Najpóźniej za kilka dni Sammael dowie się, że zbliża się Legion, że się śpieszy, wieści zaś, które Rand rozpuścił w Łzie, sprawią, że przybycie Mata będzie nieuchronnie oznaczało nadciągającą inwazję na Illian. Legion, jakkolwiek by się starał, dotrze do Łzy nie wcześniej jak za miesiąc. Jeżeli szczęście dopisze, to Sammael zostanie zgnieciony niczym wesz między dwoma kamieniami, zanim Mat w ogóle zbliży się na odległość stu mil do tego człowieka. Sammael wiedział na pewno o wszystkim, na co się zanosiło — prawie o wszystkim — ale nie mógł się spodziewać, jaki to będzie taniec. Oprócz Randa, Mata i Bashere nikt nie miał o tym zielonego pojęcia. I na tym się właśnie opierał prawdziwy plan. Mat zorientował się, że pogwizduje. Raz przynajmniej wszystko miało potoczyć się wedle jego zamysłów.
6
Wątki utkane z cienia
Sammael stanął ostrożnie na jedwabnych dywanach w kwietne wzory, pozostawiając bramę otwartą na wypadek, gdyby musiał się natychmiast wycofać, poza tym w mocnym uścisku dzierżył saidina. Zazwyczaj odmawiał udziału w tych spotkaniach, chyba że odbywały się na jakimś neutralnym terenie, albo u niego, ale tutaj przybył już po raz drugi. Kwestia konieczności. Nigdy nie był człowiekiem specjalnie ufnym, a stał się takowym w jeszcze mniejszym stopniu po usłyszeniu strzępków rozmowy, jaką odbył Demandred z tymi trzema kobietami, Graendal zaś z pewnością przekazała mu tyle tylko, ile mogło okazać się dla niej samej korzystne. Co on zresztą rozumiał; też miał własne plany, o których pozostali Wybrani nic nie wiedzieli. Nae’blis będzie tylko jeden, a to stanowiło nagrodę wartą tyleż samo co nieśmiertelność.
Stał na przestronnym podium, z jednej strony otoczonym marmurową balustradą, na którym ustawiono pozłacane i inkrustowane kością słoniową stoły i krzesła, niektóre budzące obrzydzenie swymi szczegółami, tak uszeregowane, by dominowały nad dolnym poziomem tej podłużnej, otoczonej kolumnami komnaty, znajdującym się dziesięć stóp niżej. Nie wiodły doń żadne stopnie; była to wielka, przepastna jama, w której prezentowano pokazy rozrywkowe. Przez wysokie okna, wypełnione kolorowym szkłem o skomplikowanych wzorach, wpadały iskry słonecznego światła. Prażący skwar nie docierał do wnętrza; powietrze było tutaj chłodne, ale on czuł to jakby z oddalenia. Graendal nie musiała wcale starać się o to bardziej niż on, ale rzecz jasna postarała się. Aż dziw brał, że nie rozciągnęła sieci na cały pałac.
W dolnej części komnaty coś się zmieniło od czasu jego ostatniej wizyty, ale nie potrafił określić, co takiego. Na samym jej środku znajdowały się trzy podłużne, płytkie baseny, każdy wyposażony w fontannę — gładkie kształty, ruch zastygły w kamieniu — tryskające strumieniami wody, która docierała prawie do rzeźbionych w marmurze żeber sklepionego sufitu. W tych basenach wykonywali ćwiczenia akrobatyczne mężczyźni i kobiety, ubrani w skrawki jedwabiu albo jeszcze skąpiej; z boku prezentowali swe umiejętności artyści odziani mniej wyzywająco: akrobaci i żonglerzy, wykonawcy tańców najrozmaitszych stylów oraz muzycy grający na fletach i rogach, bębnach i wszelkiego typu instrumentach strunowych. Ludzie najrozmaitszej postury, barwy skóry, włosów i oczu, a jeden fizycznie doskonalszy od drugiego. Wszystko ku rozrywce tych, którzy znajdowali się na podium. Idiotyzm. Strata czasu i pieniędzy. Typowe dla Graendal.
Na podium nie było nikogo, kiedy tam wszedł, ale przepełniał go saidin, toteż zawczasu wyczuł słodkawą woń perfum Graendal, niczym powiew powietrza z ogrodu kwiatowego, i usłyszał odgłos, jaki wydawały jej kamasze sunące cicho po dywanach, zanim się odezwała za jego plecami:
— Czy moi ulubieńcy nie są piękni?
