Выбрать главу

Kobieta o kanciastych kształtach nie spojrzała na niego ani nie przestała krzyczeć wniebogłosy, nawet wtedy, gdy pełznąc obok, cisnął ją na kamienną cembrowinę studni. Zastanawiał się, dlaczego nikt nie przybiegł, dlaczego jej krzyk nikogo nie zaalarmował. W połowie drogi do Min zauważył błyskawice padające z nieba niczym lance i kule ognia eksplodujące nad głową. Poczuł woń płonącego drewna, usłyszał krzyki i wrzaski, wyrywające się z męskich gardeł, szczęk metalu, kakofonię bitwy. Nie dbał o to, czy to Tarmon Gai’don. Jeżeli zabił Min... Obrócił ją delikatnie na plecy.

Wielkie, czarne oczy spojrzały na niego.

— Rand — wyszeptała. — Ty żyjesz. Bałam się sprawdzić. Coś tak strasznie ryknęło i wszędzie było pełno kawałków drewna, poznałam, że to szczątki kufra i... — Po policzkach polały jej się łzy. — Myślałam, że one... Bałam się, że ty... — Zrobiła głęboki wdech, pocierając twarz związanymi dłońmi. Nogi też miała związane w kostkach. — A może byś tak mnie rozwiązał, pasterzu, i zrobił tu jakąś bramę? Albo nie, nie trudź się rozwiązywaniem. Po prostu przerzuć mnie przez ramię i idź.

Posłużył się zręcznie Ogniem, rozdzielając niewolące ją sznury.

— To nie takie proste, Min. — Nie znał tego miejsca; brama otwarta tutaj mogła prowadzić wszędzie. O ile w ogóle jakąś otworzy. Ból i zmęczenie okroiły granice Pustki. Nie był pewien, ile Mocy może zaczerpnąć. Nagle zrozumiał, że zewsząd czuje przenoszenie saidina. Wśród drzew, za kręgiem płonących wozów, widział Aielów walczących ze Strażnikami i odzianymi na zielono żołnierzami Gawyna; ognie i błyskawice przenoszone przez Aes Sedai spychały ich w tył, a mimo to uparcie atakowali. Taim znalazł go w jakiś sposób i przybył mu na ratunek z Asha’manami i Aielami. — Jeszcze nie mogę stąd odejść. Chyba przyjaciele przyszli mi z pomocą. Nie bój się, ja cię obronię.

Poszarpany, srebrny blask rozpołowił drzewo na skraju zagajnika, tak blisko, że aż zwichrzył mu włosy. Min wzdrygnęła się. — Przyjaciele — mruknęła, rozcierając nadgarstki.

Gestem nakazał jej nie ruszać się z miejsca — wyjąwszy ten jeden przypadkowy wybuch, zagajnik zdawał się nietknięty — ale kiedy podniósł się na nogi, była obok i podtrzymywała go z jednej strony. Podszedł chwiejnie do skraju rzadkiej linii drzew, wdzięczny za wsparcie, ale zmusił się, by się wyprostować i przestać na niej wspierać. Czy mogła uwierzyć, że on ją ochroni, skoro bez jej pomocy mógłby upaść na twarz? Wsparł się o pień roztrzaskanego drzewa i to pomogło. Spod kory snuły się smugi dymu, ale drzewo nie stało w ogniu.

Wozy utworzyły wielki pierścień wokół drzew. Część służących starała się chyba utrzymywać konie w jednym miejscu — wszystkie zaprzęgi stały nadal w uprzęży — ale większość kuliła się, gdzie popadło, w nadziei, że uniknie błyskawic spadających z nieba. Wyjąwszy tamten jeden zabłąkany piorun, cały ten ognisty ostrzał zdawał się wycelowany w wozy i walczących ludzi. A może również w Aes Sedai. Siedziały na swych koniach, w pewnym oddaleniu od wiru włóczni, mieczy i płomieni, ale niezbyt daleko; niektóre co jakiś czas stawały w strzemionach, by móc lepiej widzieć.

Rand prędko wypatrzył Erian, szczupłą i ciemnowłosą na siwej klaczy. Lews Therin warknął, a Rand zaatakował niemalże bez zastanowienia. Poczuł rozczarowanie drugiego mężczyzny, kiedy to zrobił. Splot Ducha, żeby odgrodzić ją tarczą, z lekkim oporem przy przecinaniu połączenia z saidarem, a kiedy tarcza została podwiązana, pałka z Powietrza, żeby zwalić ją nieprzytomną z siodła. Nie ujarzmił jej teraz, bo chciał, żeby wiedziała, kto to zrobił i dlaczego. Jedna z Aes Sedai krzyknęła, że ktoś ma zająć się Erian, ale żadna nawet nie spojrzała w stronę drzew. Żadna nie czuła saidina z tamtej strony; myślały, że została strącona na ziemię przez coś, co znajdowało się za wozami.

