Выбрать главу

Gdzieś w przodzie rozległ się głuchy huk, jakby trzask gromu, który wciął się w zgiełk krzyków i wrzasków. Chwilę później w odległości niecałych dwudziestu kroków od niego pojawiła się świetlna kreska; zaczęła się rozszerzać, niczym gigantyczna brzytwa tnąc na pół kilku mężczyzn i jednego konia przypadkowo stojących na jej drodze, aż wreszcie przekształciła się w bramę. Wyskoczył z niej odziany na czarno człowiek z mieczem, który z miejsca padł na ziemię, przeszyty włócznią Shaido, ale chwilę potem z bramy, która zaczęła już znikać, wyskoczyło dalszych ośmiu albo dziewięciu, tworząc pierścień wokół tego pierwszego; oni też mieli miecze. I nie tylko. Część atakujących ich Shaido ginęła od mieczy, ale znacznie więcej zwyczajnie stawało w ogniu. Głowy eksplodowały niczym melony zrzucone z wysokości prosto na kamień. Perrinowi wydało się, że widzi jeszcze jeden taki pierścień utworzony przez odzianych na czarno mężczyzn, w odległości jakichś stu kroków za tym pierwszym, tak samo jak ten siejący wokół ogień i śmierć, ale nie miał czasu, żeby się teraz nad tym głowić. Jego też otaczali Shaido.

Ustawiwszy się plecami do Loiala i Arama, rąbał i siekł desperacko. Teraz już nie parli do przodu. Stać go było tylko na utrzymanie się w tym miejscu, gdzie akurat stał. W uszach tętniła mu krew; słyszał własny, urywany oddech. Słyszał też Loiala, który dyszał niczym olbrzymie miechy. Perrin odepchnął atakującą go włócznię toporem, zamachnął się kolcem na jeszcze jednego Aiela, łapiąc jednocześnie grot czyjejś włóczni, niepomny, że rozdziera mu dłoń, po czym rozpołowił osłoniętą na czarno twarz. Nie sądził, że utrzymają się długo. Każdą swoją cząstką skupił się na ratowaniu własnego życia, przedłużeniu go na jeszcze jedną chwilę. Prawie każdą cząstką. W zakamarku umysłu majaczył mu obraz Faile i smutek, że nie będzie jej mógł przeprosić za to, że do niej nie wrócił.

Boleśnie złożony w pół we wnętrzu kufra Rand szukał po omacku tarczy odgradzającej go od Źródła. Pustka wypełniła się jękiem, a jej skrajem sunęła ponura furia i palący strach; nie wiedział już, co się bierze z niego, a co z Lewsa Therina. Nagle zaparło mu dech. Znalazł sześć punktów; jeden był twardy. Nie miękki; twardy. Zaraz potem stwardniał drugi. Trzeci. Uszy wypełniał mu chrapliwy śmiech; jego własny śmiech, uświadomił sobie po chwili. Stwardniał czwarty węzeł. Czekał, starając się zdusić ten nieprzyjemny dźwięk, jakby obłąkańczy chichot. Ostatnie dwa punkty pozostały miękkie. Rechot umilkł.

„One to poczują — jęknął desperacko Lews Therin. — Poczują i przywołają tamte z powrotem”.

Rand oblizał spękane wargi niemalże równie wyschłym językiem; wszelka wilgoć jakby odeszła wraz z potem, który oblewał go całego i wgryzał się w rany. Jeżeli spróbuje i poniesie porażkę, to już nie będzie miał drugiej szansy. Nie mógł czekać. Może zresztą już nigdy więcej nie będzie takiej okazji.

Ostrożnie, na ślepo, obmacał kolejno cztery twarde punkty. Oprócz tarczy nie było tam nic więcej, nic, co mógłby poczuć albo zobaczyć, ale jakoś potrafił wytropić coś wokół tej nicości, poznać jej kształt. Przypominały teraz węzły. W każdym węźle, jak mocno by nie był zaciągnięty, zawsze istniała jakaś przestrzeń wśród tworzących go sznurów, przerwy cieńsze od włosa, gdzie mogło wejść jedynie powietrze. Bardzo wolno, najwolniej jak potrafił, obmacał niezdarnie te przerwy, wciskając się w mikroskopijne odstępy oddzielające to, czego tam jakby wcale nie było. Powoli. Ile minie czasu, zanim tamte wrócą? Jeżeli znowu ujmą tarczę, zanim on znajdzie drogę w tym pokrętnym labiryncie... Powoli. I nagle poczuł Źródło, jakby otarł się o nie paznokciem; samym brzeżkiem paznokcia. Saidin nadal znajdował się poza jego zasięgiem — wciąż odgradzała go tarcza — ale czuł nadzieję wzbierającą w Lewsie Therinie. Nadzieję i drżenie. Dwie Aes Sedai nadal trzymały swoją część bariery, nadal świadome tego, co trzymają.

