Выбрать главу

A podsłuchiwałby, gdyby mógł; ukrywały coś więcej, nie tylko to, co myślą o kobietach Aielów. Z jednej strony Alanna za nic nie chciała mu zdradzić, skąd wiedziała, gdzie jest Rand — „Jest taka wiedza, od której zgorzałby każdy umysł z wyjątkiem umysłu Aes Sedai” — powiedziała mu, chłodno i tajemniczo, ale w rzeczywistości ociekała niepokojem i bólem. Mało tego, nie chciała się nawet przyznać, że rzeczywiście powiedziała, iż on w jakiś sposób został ranny. Verin ledwie się do niego odzywała; obserwowała tylko wszystko tymi ptasimi oczyma, ze skąpym, tajemniczym uśmieszkiem, a mimo to biły od niej fale frustracji i gniewu. Na podstawie ich zapachów powiedziałby, że przewodzi im Bera albo Kiruna; sądził, że to raczej Bera, ale bywało niekiedy, że już nabierał absolutnej pewności, a tymczasem okazywało się, że jest inaczej. Poza tym niewiele więcej mógł orzec, mimo że ta czy inna jechała obok niego dobrą godzinę każdego dnia, snując wariacje na temat ich pierwotnej „rady” i generalnie zakładając, że to one dowodzą. Nurelle zdawał się być o tym przekonany i przyjmował od nich rozkazy, nawet nie spojrzawszy na Perrina, a Dobraine robił właściwie to samo, tyle że rzucał najpierw jedno spojrzenie w jego stronę. Przez dobre półtora dnia Perrin sądził, że Merana została w Caemlyn, toteż ze zdumieniem usłyszał, jak tym imieniem zwracają się inne do szczupłej kobiety o orzechowych oczach. Rand twierdził, że to ona stała na czele misji poselskiej z Salidaru, ale mimo iż Aes Sedai pozornie zdawały się sobie równe, Perrin wyróżniał ją jako pośledniego wilka w stadzie; jej zapach mówił o tępej rezygnacji i niepokoju. Rzecz jasna, nie było nic dziwnego w tym, że Aes Sedai mają swoje tajemnice, jednak Perrin zamierzał wyswobodzić Randa z rąk Coiren i jej towarzyszek, bardzo chciał więc zdobyć jakąś wskazówkę, by wiedzieć, czy potem przypadkiem nie będzie go musiał ratować również z rąk Kiruny i jej sióstr.

Dobrze chociaż, że ponownie się połączył z Dannilem i innymi, nawet jeśli ci czuli się znacznie gorzej w towarzystwie Aes Sedai niż Mayenianie i Cairhienianie. Ludzie z Dwu Rzek do tego stopnia ucieszyli się na jego widok, że niewielu gderało, kiedy kazał im schować Czerwonego Orła; Perrin był pewien, że ten sztandar pojawi się jeszcze, ale kuzyn Dannila, Ban, który wyglądałby niemalże identycznie jak Dannil, gdyby nie nos podobny do kilofa i długie, cienkie wąsy na modłę Domani, schował go starannie do sakiew przy siodłach. Nie jechali dalej bez sztandarów, ma się rozumieć. Nieśli przede wszystkim jego Wilczy Łeb. Wiedział, że byliby w stanie go zignorować, gdyby kazał im spakować ten sztandar, a ponadto z jakiegoś powodu chłodny, wzgardliwy wzrok Kiruny sprawiał, że właśnie chciał go demonstrować. Również Dobraine i Nurelle wyciągnęli sztandary. Nie były to wszak Wschodzące Słońce Cairhien czy Złoty Jastrząb Mayene, ale dwa sztandary Randa, czerwono-złoty Smok na białym tle i czarno-biały dysk na purpurowym. Aielów zdawały się one nie obchodzić, a Aes Sedai stały się na ich widok bardzo chłodne, ale te sztandary co nieco ubarwiały ich przemarsz.

Dziesiątego dnia, kiedy słońce znajdowało się niemalże w połowie drogi na szczyt nieboskłonu, Perrin poczuł przygnębienie, mimo barwnych sztandarów, ludzi z Dwu Rzek i Steppera. Tego popołudnia mieli dogonić Aes Sedai, a on nadal nie wiedział, co potem zrobi. I właśnie wtedy nadeszło posłanie od wilków.

„Już przybywają. Wielu dwunożnych. Wielu, wielu, wielu! Przybywają teraz!”

