— Przyjdź do mojego namiotu — powiedziała Galina pocieszającym tonem. — Dostaniesz dobrej jagodowej herbaty i przyłożę ci do skroni chłodny, wilgotny ręcznik.
Erian uśmiechnęła się przez łzy.
— Dziękuję ci, Galino, ale nie mogę. Rashan i Bartol będą na mnie czekać: Obawiam się, że czują się jeszcze gorzej niż ja. Oni nie tylko czują mój ból, ale cierpią, ponieważ wiedzą, że ja cierpię. Muszę ich pocieszyć. — Raz jeszcze z wdzięcznością uścisnęła dłoń Galiny i wyszła.
Galina spojrzała krzywo na kufer. Al’Thor chyba rzeczywiście płakał. A może się śmiał; w to jednak mocno wątpiła. Powiodła wzrokiem za Erian, która właśnie znikała w namiocie jej Strażnika. Al’Thor będzie płakał. Do Tar Valon mieli dotrzeć za co najmniej dwa tygodnie i Elaida zaplanowała triumfalny wjazd; tak, jeszcze co najmniej dwadzieścia dni. Do tego czasu, czy Erian sobie tego życzyła, czy nie, miał być karany od świtu do zmierzchu. A kiedy przywiezie go już do Tar Valon, ten człowiek ucałuje pierścień Elaidy; będzie odzywał się wtedy, kiedy mu pozwolą i będzie klęczał w kącie, kiedy nie będą go potrzebowały. Zacisnęła powieki i zaczęła popijać jagodową herbatę.
Kiedy weszły pomiędzy drzewa, Sevanna zwróciła się do pozostałych, rozmyślając, że to znaczące, iż myśli o drzewach tak obojętnie. Do czasu przekroczenia Muru Smoka nigdy nie widziała aż tylu drzew.
— Czy wy też zauważyłyście, do jakich środków się uciekły, żeby go pojmać? — spytała, akcentując słowo „też”.
Therava powiodła wzrokiem po pozostałych; pokiwały głowami.
— Potrafimy utkać takie same sploty — oświadczyła Therava.
Sevanna skinęła głową i przejechała palcem po niewielkiej, kamiennej bryłce ukrytej w mieszku, czując skomplikowane rzeźbienia. Dziwny mieszkaniec mokradeł, który jej dał ten przedmiot, twierdził, że powinna użyć go właśnie teraz, kiedy al’Thor został wzięty do niewoli. Dopóki na niego nie spojrzała, miała taki zamiar; teraz postanowiła, że wyrzuci bryłkę. Była wdową po wodzu, który odbył wyprawę do Rhuidean, a także po mężczyźnie, który mienił się wodzem, mimo iż tam nie był. A teraz postanowiła zostać żoną samego Car’a’carna. Zbierze pod sobą wszystkie włócznie Aielów. Nadal czuła na czubku palca kark al’Thora; nakreśliła na nim linię obroży, w którą zamierzała go ubrać.
— Czas już, Desaine — powiedziała.
Desaine oczywiście zamrugała ze zdziwieniem, a potem zdążyła tylko krzyknąć przeraźliwie, zanim pozostałe rozpoczęły swoją pracę. Desaine bezustannie, z pasją gderała na temat pozycji zajmowanej przez Sevannę. A Sevanna lepiej wykorzystała swój czas. Z wyjątkiem Desaine, wszystkie te kobiety popierały ją solidarnie, a oprócz nich wiele innych.
Sevanna obserwowała bardzo uważnie to, co robiły pozostałe Mądre; Jedyna Moc ją fascynowała, wszystkie te rzeczy, które zakrawały na cud, a wykonywane były całkiem bez wysiłku. To, co uczyniono z Desaine, mogło być możliwe jedynie z użyciem Mocy. Jakie to zdumiewające, pomyślała, że ludzkie ciało da się rozedrzeć na kawałki i upuści przy tym tak mało krwi.
54
Posłanie
Drugiego dnia Święta Świateł, kiedy nad horyzontem jarzył się już tylko cieniuteńki płatek słońca, ulice Cairhien wypełnili świętujący. Poprzedniej nocy praktycznie ani na moment nie pustoszały. Także i teraz wszędzie panowała atmosfera zbliżającej się zabawy, dlatego mało kto poświęcił więcej niż jedno spojrzenie mężczyźnie z kędzierzawą brodą, ponurą miną i toporem u biodra, który jechał na rosłym wierzchowcu po prostych jak strzała ulicach w stronę rzeki. Przypatrywano się natomiast jego towarzyszom; przywykli już do widoku Aielów, którzy wprawdzie zniknęli gdzieś wraz z początkiem święta, ale nie codziennie spotykało się ogira, wyższego od człowieka i usadowionego na końskim grzbiecie, a zwłaszcza ogira z toporem wspartym na ramieniu, z drzewcem długością niemalże dorównującym jego wzrostowi. W porównaniu z nim brodaty mężczyzna wyglądał na wesołego.