Stanęła obok niego przy balustradzie, śląc uśmiech w stronę widowiska w dolnej części komnaty. Cienka suknia z Arad Doman oblepiała ściśle jej ciało, sugerując trochę więcej, niż pozwalała przyzwoitość. Jak zwykle na każdym palcu nosiła pierścień, każdy z innym kamieniem, po cztery albo pięć wysadzanych klejnotami bransolet na obu nadgarstkach, ponadto szeroki kołnierz z naszytymi olbrzymimi szafirami zdobił wysoki karczek u sukni. Nie znał się na takich sprawach, ale podejrzewał, że wiele godzin trwało układanie tych słonecznych loków spadających jej na ramiona, delikatnie, jakby od niechcenia posypanych drobniutkimi księżycowymi kamieniami; w całym nieładzie było coś takiego, co wskazywało na wielką precyzję towarzyszącą jego tworzeniu.
Sammaelowi zdarzało się czasem rozmyślać o niej. Nie spotkał jej wcześniej, zanim postanowił porzucić przegraną sprawę i pójść za Wielkim Władcą, chociaż najwyraźniej znali ją wszyscy; była sławną i otaczaną zaszczytami zaprzysięgłą ascetyczką; leczyła ludzi o zmąconych umysłach, którym nie pomagało Uzdrawianie. Podczas tamtego pierwszego spotkania, w trakcie którego złożyli wstępne przysięgi Wielkiemu Władcy, wyzbyła się wszystkich cech osoby cnotliwej, czyniącej powszechne dobro, jakby z rozmysłem stając się absolutnym przeciwieństwem tego, co reprezentowała wcześniej. Pozornie można było wnosić, że jest opętana manią dążenia do przyjemności, manią, która u niej łączyła się na dodatek z pragnieniem, aby pozbawić władzy każdego, kto dysponował bodaj jej cząsteczką. Pod czym z kolei kryła się jej prawdziwa żądza władzy, bardzo rzadko okazywana otwarcie. Graendal zawsze znakomicie ukrywała różne rzeczy. Uważał, że zna ją lepiej niż pozostali Wybrani — towarzyszyła mu do Shayol Ghul, kiedy składał swoje śluby posłuszeństwa — ale nawet on nie znał wszystkich ukrytych w niej pokładów. Miała tyle odcieni co jegal łusek; jedne ustępowały drugim miejsca tak szybko jak błyskawice. W tamtych czasach ona była mistrzynią, on akolitą; mimo wszystkich jego osiągnięć. Ale ta sytuacja uległa potem zmianie:
Żaden z brodzących w basenach ani też żaden z artystów nie podniósł wzroku, a mimo to, kiedy się pojawiła, nabrali więcej życia, jeszcze więcej wdzięku, o ile to było możliwe, starając się pokazać od jak najlepszej strony; istnieli po to tylko, żeby przysparzać jej radości. Graendal potrafiła o to należycie zadbać,
Wskazała czworo akrobatów: ciemnowłosego mężczyznę wspierającego trzy szczupłe kobiety, wszyscy o skórach miedzianej barwy, naoliwionych i błyszczących.
— To są chyba moi faworyci. Ramsid jest bratem króla Arad Doman. Kobieta stojąca na jego ramionach to żona Ramsida; pozostałe dwie to najmłodsza siostra i najstarsza córka króla. Czy nie uważasz, że to niezwykłe, jak wiele potrafią nauczyć się ludzie, gdy ich zachęcić odpowiednimi bodźcami? Pomyśl tylko, ile talentów się marnuje. — Była to jedna z jej ulubionych koncepcji. Miejsce dla każdego i każdy na swoim miejscu, zdecydowanym podle jego talentów, a także potrzeb społeczeństwa. Które to potrzeby zawsze pokrywały się z jej osobistymi wymaganiami. Wszystko to nudziło Sammaela; nawet gdyby te jej absurdalne wymysły zastosować do niego, to i tak zostałby na swojej obecnej pozycji.
Mężczyzna wykonujący akrobacje obrócił się powoli, by mogli go sobie dobrze obejrzeć; w wyciągniętych na boki rękach trzymał dwie kobiety uwieszone jedną dłonią na jego ramieniu. Graendal zdążyła już przejść dalej, do mężczyzny o wyjątkowo ciemnej skórze i kobiety z kręconymi włosami; oboje cechowali się nadzwyczajną urodą. Ta smukła para grała na dziwnych, wydłużonych harfach, wyposażonych w dzwoneczki, które rezonowały krystalicznym echem.