I w taki to sposób, o szarym przedświcie wylądował na grzbiecie Oczka, krępego brązowego wałacha, z włócznią przełożoną przez siodło i długim łukiem bez naciągniętej cięciwy, wsuniętym pod popręg; niewyspany, czując ból w oczach, obserwował, jak Legion Czerwonej Ręki opuszcza Maerone. Sześć tysięcy legionistów. Jedna połowa konno, druga piechotą, a pospołu narobili takiego hałasu, że mogliby obudzić umarłego. Mimo wczesnej pory ludzie obstawili szpalerami ulice i z każdego okna wychylali się gapie.
Na czele pochodu powiewał kwadratowy, obrzeżony czerwonymi frędzlami sztandar, przedstawiający czerwoną rękę na białym polu, z wyhaftowanym purpurową nicią mottem Legionu. Dovie’andi se tovya sagain. Czas rzucić kości. Tuż obok sztandaru jechali Nalesean, Daerid i Talmanes, za nimi dziesięciu konnych, łomoczących w mosiężne bębny ozdobione szkarłatnymi chwostami i tyluż samo trębaczy, wygrywających swoje fanfary. Za nimi podążali kawalerzyści Naleseana, zbieranina złożona z taireniańskich żołnierzy i Obrońców Kamienia, cairhieniańskich lordów z con na plecach i członków ich świty, garstki Andoran, a każdy szwadron i oddział miał własny, podłużny sztandar, na którym widniał wizerunek Czerwonej Ręki, miecz oraz numer. Te numery przypisał im Mat drogą losowania.
Z początku gderali trochę, że ich tak przemieszał; więcej niż trochę, prawdę powiedziawszy. Przedtem wszyscy cairhieniańscy kawalerzyści jechali za Talmanesem, a taireniańscy za Naleseanem. W odróżnieniu od piechoty, która od powstania Legionu stanowiła zbieraninę ludzi najrozmaitszego pochodzenia. Szemrali przeciwko tworzeniu jednostek o równej liczbie żołnierzy, a także umieszczaniu numerów na sztandarach. Lordowie i kapitanowie zawsze zbierali tylu, ilu chciało za nimi pójść; znano ich potem jako ludzi Edoriona, Meresina albo Alhandrina. Nadal robili coś takiego — na przykład pięciuset ludzi Edoriona przyjęło nazwę Młoty Edoriona, a nie Pierwszy Szwadron — ale Mat wbił im do głów, że wszyscy należą do Legionu, niezależnie od kraju, w jakim przypadkiem się urodzili i że każdy, komu się to nie podoba, może odejść. Rzecz godna uwagi, nikt nie odszedł.
Trudno było pojąć, dlaczego zostawali. Z pewnością odnosili zwycięstwa, kiedy on nimi dowodził, ale niektórzy i tak ginęli. Trudno mu było dopilnować, by wszyscy zostali należycie nakarmieni i by wszyscy w porę dostali swój żołd, a o przyszłych łupach, jakimi stale się chwalili, równie dobrze mogli zapomnieć. Żaden jak dotąd nie zobaczył ani grosza z tych oczekiwanych kroci, a on raczej nie przewidywał szansy, że go kiedykolwiek zobaczą. To wszystko zakrawało na jawne szaleństwo.
Pierwszy Szwadron zaczął wznosić okrzyki na jego cześć, prędko podjęte przez Czwarty i Piąty. Lamparty Carlomina i Orły Reimona, tak się nazywali.
— Lord Matrim i zwycięstwo! Lord Matrim i zwycięstwo! Mat z chęcią rzuciłby w nich kamieniem, gdyby miał jakiś pod ręką.
Tuż za nimi podążała podobna do falującego węża piechota; każda kompania składała się z dwudziestu szeregów, jeżących się pikami, za którymi szło po pięć szeregów łuczników albo kuszników i zawsze na jej czele niesiono wielki bęben wybijający tempo marszu, a także podłużny proporzec, na którym ręka skrzyżowana była z piką, a nie z mieczem. I każdej kompanii towarzyszyło również po kilka fletów; wszyscy śpiewali do akompaniamentu wygrywanej na nich melodii:
Mat słuchał tego cierpliwie, czekając, dopóki nie pojawili się pierwsi kawalerzyści Talmanesa, po czym wbił pięty w boki Oczka. Nie musiał dozorować wozów dostawczych, które jechały na samym końcu, ani też szeregu zapasowych wierzchowców. Po drodze do Łzy wiele koni mogło okuleć albo zdechnąć od schorzeń, na które nie potrafili zaradzić weterynarze, a kawalerzysta bez konia nie był wiele wart. W dół rzeki pełzło siedem niewielkich statków pod trójkątnymi żaglami, nieznacznie tylko szybciej od samego nurtu. Na każdym zatknięta była niewielka biała flaga z wizerunkiem Czerwonej Ręki. Do wyruszenia szykowały się także inne, niektóre gnały na południe pod tyloma płóciennymi płachtami, ile dawało się wciągnąć na ich maszty.
