Myrelle cieszyła się, że księżyc już zaszedł, bo udało jej się ukryć grymas. Sama mogła się zająć Uzdrawianiem, ale to przecież Nisao studiowała choroby umysłu, których Moc się nie imała. Myrelle nie była wprawdzie pewna, czy to się w ogóle zaliczało do chorób, ale zamierzała wypróbować każde dostępne narzędzie. Nisao mogła sobie mówić, co chciała; Myrelle wiedziała, że ta wolałaby dać sobie uciąć rękę niż zrezygnować z okazji do badań pogłębiających jej wiedzę.
Czuła, że on tam gdzieś jest, w nocnym mroku; wiedziała, że się zbliża. Znajdowały się daleko od namiotów, daleko od żołnierzy, w rzadkiej kępie drzew. Czuła go od chwili, kiedy więź przeszła na nią, kiedy popełniona została zbrodnia, którą tak się trapiła Nisao. Jedna Aes Sedai przekazała drugiej więź bez zgody samego Strażnika. Nisao miała rację odnośnie jednej rzeczy; będą musiały utrzymywać to w tajemnicy tak długo jak się da. Myrelle czuła jego rany, w tym jedne prawie już zaleczone, inne nadal świeże. Niektóre paskudnie zainfekowane. Nie zszedłby z drogi, żeby szukać bitwy. Musiał przyjść do niej, tak jak głaz strącony z wierzchołka góry musiał się sturlać na samo dno. Ale też nie zrobiłby nic, by uniknąć bitwy. Wyczuwała jego podróż poprzez odległość i krew, jego krew. Podróż przez Cairhien i Andor, Murandy, a teraz Altarę, przez ziemie nękane plagą rebelii i bandytów, bandytów i Zaprzysięgłych Smokowi, podczas której niczym strzała spiesząca do celu torował sobie drogę, zmiatając z niej każdego uzbrojonego człowieka, który wszedł mu w paradę. Tyle, że nie mógł tego dokonać bez odnoszenia obrażeń. Policzyła wszystkie jego rany i zdziwiła się, że jeszcze żyje.
Najpierw usłyszała tętent konia biegnącego równym tempem i dopiero po chwili dostrzegła wysokiego, czarnego wierzchowca.
Jeździec zdawał się utkany z materii nocy. Miał na sobie płaszcz. Koń zatrzymał się w odległości dobrych pięćdziesięciu kroków od niej.
— Nie trzeba było wysyłać Nuhela i Croia, żeby mnie szukali — zawołał szorstkim głosem niewidzialny jeździec. — Omal ich nie zabiłem, zanim się zorientowałem, kim są. Avar, możesz już wyjść zza drzewa. — Z prawej strony mrok jakby się poruszył; Avar też nosił swój płaszcz i nie spodziewał się, że zostanie zobaczony.
— To szaleństwo — mruknęła Nisao.
— Cicho bądź — syknęła Myrelle, po czym zawołała:- Przyjdź do mnie! — Koń ani drgnął. Wilk opłakujący umarłą panią nie przychodził dobrowolnie do nowej. Delikatnie utkała splot Ducha i dotknęła tej jego części, w której umiejscowiła się więź; splot musiał być delikatny, bo inaczej zaraz by się zorientował; Stwórca tylko wiedział, jaki to mogłoby spowodować wybuch. — Przyjdź do mnie!
Tym razem koń ruszył do przodu i mężczyzna zeskoczył na ziemię, by ostatnie kilka kroków pokonać pieszo; był wysoki, a cienie rzucane przez księżyc sprawiały, że jego kanciasta twarz zdawała się wyrzeźbiona z kamienia. A potem stanął przed nią, nad nią, i kiedy spojrzała w zimne, niebieskie oczy Lana Mandragorana, zobaczyła śmierć. Światłości, dopomóż jej. Czy utrzyma go przy życiu dostatecznie długo?
53
Święto Świateł
Ludzie tańczący na ulicach Cairhien drażnili Perrina; utorowanie sobie drogi przez tę ciżbę graniczyło wręcz z niemożliwością. Taneczny wąż wyminął go, postępując śladem osobnika z wielkim nosem, bez koszuli, za to z fletem; na samym końcu podrygiwała krągła i niska kobieta, która zaśmiewała się wesoło. Odjęła rękę od pasa poprzedzającego ją mężczyzny, chcąc pociągnąć za sobą Perrina. Potrząsnął głową i albo to jego żółte oczy ją wystraszyły, albo ponura mina odzwierciedlała to, co akurat czuł, ponieważ kobieta spochmurniała i bezwiednie pozwoliła sznurowi tańczących pociągnąć się dalej; oglądała się na niego przez ramię tak długo, aż nie skrył go tłum. Siwiejąca kobieta, nadal urodziwa, zarzuciła szczupłe ręce na kark Perrina i podała mu roznamiętnione usta. Wyglądała na zaskoczoną, kiedy podniósł ją delikatnie za ramiona i odsunął na bok. Zaraz potem osaczyła go gromadka mężczyzn i kobiet równych mu wiekiem; pląsali w takt melodii wygrywanej na tamburynach, zanosili radosnym śmiechem i szarpali go za poły kaftana. Ignorowali jego protesty, więc twardo zepchnął z drogi jednego z mężczyzn i warknął jak wilk na pozostałych. Śmiech zamarł, a oni wytrzeszczyli zaskoczone oczy, ale po chwili znowu hałasowali i nawet usiłowali przedrzeźniać jego warkot, po czym podrygując, wmieszali się z powrotem w tłum.
