Выбрать главу

Wiedział, że powinien myśleć tylko o tym, co go czeka, ale myśli o Faile cały czas wpełzały ukradkiem do jakiegoś zakamarka jego umysłu. W pewnym momencie nabrał nawet pewności, że ona go zaraz poinformuje o swym zamiarze towarzyszenia mu w tej wyprawie, i aż mu się serce ścisnęło. Gdyby to zrobiła, chyba nie miałby siły jej odmówić — ani tego, ani czegokolwiek innego, po tym, jak wyrządził jej taką krzywdę — ale przed nim było sześć Aes Sedai, krew i śmierć. Wiedział, że oszalałby, gdyby Faile umarła. Taki właśnie wniosek przyszedł mu do głowy w momencie, gdy Berelain oświadczyła, że będzie dowodziła Mayeniańską Skrzydlatą Gwardią w tej pogoni. Na całe szczęście sytuacja została szybko rozwiązana, w dość dziwny zresztą sposób.

„Jeśli opuścisz miasto, które Rand al’Thor ofiarował ci jako swej prawej ręce — rzekł cicho Rhuarc — ile z tego zrodzi się gadania? Ile będzie plotek, jeśli wyprawisz z miasta wszystkie swoje włócznie? Co z tego wyniknie?” — Zabrzmiało to jak rada i jednocześnie wcale nie jak rada; jakaś dziwna nuta w głosie wodza klanu sprawiła, że było to znacznie bardziej dosadne.

Pachnąca uporem Berelain spojrzała na niego, buńczucznie zadzierając głowę. Po dłuższej chwili woń uporu straciła na mocy i Mayenianka mruknęła do siebie:

— Niekiedy odnoszę wrażenie, że zbyt wielu jest tych mężczyzn, którzy... — Perrin usłyszał te słowa. Uśmiechając się, dodała głośno, nadzwyczaj wyniosłym tonem: — To rozsądna rada, Rhuarc. Chyba jej usłucham.

Osobliwy był sposób, w jaki mieszały się zapachy tych dwojga. Perrinowi przypominali starego wilka i ledwie wyrośniętego szczeniaka, pobłażliwego ojca, który uwielbia swoją córkę, z wzajemnością, ale czasami musi jej dać prztyczka w nos, by ją zmusić do właściwego zachowania. Dla Perrina jednakże liczyło się przede wszystkim to, co zobaczył w wyrazie oczu Faile: powoli rezygnowała ze swojego zamiaru. Co miał zrobić? Co miał zrobić, o ile przeżyje i jeszcze ją kiedykolwiek zobaczy?

Na samym początku przeprawy przez rzekę zgrzebnie odziani, niekiedy obnażeni do pasa wioślarze stroili sobie grubiańskie, aczkolwiek nie wrogie, żarty, mówiąc, że żadne złoto nie wynagrodzi im tego, co tracą. Śmiali się, chodząc po pokładzie, machając wiosłami, i każdy bez wyjątku chwalił się, że tańczył albo całował się z arystokratką. Wychudły osobnik z wielkim podbródkiem twierdził nawet, że trzymał taireniańską arystokratkę na kolanie, zanim przyszedł na wołanie Manala, ale nikt w to nie uwierzył. W każdym razie na pewno nie uwierzył w to Perrin; Tairenianie spoglądali tylko raz na to, co się działo, i wskakiwali w wir świętowania, Tairenianki rzucały raz okiem i natychmiast zamykały się w swych izbach, ze strażami przy drzwiach.

Żarty i śmiechy nie trwały długo. Gaul stał na samym środku pokładu, z lekko błędnym wzrokiem utkwionym w drugim brzegu, cały czas na ugiętych nogach, jakby był gotów natychmiast skoczyć. Wszystko to przez wodę oczywiście, ale wioślarze nie mogli o tym wiedzieć. Loial zaś, wsparty nieruchomo na znalezionym w Pałacu Słońca toporze z długim styliskiem, ozdobiony rzeźbioną głowicą, przypominał posąg, zwłaszcza przez tę szeroką twarz jakby wyrzeźbioną z granitu. Ludzie z promu pozamykali usta i wiosłowali co sił w rękach, prawie nie ośmielając się spoglądać na swych pasażerów. Kiedy prom nareszcie dopłynął do kamiennego doku przy zachodnim brzegu Alguenyi, Perrin dał właścicielowi — miał w każdym razie nadzieję, że to rzeczywiście właściciel promu — resztę obiecanego złota, dorzucając garść srebra dla załogi, by im wynagrodzić strach, jaki wzbudzili w nich Loial i Gaul. Grubas wzdrygał się z przyjęciem należności i mimo przeszkadzającej mu w tym tuszy, kłaniał tak nisko, że głową omalże dotykał kolan. Może zresztą nie tylko Gaul i Loial mieli twarze, które budziły respekt.

Ogromne, pozbawione okien budynki, skonstruowane z poczerniałego kamienia i często chylące się ku upadkowi, były otoczone drewnianymi rusztowaniami. Spichlerze dawno temu spłonęły podczas zamieszek i tak naprawdę odbudowywano je tylko po to, żeby się ostatecznie nie zapadły; na ulicach obrzeżonych spichlerzami i stajniami, magazynami oraz dziedzińcami dla wozów, było całkiem pusto. Wszyscy ludzie, co do ostatniego, którzy tu pracowali, przebywali teraz w mieście. Ani żywej duszy, dopóki na ulicy nie pojawiło się dwóch mężczyzn.