Gdy zrównał się z czołem kolumny, słońce wyzierało już ponad linią horyzontu, śląc pierwsze promienie ku łagodnie falującym wzgórzom i rzadkim zagajnikom. Włożył kapelusz, by osłonić się przed tym rozjarzonym sierpem. Nalesean przyłożył odzianą w rękawicę pięść do ust, tłumiąc potężne ziewnięcie, a Daerid jechał zgarbiony w siodle, z opadającymi powiekami, jakby miał lada chwila, siedząc na koniu, odpłynąć w sen. Tylko Talmanes siedział z wyprostowanymi plecami, z szeroko rozwartymi oczyma, rozbudzony i czujny. Mat raczej solidaryzował się z Daeridem.
Mimo tego jednak podniósł głos, by go usłyszano wśród brzmienia bębnów i trąbek.
— Wyślijcie zwiadowców, gdy już znajdziemy się poza zasięgiem spojrzeń z miasta. — Wprawdzie dalej, w stronę południa, ciągnęły się same lasy albo szczere pola, ale przecinała je dość szeroka droga; w tych okolicach podróżowano przeważnie wodą, ale spore rzesze piechurów albo wozów przez całe lata wytyczyły szlak. — I uciszcie ten przeklęty hałas.
— Zwiadowcy? — spytał z powątpiewaniem Nalesean. — Oby mi dusza sczezła, w promieniu dziesięciu mil od nas nie napotkasz nikogo uzbrojonego bodaj we włócznię, chyba że twoim zdaniem Białe Lwy przestały tutaj biegać, ale nawet jeśli tak jest, to nie podejdą do nas bliżej jak na pięćdziesiąt mil, o ile w ogóle mają jakieś pojęcie, dokąd zmierzamy.
Mat jakby go nie słyszał.
— Chcę, żebyśmy dzisiaj sprawdzili, czy damy radę pokonać trzydzieści pięć mil. Jak się okaże, że nas na to stać, to będziemy wtedy wiedzieli, jakie utrzymywać tempo. — Rzecz jasna wytrzeszczyli oczy. Konie nie wytrzymałyby takiego tempa przez dłuższy czas, a poza tym nikt chyba prócz Aielów nie uważał, by dwadzieścia pięć mil nie stanowiło optymalnego dystansu, jaki piechota mogła pokonać w ciągu jednego dnia. Ale on musiał rozegrać tę partię dokładnie tak, jak zostały rozdane karty.
— Comadrin pisze: “Atakuj na takim terenie, gdzie zdaniem twojego wroga tego nie zrobisz, z niespodziewanej strony i o niespodziewanym czasie. Broń się tam, gdzie zdaniem twojego wroga nie będziesz tego robić, a jeśli będzie się tego spodziewał, to wtedy uciekaj. Zaskoczenie to klucz do zwycięstwa, a kluczem do zaskoczenia jest szybkość. Dla żołnierza szybkość to życie”.
— Kto to jest Comadrin? — spytał po chwili Talmanes, a Mat musiał się zastanowić, żeby móc mu udzielić odpowiedzi.
— Pewien generał. Od dawna już nie żyje. Kiedyś przeczytałem jego książkę. — W każdym razie pamiętał, jak ją czytał, więcej niż jeden raz; wątpił, by jeszcze gdziekolwiek istniał chociażby jeden egzemplarz. Skoro już o tym mowa, to przypomniał sobie, jak poznał Comadrina, przegrawszy pierwej z nim bitwę, jakieś sześćset lat przed Arturem Hawkwingiem. Te wspomnienia naprawdę nachodziły go znienacka. Dobrze chociaż, że cytatu nie przytoczył w Dawnej Mowie; obecnie na ogół udawało mu się tego uniknąć.
Przypatrując się konnym zwiadowcom, którzy rozstawieni w wachlarz rozjeżdżali się po falującej dolinie rzeki, Mat odetchnął. Zaczął już odgrywać swoją rolę, tak jak przewidywał plan. Pospieszny wyjazd, mający zasugerować, że niby stara się wymknąć w stronę południa, a przy tym na tyle demonstracyjny, by go z całą pewnością zauważono. Przez tę kombinację wyjdzie na durnia, ale to też miało wyjść tylko na dobre. Z tym uczeniem Legionu szybkiego przemieszczania się to był też dobry pomysł — jak się szybko przemieszczasz, to trzymasz się z daleka od walki — niemniej jednak ich przemarsz musiał z całą pewnością być zauważony od strony rzeki, jak z i wielu innych miejsc. Prędko omiótł wzrokiem niebo; żadnych kruków albo wron, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Również żadnych gołębi, ale jeśli ani jeden nie wyleciał tego ranka z Maerone, to on zje swoje siodło.