jej najzagorzalszych popleczników, mimo iż dali się złapać w pułapkę nie tylko sojuszu, ale wręcz swoistego lenna. Musieli dopilnować, żeby to Egwene nosiła stułę w Tar Valon, jeżeli chcieli uwolnić się z tej pułapki z nietkniętymi karkami.

Siuan i Leane były tym raczej zażenowane. Sama Egwene natomiast nie była pewna, co czuje. Gdyby istniał jakiś sposób na usunięcie Elaidy bez rozlewu krwi, uciekłaby się do niego natychmiast. Ale nie sądziła, by to było możliwe.

Po skromnej kolacji złożonej z koźlego mięsa, rzepy oraz czegoś, czemu nie przyjrzała się zbyt uważnie, Egwene wycofała się do swego namiotu. Nie największego w obozie, ale z pewnością największego z zajmowanych przez jedną osobę. W środku zastała Chesę, która czekała, by pomóc jej się rozebrać. Na widok Egwene z miejsca zaczęła paplać o przednim lnie, nabytym od pokojówki jakiejś altarańskiej lady, z którego chciała jej uszyć cieniuteńką bieliznę. Egwene często pozwalała Chesie spać razem z nią w namiocie, dla towarzystwa, mimo iż legowisko ułożone z koców raczej nie dorównywało stałemu posłaniu Chesy. Tego wieczora jednak odesłała ją, kiedy już była gotowa się położyć. Bycie Amyrlin wiązało się z kilkoma przywilejami. Takimi, na przykład, jak osobny namiot dla pokojówki. Jak, na przykład, spanie w samotności, kiedy tak nakazywała konieczność.

Gdyby Egwene nie była szkolona przez spacerujące po snach Aielów, miałaby problem z zaśnięciem; nie była jeszcze dostatecznie zmęczona. Dzięki temu jednak bez trudu weszła do Tel’aran’rhiod...

...i stanęła w izbie, która przez jakże krótki czas służyła jej za gabinet w Małej Wieży. Stół i krzesła pozostały, rzecz jasna. Człowiek nie zabiera mebli, kiedy wyrusza w drogę razem z wojskiem. W Świecie Snów każde miejsce zdawało się opustoszałe, ale tu doprawdy było jeszcze bardziej pusto niż gdziekolwiek indziej. Mała Wieża sprawiała wrażenie... wymarłej.

Nagle dotarło do niej, że na szyi ma udrapowaną stułę Amyrlin, sprawiła więc, że zniknęła. Chwilę później pojawiły się Nynaeve i Elayne, Nynaeve tak materialna jak ona, Elayne mglista. Siuan za nic nie chciała oddać oryginalnego pierścienia ter’angreala; trzeba się było uciec do stanowczego rozkazu. Elayne miała na sobie zieloną suknię z kaskadami koronek, które skrywały dłonie i zdobiły wąski, za to zaskakująco głęboki dekolt, w którym spoczywał maleńki nóż zawieszony na złotym naszyjniku, z rękojeścią ukrytą między piersiami, pyszniący się masą pereł i ogników. Elayne zdawała się natychmiast dostosowywać do lokalnej mody wszędzie tam, gdzie się udawała. Nynaeve, jak należało się spodziewać, miała na sobie grube wełny z Dwu Rzek, ciemne i proste.

— Sukces? — spytała Egwene z nadzieją.

— Jeszcze nie, ale na pewno nam się powiedzie. — Elayne mówiła tak optymistycznym tonem, że Egwene omal nie wybałuszyła oczu; ta dziewczyna musiała włożyć w to zapewnienie całą swoją duszę.

— Jestem pewna, że to już nie potrwa długo — dodała Nynaeve z jeszcze większym przekonaniem. A przecież miała uczucie, że waliły głowami w mur.

Egwene westchnęła.

— Może powinnyście przyłączyć się znowu do mnie. Jestem pewna, że znajdziecie czarę w ciągu najbliższych kilku dni, ale nie mogę przestać myśleć o tym, co mi opowiedziano. — Te dwie potrafiły o siebie zadbać. Siuan twierdziła, że żadna z przytoczonych przez nie opowieści nie zawierała przesady.

— Tylko nie to, Egwene! — zaprotestowała Nynaeve.- Czara jest zbyt ważna. Wiesz przecież. Wszystko przepadnie, jeśli jej nie znajdziemy.

— A poza tym — dodała Elayne — co nam może grozić? Przypominam ci, na wypadek, gdybyś o tym zapomniała, że każdej nocy śpimy w Pałacu Tarasin, i zawsze też możemy pogadać z Tylin, o ile ta akurat nie zadecyduje, że chce nas położyć do łóżek. — Jej suknia zmieniła się, krój pozostał ten sam, ale tkanina stała się zgrzebna i wyświechtana. Nynaeve miała na sobie kopię tego stroju, z tym, że rękojeść jej noża była wysadzana zaledwie dziewięcioma czy dziesięcioma szklanymi paciorkami. Odzienie raczej nie nadające się do pałacowych wnętrz. A co gorsza, starała się robić minę niewiniątka, mimo iż zupełnie nie miała w tym wprawy.

Egwene puściła to wszystko mimo uszu. Czara była ważna, potrafiły zadbać o siebie, i bardzo dobrze wiedziała, że w pałacu Tarasin tak się nie noszą.

— Wykorzystujecie Mata, prawda?

— My... — Elayne nagle zauważyła, jaką ma na sobie suknię, i wzdrygnęła się. A właściwie to zaskoczył ją przede wszystkim ten mały nóż, z jakiegoś niewiadomego powodu. Wytrzeszczywszy oczy, ujęła rękojeść, masę wielkich, czerwonych i białych, szklanych paciorków, i twarz jej całkiem spurpurowiała. Chwilę później odziała się w andorańską szatę z wysokim kołnierzem, uszytą z zielonego jedwabiu.

Zabawne, ale Nynaeve spostrzegła, co ma na sobie, zaledwie mgnienie oka później od Elayne i zareagowała dokładnie tak samo. Dokładnie. Tyle, że jej rumieniec był znacznie bardziej jaskrawy. Wróciła do wełen z Dwu Rzek, nim Elayne zdążyła się przebrać.

Elayne chrząknęła i głuchym głosem stwierdziła:

— Mat się nawet przydaje, nie mam co do tego wątpliwości, ale nie wolno mu pozwalać, by nam wchodził w paradę, Egwene. Znasz go przecież. Niemniej jednak możesz być pewna, że jeśli będziemy robić coś niebezpiecznego, jego żołnierze staną przy nas, ramię przy ramieniu. — Nynaeve milczała i miała kwaśną minę. Może przypomniały jej się pogróżki Mata.