Выбрать главу

— A jeśli to nie ci twoi oswojeni Aielowie? — Nie po raz pierwszy podczas ostatnich kilku dni sugerowała, by to on osobiście prowadził zwiadowców; podejrzewał, że gdyby to robił, znalazłby Aielów i to bynajmniej nie oswojonych. — Kimkolwiek są, zabili jednego z moich ludzi. — Co najmniej jednego; w terenie pozostało jeszcze sześciu zwiadowców. — Może jednak powinnaś wziąć pod uwagę ewentualność, że to Aielowie od al’Thora, którzy przychodzą mu z odsieczą. Będzie za późno, kiedy zaczną nas nadziewać na swoje włócznie.

Dopiero wtedy dotarło do niego, że krzyczy, za to Galina jakby się uspokoiła. Popatrzyła na drogę, w stronę miejsca, gdzie leżało ciało Benjiego, po czym powoli skinęła głową.

— Może rzeczywiście tym razem nie będzie od rzeczy zachować ostrożność.

Rand mozolnie walczył o oddech; powietrze w kufrze zdawało się lepkie i gorące. Na szczęście nie czuł już żadnego zapachu. Każdego wieczora oblewano go wiadrem wody, co raczej nie zastępowało kąpieli, toteż przez jakiś czas po tym, kiedy rankiem Aes Sedai zamknęły wieko i zaciągnęły zasuwę, smród spotęgowany jeszcze jednym dniem w pełnym blasku słońca atakował jego nozdrza. Trzymanie się Pustki kosztowało go wiele wysiłku. Cały był okryty szramami; na ciele, od kolan po ramiona, nie było ani jednego miejsca, które by go nie piekło, jeszcze zanim zalał go pot, i te dziesięć tysięcy płomyków migotało na granicach Pustki; usiłując ją pochłonąć. Nie zaleczona rana w boku pulsowała nieznacznie, ale otaczająca go skorupa Pustki drżała przy każdym pojedynczym dreszczu. Alanna. Czuł Alannę. Blisko. Nie. Nie może marnować czasu na myślenie o niej; nawet jeśli jedzie w ślad za nim, sześć Aes Sedai nie da rady go uwolnić. O ile na przykład nie postanowiły przyłączyć się do Galiny. Koniec z zaufaniem. Już nigdy nie zaufa żadnej Aes Sedai. Może zresztą tylko to sobie wyobrażał. Czasami lęgły mu się w wyobraźni różne rzeczy, chłodne wiatry, spacery. Czasami przestawał myśleć o czymkolwiek i wydawało mu się, że po prostu idzie. Tylko idzie. Mozolnie walczył o oddech i szukał po omacku drogi przez śliską jak lód barierę, która odgradzała go od Źródła. Wymacywanie tych sześciu miękkich punktów, raz po razie. Ciągle miękkie. Nie potrafił się powstrzymać. Musiał ich szukać.

„Ciemno — jęczał Lews Therin w czeluściach jego głowy.- Dość tej ciemności. Dość!” I tak bez końca. Ale nie nazbyt dokuczliwie. Tym razem Rand go ignorował.

Nagle zaparło mu dech; kufer poruszył się, zaszurał głośno na dnie wozu. Czy już zapadła noc? Pokryte pręgami ciało drgnęło mimo woli. Będzie kolejne bicie, zanim przed snem go nakarmią, obleją wodą i zwiążą niczym gęś. Ale przynajmniej wyjdzie z tego pudła. Na zewnątrz panował nie tyle całkowity mrok, co raczej głęboka szarówka. Maleńka szczelina w wieku wpuszczała drobinę światła, aczkolwiek on jej nie widział, ponieważ głowę miał wepchniętą między kolana, a jego oczy każdego dnia przyzwyczajały się równie długo do światła, tak jak nos przechodził kolejne stadia martwicy. Ale noc musiała już zapaść.

Nie wytrzymał i jęknął, kiedy kufer się zakołysał; nie miał jak się przesunąć, ale poruszył się, zadając ból napiętym mięśniom. Jego mikroskopijne więzienie zwaliło się z głośnym łomotem na ziemię. Zaraz uniosą wieko. Ile dni na tym palącym słońcu? Ile jeszcze nocy? Stracił rachubę. Która to będzie tym razem? W głowie zawirowały mu twarze. Zapamiętał każdą, która się nad nim pastwiła. Teraz zlały się w jedno; nie umiał już sobie przypomnieć, kiedy która przychodziła. Wiedział jednak, że biły go najczęściej Galina, Erian i Katerine, jedyne, które robiły to więcej niż raz. Ich twarze jarzyły mu się w myślach piekielnym światłem. Jak często chciały słuchać jego przeraźliwego krzyku?