— Jesteśmy gotowi, lordzie Aybara — zapewnił go gorliwie Havien Nurelle. Ten młodzieniec o różowych policzkach, znacznie wyższy od swego towarzysza, zdawał się krzykliwie ubrany przez pomalowany na czerwono napierśnik i hełm z pojedynczym, cienkim, czerwonym piórem. Cały pachniał gorliwością i młodością.

— Już zaczynałem myśleć, że nie przyjedziecie — mruknął Dobraine. Nie miał hełmu, ale za to nosił rękawice ze stalowymi wierzchami i wygięty napierśnik z resztkami niegdyś paradnych złoceń. Spojrzał na Perrina i dodał: — Na Światłość, nie chciałem okazać braku szacunku, lordzie Aybara.

— Mamy do pokonania długą drogę — powiedział Perrin, zawracając wierzchowca. Biegun? Co zrobić z Faile? Czuł przez skórę, że Rand go potrzebuje. — Mają teraz nad nami przewagę czterech dni. — Wbił lekko pięty w boki konia i przymusił Bieguna do galopu. Długi pościg; nic z tego nie wyjdzie, jeśli nie będą mieli zapasowych koni. Ani Gaul, ani Loial nie mieli trudności z dotrzymaniem im kroku.

Najszersza z prostych ulic przeszła nagle w Trakt Tar Valon — cairhieniański Trakt Tar Valon, drogi o takiej samej nazwie zdarzały się również w innych krajach — szeroki pas ubitej ziemi wijący się na północny zachód, przez zalesione wzgórza, niższe od tych, na których wznosiło się miasto. Kiedy już pokonali milę w głąb lasu, przyłączyło się do nich dwustu członków mayeniańskiej Skrzydlatej Gwardii i pięciuset zbrojnych Domu Taborwin; wszyscy na najlepszych wierzchowcach, jakie udało im się znaleźć.

Mayenianie ubrali się w czerwone napierśniki i kapaliny, podobne do garnków hełmy z wywiniętym okapem i nakarczkiem, a na końcach zawiązane mieli czerwone wstążki. Wielu z nich wyraźnie rwało się do działania tak samo jak Nurelle. Niżsi od nich Cairhienianie nosili proste, częstokroć pogięte napierśniki i podobne do dzwonów hełmy, z otworami, z których wyzierały twarde oblicza. Nie ozdobili niczym lanc, aczkolwiek tu i ówdzie con Dobraine, mały, sztywny kwadrat na krótkim drzewcu, dwa białe romby na niebieskim tle, wyznaczał oficerów albo pośledniejszych lordów Domu Taborwin. Nie wyglądali na takich, którzy się rwą do działania; mieli za to ponure miny. Wiedzieli, co to walka. W Cairhien nazywano ją „spotkaniem z wilkiem”.

Niewiele brakowało, a Perrin by się roześmiał. Jeszcze nie przyszła pora na wilki.

Około południa spomiędzy drzew wyłoniła się zwarta grupka Aielów; po chwili zbiegli po zboczu na drogę. Przy ramieniu Rhuarka podążały dwie Panny, Nandera, a także — Perrin zorientował się dopiero po chwili — Sulin. W cadin’sor wyglądała zupełnie inaczej, z tymi siwymi włosami przyciętymi przy skórze i jednym krótkim kosmykiem nad karkiem. Wyglądała... naturalnie... co jej się nigdy nie zdarzało w liberii. Towarzyszyły im Amys i Sorilea, z szalami zapętlonymi wokół ramion, pobrzękujące naszyjnikami i bransoletami ze złota oraz kości słoniowej, w podkasanych spódnicach, ale nie zostawały nawet o krok z tyłu.

Perrin zsiadł z konia, by iść razem z nimi pieszo, na czele procesji.

— Ilu? — zapytał tylko.

Rhuarc obejrzał się w stronę Gaula i Loiala, którzy szli obok Dobraine i Nurelle na czele kolumny wojska. Zbyt daleko, do tego stopnia daleko, że nawet sam Perrin nie usłyszałby nic poprzez tętent kopyt, pobrzękiwanie uzd i chrzęst siodeł, ale Rhuarc i tak zniżył głos.

— Pięć tysięcy ludzi z rozmaitych społeczności, trochę więcej niż pięć. Nie mogłem zabrać zbyt wielu. Timolan zaczął coś podejrzewać, kiedy się okazało, że nie wyruszam razem z nim przeciwko Shaido. Obawiam się, że wszystkich nas pokona apatia, jeśli rozejdzie się wieść, że Aes Sedai wzięły do niewoli Car’a’carna. — Nandera i Sulin głośno zakaszlały w jednym momencie, po czym popatrzyły na siebie spode łba. Sulin odwróciła wzrok, czerwieniąc się. Pachnący rozdrażnieniem Rhuarc oszczędził im jednak mrocznego spojrzenia i mruknął: — Mam także blisko tysiąc Panien. Gdybym nie zacisnął pięści, wszystkie co do jednej pobiegłyby za mną z pochodniami, by głosić światu, że Rand al’Thor znalazł się w niebezpieczeństwie. — Nagle stwardniał mu głos. — Każda Panna, która podąży za nami, i którą znajdę, przekona się, że naprawdę zrobię to, co powiedziałem.