55

Studnie Dumai

Jadący na czele kolumny Gawyn starał się skupić myśli na okolicy. Tego typu pofałdowany teren, z rozproszonymi zagajnikami, był dostatecznie płaski, by komuś mogło się zdawać, że widzi przed sobą rozległą przestrzeń, podczas gdy tak naprawdę niektóre z tych nieczęstych, długich bruzd i niskich wzgórz wcale nie były aż taka niepozorne. Tego dnia wiatr wzbijał tumany pyłu, a pył też niejedno potrafił skryć. Studnie Dumai znajdowały się po prawej stronie drogi, trzy kamienne zbiorniki w niewielkim zagajniku; mogli napełnić beczki, zwłaszcza że od następnego źródła wody dzieliły ich cztery dni drogi, o ile Źródło Alianelle nie wyschło, ale Galina wydała rozkaz, że mają się nie zatrzymywać. Starał się skupiać całą swoją uwagę na tym, na czym powinien, ale nie potrafił.

Od czasu do czasu wykręcał się w siodle, oglądając na długi wąż wozów; równolegle do niego jechały konno Aes Sedai ze Strażnikami i szli pieszo ci służący, dla których nie starczyło miejsca na wozach. Większość Młodych zamykała tyły procesji, tak jak im kazała Galina. Nie widział tego jedynego wozu bez płóciennej płachty, w środku kolumny, zawsze otoczonego sześcioma Aes Sedai. Zabiłby al’Thora, gdyby mógł, niemniej od tego widoku robiło mu się mdło. Nawet Erian odmówiła brania w tym udziału drugiego dnia i Światłość tylko wiedziała, że miała ku temu powód. Galina była jednak nieubłagana.

Stanowczo patrząc przed siebie, dotknął kieszeni kaftana, gdzie spoczywał list od Egwene, pieczołowicie owinięty w kilka warstw jedwabiu. Zaledwie kilka słów; mówiła mu, że go kocha, że musi jechać; nic więcej. Czytał go pięć albo sześć razy dziennie. W ogóle nie wspominała o jego obietnicy. No cóż, nie podniósł ręki na al’Thora. Z oszołomieniem przyjął wiadomość, że ten człowiek jest więźniem, i minęło wiele dni od czasu, kiedy się o tym dowiedział. Musiał w jakiś sposób sprawić, by to zrozumiała. Obiecał, że nie podniesie na niego ręki, i nie zrobiłby tego, choćby nawet miał umrzeć, ale też nie ruszy palcem, żeby mu pomóc. Egwene musiała to zrozumieć. Światłości, musiała.

Pot ściekał mu z twarzy, więc wytarł oczy rękawem. Nie mógł nic zrobić w związku z Egwene, pozostawała mu jedynie modlitwa. Mógł natomiast zrobić coś z Min. Musiał, z jakiegoś powodu. Nie zasłużyła sobie na to, by ją wieziono do Tar Valon w charakterze więźnia. Gdyby tylko Strażnicy rozluźnili szyk straż przy niej, to...

Nagle zauważył konia galopującego w stronę wozów wśród tumanów pyłu, jak się zdawało, bez jeźdźca.

— Jisao — rozkazał — każ woźnicom, żeby się zatrzymali. Hal, powiedz Rajarowi, żeby postawił Młodych w pogotowiu.- Bez słowa zawrócili konie i pogalopowali. Gawyn czekał.

Był to stalowoszary wałach Benji Dalfora i kiedy się zbliżył, Gawyn dostrzegł Benjiego, który zgięty w pół jechał wczepiony w kark wierzchowca. Gawyn ledwie zdążył schwycić wodze, kiedy koń go mijał.

Benji odwrócił tylko głowę, nie prostując się; spojrzał na Gawyna szklistym wzrokiem. Wokół ust miał obwódkę z krwi i przyciskał jedną rękę do brzucha, jakby się bał, że może się rozpaść na kawałki.

— Aielowie — wymamrotał. — Tysiące. Chyba z wszystkich stron. — Nagle uśmiechnął się. — Zimno dziś, czy nie... — Z ust trysnęła mu krew i zwalił się bezwładnie na drogę.

Gawyn błyskawicznie zawrócił konia i pogalopował w stronę wozów. Benjim zajmą się później, o ile któryś z nich przeżyje.

Galina wyjechała mu na spotkanie, w rozdymającym się za nią płaszczu; ciemne oczy osadzone w pogodnej twarzy połyskiwały z furią. Od tego dnia, w którym al’Thor próbował uciec, była stale wściekła.

— A kim ty jesteś, że każesz wozom się zatrzymywać?- spytała podniesionym tonem.

— Otaczają nas tysiące Aielów, Aes Sedai — udało mu się odpowiedzieć uprzejmym tonem. Wozy nareszcie przystanęły i Młodzi uformowali szyk obronny, ale woźnice niecierpliwie gładzili wodze, słudzy się wachlowali, Aes Sedai gawędziły ze Strażnikami.

Galina z pogardą wydęła wargi.

— Ty głupcze. To bez wątpienia Shaido. Sevanna obiecała dać nam eskortę. Ale jeśli w to wątpisz, to weź swoich Młodych i sam sprawdź. Te wozy mają się nie zatrzymywać, tylko jechać w stronę Tar Valon. Czas, byś się dowiedział, że ja tu wydaję rozkazy, nie...