Był to pierwszy dzień Święta Świateł, ostatni i jednocześnie najkrótszy dzień roku, i miasto obchodziło go w sposób, jakiego Perrin wcześniej nawet nie umiałby sobie wyobrazić. Również w Dwu Rzekach na pewno zorganizowano tańce, ale żeby coś takiego... ! Wyglądało na to, że Cairhienianie postanowili nadrobić cały rok wstrzemięźliwości i z entuzjazmem oddali się rozpuście. Przestał się liczyć status majątkowy i zniknęły wszelkie bariery dzielące gmin od arystokracji, publicznie przynajmniej. Spocone kobiety w prostych, zgrzebnych wełnach chwytały spoconych mężczyzn w ciemnych jedwabiach z kolorowymi paskami i ciągnęły ich do tańca; mężczyźni w kaftanach woźniców i kamizelach stajennych puszczali się w tan z kobietami, ubranymi w suknie z rozcięciami, bywało, aż do pasa. Pito wino i całowano się z wielkim zapałem, gdziekolwiek Perrin nie spojrzał. Starał się zresztą nie przypatrywać zanadto uważnie. Niektóre z arystokratek, z włosami utrefionymi na kształt skomplikowanych wieżyc, nie nosiły nic pod cienkimi kaftanikami, których nie zapięły zbyt dokładnie. Wśród ludzi z gminu niewiele kobiet, które zrzuciły bluzki, pokwapiły się, by włożyć jakieś okrycie; zasłaniały je tylko włosy, a te rzadko kiedy były dostatecznie długie; tak samo jak mężczyźni oblewały siebie i otaczających ludzi strugami wina. Hałaśliwe śmiechy mieszały się z tysiącem najrozmaitszych melodii wygrywanych na fletach, bębnach i rożkach, cytrach, bitternach i dulcimerach.
W Polu Emonda członkinie Koła Kobiet zapewne pomstowałyby, a przedstawiciele Rady Wioski połknęliby języki w ataku apopleksji, ale Perrina te przejawy deprawacji drażniły tylko w niewielkim stopniu w porównaniu z jego ogólną irytacją. Kilka godzin, powiedziała Nandera, a tymczasem od zniknięcia Randa upłynęło już sześć dni. Min zniknęła albo razem z nim, albo została z Aielami. I nikt nic nie wiedział. Z wyjątkiem niejakiej Sorilei, ale Mądre były równie nieodgadnione jak Aes Sedai, kiedy Perrin próbował którąś wypytać w jakiejś kwestii; Sorilea powiedziała mu prosto z mostu, żeby zajął się swoją żoną i trzymał swój nos z dala od spraw, które nie dotyczą mieszkańców mokradeł. Nie miał pojęcia, skąd Sorilea się dowiedziała o jego kłopotach z Faile, ale nie dbał o to. Czuł, że Rand go potrzebuje, bo stale swędziało go coś pod skórą, z każdym dniem silniej. Wracał teraz ze szkoły Randa, ostatniej instancji, ale tam, jak wszędzie w Cairhien, ludzie zajęci byli piciem, tańcem i cudzołożeniem. Przedstawiono mu dyrektorkę szkoły, kobietę o imieniu Idrien, ale kiedy już mu się udało z pewnymi trudnościami i nie mniejszym zażenowaniem przeszkodzić jej w całowaniu się z mężczyzną tak młodym, że mógł być jej synem, w każdym razie na tyle przeszkodzić, że zdołał zadać swoje pytanie, ta potrafiła mu powiedzieć to tylko, że być może niejaki Fel coś wie. Ów Fel, jak się okazało, tańczył właśnie z trzema młodymi kobietami, które mogły być jego wnuczkami. Z wszystkimi trzema naraz. Zdawał się nie bardzo nawet pamiętać, jak się nazywa, co raczej nie dziwiło, zważywszy na okoliczności. A żeby ten Rand sczezł! Wyjechał bez słowa, znając przecież widzenie Min, wiedząc, że będzie rozpaczliwie potrzebował Perrina. Nawet Aes Sedai musiały się oburzyć. Tego ranka właśnie Perrin dowiedział się, że już trzy dni temu wyprawiły się w podróż powrotną do Tar Valon, oświadczywszy, że nie widzą sensu, by zostawać dłużej. Co ten Rand wyprawia? Perrin aż się skręcał, tak go swędziało.