Na statkach płynących po Alguenyi zapalono wszystkie latarnie, nawet na statku Ludu Morza, którego sama obecność, sam fakt, że w ogóle zawitał do Cairhien, wywołał moc plotek, i który stał na kotwicy od dawna, a prawie wcale nie nawiązywał kontaktu z nabrzeżem. Z pogłosek zasłyszanych przez Perrina wynikało, że Ludowi Morza stan rzeczy w mieście nie podobał się jeszcze bardziej niż Aielom, a przecież miał wrażenie, że Gaul jest gotów umrzeć z zażenowania za każdym razem, gdy widział mężczyznę całującego się publicznie z kobietą. Gaula zdawało się wytrącać z równowagi nie to, że taka kobieta z reguły nie miała na sobie bluzki, tylko fakt, że całowali się w miejscach, gdzie ktoś mógł ich zobaczyć.
Długie, kamienne pomosty, ograniczone wysokimi murami, wcinały się w rzekę; do nich przycumowane były łodzie, wszelkich wielkości i typów, w tym również promy, które mogły przewieźć i jednego konia, i pięćdziesiąt, ale Perrin nie zauważył na żadnym więcej jak jednego człowieka. Ściągnął wodze, kiedy dotarł do szerokiego promu bez masztów, długości sześciu, może siedmiu piędzi, przywiązanego do kamiennych słupów. Trap łączący go z nabrzeżem był na swoim miejscu. Na pokładzie, na beczce siedział gruby, siwowłosy mężczyzna; trzymał na kolanach równie siwą kobietę w ciemnej sukni z kolorowymi rozcięciami.
— Chcemy się przeprawić na drugi brzeg — powiedział głośno Perrin, starając się przyglądać tym dwojgu na tyle tylko, by wiedzieć, czy przestali się obejmować. Nie przestali. Perrin cisnął andorańską koronę na pokład promu; brzęk grubej, złotej monety sprawił, że grubas odwrócił głowę. — Chcemy się przeprawić na drugi brzeg — powtórzył Perrin, pokazując drugą złotą koronę. Po chwili wyjął jeszcze jedną.
Przewoźnik oblizał wargi.
— Będę musiał znaleźć wioślarzy — mruknął, wpatrując się w dłoń Perrina.
Westchnąwszy, Perrin wyciągnął kolejne dwie monety ze swej sakiewki; jeszcze pamiętał czasy, kiedy jemu samemu oczy gotowe były wyskoczyć z orbit na widok tylu pieniędzy.
Przewoźnik poderwał się z miejsca, zrzucając z kolan szlachciankę, która klapnęła na siedzenie z głuchym łomotem, po czym zaczął się gramolić przez trap i wołać zadyszanym głosem, że „będzie za kilka chwil, dobry panie, kilka chwil”. Kobieta obrzuciła Perrina spojrzeniem pełnym przygany, po czym ruszyła w dół doku, majestatycznym krokiem, którego ewentualne wrażenie zresztą mocno zepsuła, ponieważ jednocześnie drapała się; nie uszła tak zresztą daleko, w pewnym momencie podkasała spódnice i pobiegła przyłączyć się do grupy tańczących na nabrzeżu. Perrin usłyszał jej głośny śmiech.
Potrwało to trochę dłużej niż kilka chwil, ale najwyraźniej obietnica złota zrobiła swoje, bo przewoźnik zebrał dość ludzi, by obsadzić wiosła. Perrin stał i gładził pysk swojego konia, gdy tymczasem prom wypłynął na środek rzeki. Nie zdecydował jeszcze, jak go nazwie; zwierzę pochodziło ze stajni Pałacu Słońca. Dobrze podkute, obdarzone białymi pęcinami, wyglądało na wytrzymałe, aczkolwiek nijak nie dorównywało Stepperowi.
Łuk z Dwu Rzek miał wepchnięty za popręg, przed siodłem z wysokim łękiem wisiał wypełniony kołczan, na końcu którego balansował schludnie zapakowany tobołek, długi i wąski. Miecz Randa. To Faile sporządziła ten pakunek i wręczyła mu go bez słowa. Coś powiedziała, kiedy się odwrócił, zrozumiawszy, że nie otrzyma pocałunku na pożegnanie.
„Jeśli polegniesz — wyszeptała — ja podejmę twój miecz”.
Nie był pewien, czy chciała, żeby on to usłyszał. Pachniała taką gmatwaniną emocji, że niczego już nie potrafił odróżnić.