— Ishamael go takim nie znalazł — odparł. Prawda, Ishamael był wtedy szalony, niemniej jednak Graendal mówiła dalej, jakby on w ogóle się nie odezwał.
— Zachowujemy się tak, jakby to był ten świat, który kiedyś znaliśmy, a tymczasem nic nie jest takie jak kiedyś. Umieramy jedno po drugim, al’Thor zaś jest coraz silniejszy. Krainy i ludzie przyłączają się do niego. A my umieramy. Nieśmiertelność musi się stać moim udziałem. Ja nie chcę umierać.
— No to zabij go, skoro tak cię zatrważa. — Połknąłby te słowa, gdyby mógł, jeszcze zanim na dobre opuściły jego usta.
Twarz Graendal wykrzywiła się z niedowierzaniem i pogardą.
— Służę i okazuję posłuszeństwo Wielkiemu Władcy, Sammaelu.
— Tak jak ja. Tak jak każdy.
— Jak to dobrze, że raczysz łaskawie korzyć się przed naszym Panem. — Głos miała równie lodowaty jak uśmiech, a jej twarz nabrała ciemniejszej barwy. — Ja tylko twierdzę, że Lews Therin jest równie niebezpieczny teraz, jak za naszych czasów. Zatrwożona? Tak, jestem zatrwożona. Zamierzam żyć wiecznie, a nie podzielić los Rahvina!
— Tsag! — Przekleństwo sprawiło przynajmniej, że zamrugała i naprawdę spojrzała na niego. — Al’Thor. Al’Thor, Graendal! Młody ignorant, czegokolwiek by Asmodean go nauczył! Prymitywny prostak, który prawdopodobnie nadal wierzy, że dziewięć dziesiątych rzeczy, które ty i ja bierzemy za oczywiste, jest niemożliwa! Al’Thor zmusza garstkę lordów do ukłonów i od razu nabiera przekonania, że podbił cały naród. Brak mu woli, by zacisnąć pięść i naprawdę ich podbić. Z wyjątkiem Aielów... Bajad drovja! Kto by pomyślał, że tak się zmienią? — Musiał wziąć się w garść; nigdy w życiu tak nie przeklinał; to był przejaw słabości. — Tylko oni naprawdę za nim idą, ale też nie wszyscy. Jego los zawisł na włosku, który kiedyś się przerwie, w taki czy inny sposób.
— Czyżby? A jeśli on...? — Umilkła, podnosząc puchar tak gwałtownym ruchem, że aż polała sobie dłoń ponczem, po czym zaczęła pić, opróżniając naczynie prawie do samego końca. Natychmiast podbiegła do niej elegancka służka z kryształowym dzbanem w ręku. Graendal podstawiła puchar do napełnienia i mówiła dalej, nawet nie zaczerpnąwszy oddechu: — Ilu z nas umrze, zanim to się skończy? Musimy być solidarni jak nigdy przedtem.
Wcale nie o tym zaczęła mówić. Zlekceważył tępe okowy lodu, które znowu skuły mu kręgosłup. Al’Thor nie zostanie Nae’blis. Nie zostanie! Więc ona uważa, że powinni być solidarni, czy tak?
— W takim razie połącz się ze mną. Jeżeli się połączymy, to pokonamy al’Thora. Niech to będzie początek tej naszej nowej solidarności. — Jego blizna napięła się, kiedy się uśmiechnął do nagle pozbawionej wyrazu twarzy kobiety. To ona musiała dać początek połączeniu, ale gdyby wzięli w nim udział tylko oni dwoje, wówczas byłaby zmuszona jemu oddać kontrolę i zaufać, że zadecyduje, kiedy je przerwać. — No cóż... Wychodzi na to, że będziemy postępowali jak dotąd. — Tak naprawdę nigdy przedtem nie zaistniała taka kwestia; zaufanie nie należało do ich obowiązków. — Co masz mi jeszcze do powiedzenia? — To był właściwy powód, dla którego tu przybył, a nie wysłuchiwanie paplaniny na temat Randa al’Thora. Kwestia al’Thora zostanie rozwiązana. Bezpośrednio albo pośrednio.
Wpatrywała się w niego, zbierając się w sobie, z oczyma połyskującymi wrogością. W końcu powiedziała:
— Raczej niewiele.
Ona nie zapomni, że widział, jak straciła panowanie nad sobą. Nie zdradziła gniewu tonem głosu; jej słowa brzmiały bezpośrednio, wręcz bezceremonialnie.