Nagle dotarło do niego, że przecież kufer już do tej pory powinien był zostać otwarty. Zamierzały zostawić go tutaj na całą noc, a kiedy wzejdzie poranne słońce i... Mięśnie zbyt obolałe, by wykonać ruch, zdobyły się na szaleńczy wysiłek.

— Wypuśćcie mnie! — krzyknął ochryple. Ręce związane na plecach drapały boleśnie, na próżno. — Wypuśćcie mnie!- krzyknął. Miał wrażenie, że słyszy kobiecy śmiech.

Płakał przez jakiś czas, ale po chwili łzy wysuszyła wściekłość zbliżona żarem do temperatury wnętrza pieca. „Pomóż mi”, warknął do Lewsa Therina.

„Pomóż mi — jęknął w odpowiedzi mężczyzna. — Światłości, pomóż mi”.

Mrucząc ponuro, Rand zaczął znowu obmacywać ścianę wiodącą do sześciu miękkich punktów. Prędzej czy później one go wypuszczą. Prędzej czy później zluzują straże. A kiedy to zrobią... Nawet nie zauważył, jak zaczął głośno krzyczeć.

Perrin podczołgał się do szczytu łagodnego zbocza, ostrożnie uniósł głowę i zobaczył scenę jak ze snów Czarnego. Wilki dały mu jakieś pojęcie, czego się ma spodziewać, ale wszystko to bladło wobec rzeczywistości. W odległości jakiejś mili od tego miejsca, gdzie się ułożył, pod słońcem samego środka dnia, ogromna, skłębiona rzesza Shaido otaczała coś, co z daleka wyglądało jak pierścień utworzony z wozów i ludzi, którego oś stanowiła niewielka grupka drzew nie opodal drogi. Kilka wozów stało w ogniu. Na Aielów spadały ogniste kule, jedne wielkości pięści, inne duże jak głazy, wybuchy płomieni zamieniały kilkunastu za jednym zamachem w pochodnie. Oprócz tego z bezchmurnego nieba padały błyskawice, które podrzucały w powietrze fontanny ziemi i odziane w cadin’sor sylwetki. Jednak takie same srebrne widły trafiały także w wozy i również strona Aielów bywała źródłem ognia. Spora część płonących lanc gasła znienacka albo eksplodowała, nie trafiając w żaden cel, wiele błyskawic nagle zamierało, a jednak Shaido musieli je ostatecznie pokonać.

— Tam musi być około dwustu albo i trzystu przenoszących kobiet, o ile nie więcej. — Na Kirunie, leżącej obok niego, to wyraźnie robiło wrażenie. Sorileą, spoczywającą tuż za Zieloną siostrą, z pewnością to wstrząsnęło. Mądra pachniała niepokojem; nie bała się, ale była zaniepokojona. — W życiu nie widziałam tylu splotów równocześnie — ciągnęła Aes Sedai. — Moim zdaniem w obozie jest co najmniej trzydzieści sióstr. Wrzuciłeś nas do kotła z wrzątkiem, młody Aybara.

— Czterdzieści tysięcy Shaido — mruknął ponuro Rhuarc, leżący po drugiej stronie Perrina. Nawet pachniał ponurością:- Co najmniej czterdzieści tysięcy i niewielka satysfakcja z wiedzy, dlaczego wysłali ich tak niewielu na południe.

— Czy Lord Smok tam jest? — spytał Dobraine, patrząc na Rhuarka. Perrin przytaknął. — I zamierzasz tam wejść i wyprowadzić go? — Perrin znowu przytaknął, na co Dobraine odpowiedział westchnieniem. Pachniał rezygnacją, nie strachem.- Wejdziemy tam, lordzie Aybara, ale moim zdaniem już stamtąd nie wyjdziemy. — Tym razem to Rhuarc przytaknął.

Kiruna popatrzyła na mężczyzn.

— Zdajecie sobie chyba sprawę, że jest nas za mało. Dziewięć. Nawet jeśli wasze Mądre potrafią przenosić z jakim takim skutkiem, to i tak jest nas za mało, żeby temu sprostać.

Sorilea parsknęła głośno.

— No to zawróć i jedź na południe — powiedział jej Perrin. — Ja nie dopuszczę, by Rand wpadł w ręce Elaidy.

— No i dobrze — odparła z uśmiechem Kiruna. — Bo ja też nie. — Bardzo pragnął, żeby pod wpływem jej uśmiechu aż tak nie cierpła mu skóra. Aes Sedai zresztą też zapewne ścierpłaby skóra, gdyby zobaczyła to złowrogie spojrzenie, jakie Sorilea skierowała w jej stronę.

Perrin dał znać tym na samym dole grani i Sorilea wraz z Zieloną zsunęły się po zboczu, do tego miejsca, gdzie mogły się bezpiecznie wyprostować, po czym pospiesznie rozeszły się w przeciwnych kierunkach.