Omiótł wzrokiem pozostałe kobiety na koniach i zatrzymał się na Katerine, krążącej tam i z powrotem na długonogiej gniadej klaczy. Za każdym razem, gdy spojrzała w stronę Aielów, wybuchał tam ogień. Duch, Powietrze, i osunęła się bezwładnie na ziemię, z jedną nogą zaplątaną w strzemionie.

„O tak! — zaśmiał się Lews Therin. — A teraz Galina. Na niej mi zależy szczególnie”.

Rand z całej siły zacisnął powieki. Co on wyprawia? To przecież Lews Therin tak bardzo chciał dopaść tych trzech, że nie potrafił myśleć o niczym innym. Rand chciał im odpłacić za to, co mu zrobiły, ale przecież tam toczyła się bitwa, ginęli ludzie, gdy tymczasem on polował na poszczególne Aes Sedai. Z całą pewnością ginęły również Panny.

Potraktował Duchem i Powietrzem następną Aes Sedai, po lewej stronie od Katerine, w odległości dwudziestu kroków, po czym przeszedł do innego drzewa i powalił Sarene Nemdahl na ziemię, nieprzytomną i otoczoną tarczą. Chwiejnym krokiem, niczym złodziej kieszonkowy skradał się powoli skrajem zagajnika i atakował raz za razem. Min już nie próbowała go podtrzymywać, ale jej ręce cały czas były obok, gotowe go złapać.

— One nas zobaczą — mruknęła. — Jedna z nich się obejrzy i zobaczy nas.

„Galina — warknął Lews Therin. — Gdzie ona jest?”

Rand ignorował i jego, i Min. Padła Coiren i jeszcze dwie inne, których imion nie znał. Musiał robić to, na co go było stać.

Aes Sedai nie rozumiały, co się dzieje. Rozstawione wzdłuż pierścienia utworzonego z wozów po kolei spadały z koni. Te, które jeszcze nie zostały pozbawione przytomności, rozciągały szyk, starając się zająć cały obwód; w sposobie, w jaki prowadziły konie, pojawiło się zdenerwowanie, a furia, z jaką ciskały ogniem i błyskawicami w Aiela spotęgowała się. To musiało być coś z zewnątrz, ale Aes Sedai padały na ziemię, nie wiedząc ani jak, ani dlaczego.

Ich szeregi topniały i nietrudno było przewidzieć skutki. Coraz mniej błyskawic wykwitało nagle w powietrzu, a coraz więcej uderzało w Strażników i żołnierzy. Coraz mniej kul ognia znikało albo eksplodowało, zanim dotarło do wozów. Aielowie zaczęli się wciskać w przestrzenie między wozami i przewracać je. Kilka chwil potem byli już wszędzie — Aielowie z osłoniętymi na czarno twarzami i chaos. Rand wpatrywał się w to zdumiony.

Strażnicy i odziani na zielono żołnierze walczyli w grupkach z Aielami, a Aes Sedai otoczyły się ognistym deszczem. Ale również Aielowie walczyli z Aielami; mężczyźni z czerwonymi opaskami siswai’aman i Panny z czerwonymi opaskami na ramieniu walczyli z Aielami bez tych oznakowań. I nagle wśród wozów pojawili się również cairhieniańscy lansjerzy w ich hełmach w kształcie dzwonu i Mayenianie w czerwonych napierśnikach; atakowali zarówno Aielów, jak i Strażników. Czyżby wreszcie dopadł go obłęd? Czuł obecność Min, wtulonej w jego plecy i drżącej. Ona była realna. To, co widział, musiało się dziać naprawdę.

Kilkunastu Aielów, każdy równy mu wzrostem albo i wyższy, zaczęło biec w jego stronę. Nie nosili żadnych oznak. Obserwował ich z ciekawością, dopóki w odległości kroku od niego jeden z nich nie uniósł odwróconej włóczni, jakby to była pałka. Rand przeniósł i nagle z kilkunastu miejsc wytrysnął ogień. Zwęglone i powykręcane ciała potoczyły mu się do nóg.