— Semirhage nie stawiła się na ostatnim spotkaniu; nie wiem dlaczego i nie sądzę, by Mesaana albo Demandred znali powód. Szczególnie Mesaana była rozzłoszczona, mimo iż usiłowała to ukryć. Jej zdaniem Lews Therin niebawem wpadnie w nasze ręce, ale ona to powtarza za każdym razem. Była pewna, że Belal zabije albo weźmie go do niewoli w Łzie; była dumna z tamtej pułapki. Demandred ostrzega cię, że masz uważać.
— A zatem Demandred wie, że ty i ja się spotykamy — zauważył spokojnie. Na jakiej podstawie spodziewał się kiedykolwiek, że usłyszy od niej coś więcej prócz jakichś ochłapów?
— Jasne, że wie. Wie, że coś ci mówię, nie wie tylko, ile. On próbuje nas zjednoczyć, Sammael, zanim będzie za...
Wszedł jej brutalnie w słowo.
— Dostarczysz Demandredowi wiadomość ode mnie. Powiesz mu, że wiem, do czego on dąży. — Zdarzeniom na południu towarzyszyły całe mnóstwa śladów Demandreda. Demandred zawsze lubił wysługiwać się agentami. – Przekaż mu, że to sam ma uważać. Nie pozwolę, by on albo jego sługusy wtrącali się do moich planów. — Być może tam mógłby skierować uwagę al’Thora; tym sposobem najprawdopodobniej by go wreszcie dopadł. Jeśli zawiodą inne środki. — Jego sługusy mogą klecić to, co on im każe, dopóki będą trzymać się ode mnie z daleka, ale jeśli nie będą, to on za to zapłaci. — Po otwarciu Szybu wiodącego do więzienia Wielkiego Władcy wywiązała się wieloletnia walka, która trwała aż do czasu, gdy zgromadzili dość sił, by móc wykonać otwarty ruch. Tym razem, kiedy już zostanie strzaskana ostatnia pieczęć, on sprezentuje Wielkiemu Władcy narody gotowe za nim pójść. Co z tego, że nie będą wiedzieć, za kim idą? On nie zawiedzie tak jak Belal albo Rahvin. Wielki Władca zobaczy, kto mu służy najlepiej. — Przekaż mu to!
— Jeśli tak sobie życzysz — odparła, krzywiąc się z niechęcią. Chwilę potem na jej twarz znowu wypełzł ten sam leniwy uśmieszek. Zmienny uśmieszek. — Męczą mnie już te wszystkie pogróżki. No co z tobą? Posłuchaj sobie muzyki i uspokój się. — Zaczął jej mówić, że muzyka go nie interesuje, o czym bardzo dobrze wiedziała, ale odwróciła się do marmurowej balustrady. — Proszę bardzo, są tutaj. Posłuchaj tylko.
Mężczyzna i kobieta, oboje obdarzeni bardzo ciemnymi karnacjami, podeszli do stóp podium ze swymi dziwacznymi harfami. Sammael podejrzewał, że te dzwoneczki wnoszą coś jeszcze do wygrywanej przez nich melodii; co, nie umiał określić. Kiedy zauważyli, że Graendal ich obserwuje, rozpromienili się z uwielbieniem.
Wbrew własnej radzie Graendal mówiła dalej, zamiast słuchać:
— Pochodzą z osobliwego miejsca. Kobiety, które potrafią przenosić, zmusza się tam, by poślubiały synów kobiet, które potrafią przenosić, i każdy z tej linii krwi jest przy narodzinach naznaczany tatuażem na twarzy. Nikt z takimi piętnami nie może poślubić kogoś, kto ich nie ma; dziecko z takiego związku jest zabijane. W każdym razie wytatuowani mężczyźni są zabijani w dwudziestym pierwszym roku życia, a przedtem zamykani w klasztorach, gdzie trzyma się ich w takiej ignorancji, że nie potrafią nawet czytać.
A więc jednak znowu zaczęła. Chyba naprawdę wierzyła, że on jest taki naiwny. Postanowił wbić własny cierń.
— Czy oni też składają śluby posłuszeństwa tak samo jak zbrodniarze?
Przez jej twarz przemknął wyraz zdumienia, skryty pospiesznie. Najwyraźniej nie zrozumiała, o czym on mówi; nie miała zresztą po temu żadnych podstaw. Za ich czasów niewielu ludzi popełniało bodaj jedno przestępstwo z użyciem przemocy, a co dopiero mówić o większej liczbie. W każdym razie przed powstaniem Szybu. Oczywiście nie przyznała się do swojej niewiedzy. Bywały takie momenty, kiedy lepiej było ukrywać brak wiedzy, ale Graendal często stosowała tę praktykę aż do przesady. Dlatego właśnie o tym wspomniał; wiedział, że tym jej dopiecze i należycie odpłaci za te bezużyteczne strzępki informacji, jakimi raczyła go obdarować.