Rand nie umiałby wyjaśnić, co zrobił potem, wiedział tylko, że Lews Therin mu to pokazał; wytłumaczył pomiędzy odpływami swoich własnych szalonych fantazji, pomiędzy rosnącymi atakami wściekłości, a łkaniem po utraconej Ilyenie, między bełkotaniem, że zasłużył na śmierć, i pokrzykiwaniem, że nie dopuści, by one go odcięły od Źródła. Polegało to jakby na naciąganiu tego, co przepchnął przez węzeł, z całej siły. Węzeł opierał się. Drżał. I nagle się rozpadł. Zostało już tylko pięć. Tarcza rzedła. Czuł, że się kurczy. Niewidzialny mur, teraz zbudowany tylko z pięciu cegieł zamiast sześciu. Dwie Aes Sedai też musiały to poczuć, mimo iż mogły nie zrozumieć ani co się stało, ani jak do tego doszło. Błagam, Światłości, tylko nie teraz. Jeszcze nie.

Szybko, niemalże jak oszalały, zaatakował kolejny węzeł. Rozpadł się; tarcza stała się jeszcze cieńsza. A potem szło mu coraz szybciej, coraz szybciej z każdym następnym, jakby to robił z pamięci, mimo iż za każdym razem wszystko było inaczej. Zniknął trzeci węzeł. I pojawił się trzeci miękki punkt; może Aes Sedai nie wiedziały, co on robi, ale nie siedziałyby tak spokojnie, gdy tymczasem tarcza stawała się coraz mniejsza. Teraz już zupełnie jak oszalały rzucił się na czwarty węzeł. Musiał go rozplątać, zanim czwarta siostra przyłączy się do tarczy; cztery mogły ją utrzymać, bez względu jak by się starał. Niemalże łkając, przeciskał się mozolnie przez skomplikowane sploty, wślizgując się w nicość. Napiął się gorączkowo i rozsadził kolejny węzeł. Tarcza nadal istniała, ale utrzymywały ją już tylko trzy węzły. Teraz wystarczy, że będzie operował dostatecznie prędko.

Kiedy sięgnął do saidina, niewidzialna bariera nadal tam była, ale już nie zdawała się zbudowana z kamienia bądź cegły. Nacisnął i nie napotkał oporu; poddawała się, poddawała, poddawała... i nagle rozdarła się niczym zetlała tkanina. Wypełniła go Moc i w tym momencie pochwycił tamte trzy miękkie punkty, miażdżąc je bezlitośnie w pięściach Ducha. Poza tym mógł przenosić tylko do tego, co widział, a widział jedynie i to niewyraźnie wnętrze kufra, tyle, ile mógł z głową wciśniętą między kolana. Zanim więc skończył działać kułakami Ducha, przeniósł Powietrze. Kufer eksplodował z głośnym łomotem.

„Wolny — wydyszał Lews Therin i było to echo myśli Randa. — Wolny”. A może było na odwrót.

„Zapłacą za to — warknął Lews Therin. — Ja jestem Panem Poranka”.

Rand wiedział, że teraz musi działać szybciej, jeszcze szybciej i o wiele bardziej agresywnie, ale z początku miał wielkie trudności, żeby się w ogóle poruszyć. Ciało bite dwa razy dziennie — nawet nie wiedział od jak dawna — wciskane codziennie do kufra, zabolało straszliwie, kiedy zgrzytając zębami powoli powstawał na czworaki. Był to odległy krzyk, krzyk cudzego ciała ogarniętego bólem, ale nie mógł go zmusić, by poruszało się szybciej, mimo siły, jaką napełnił go saidin. Skorupa Pustki stworzyła bufor dla emocji, a jednak usiłowało się pod nią wcisnąć coś pokrewnego panice.

Znajdował się w sporej kępie drzew rosnących w dużych odległościach od siebie; pomiędzy prawie bezlistnymi konarami wlewały się szerokie strugi słonecznego światła. Wstrząśnięty pojął, że to nadal dzień, może nawet sam środek dnia. Musiał się ruszać; zaraz mogły nadejść inne Aes Sedai. Dwie leżały na ziemi obok niego, nieprzytomne; jedna miała na czole paskudną, krwawiącą ranę. Trzecia, kobieta o kanciastych kształtach, klęczała i ściskała obiema dłońmi głowę, krzycząc przeraźliwie. Wydawało się, że nie została trafiona odłamkami eksplodującego kufra. Nie znał żadnej. Chwila żalu, że to nie Galinę albo Erian ujarzmił — nie był pewien, czy zamierzał to zrobić; Lews Therin zaczął teraz się rozwodzić nad tym, jak to zamierza odciąć od Źródła każdą, która go uwięziła; Rand miał nadzieję, że to jego własny pomysł. Pod szczątkami kufra zauważył jeszcze jedno ciało. Odziane w różowy kaftanik i spodnie.