Выбрать главу

Z piersi zawieszonej w powietrzu kobiety wyrwał się pierwszy szloch, ale zaraz został stłumiony. Semirhage czekała niecierpliwie. Pospiech był tutaj niezbędny, ale zbyt gwałtowny mógł wszystko zniszczyć. Znowu rozległo się łkanie, które wzięło górę nad wysiłkami pacjentki, by je opanować, coraz głośniejsze, aż w pewnym momencie przeszło w wycie. Semirhage czekała. Kobieta okryła się lśniącą warstewką potu; obracała głową z boku na bok, gwałtownie potrząsając włosami i próbowała się wyrwać z niewidzialnych pęt, a właściwie miotała się konwulsyjnie. Wrzeszczała na całe gardło, dopóty, dopóki jej starczyło oddechu i zaraz zaczęła na nowo, ledwie zdołała nabrać powietrza do płuc. Wielkie wytrzeszczone niebieskie oczy nic nie widziały; zdawały się pokryte szklistą powłoką. Zaczęło się.

Semirhage nagle odcięła strumienie saidara, ale upłynęło kilka minut, zanim wrzaski przeszły w ciężkie dyszenie.

— Jak się nazywasz? — spytała łagodnym głosem. Treść pytania nie miała znaczenia, byle tylko kobieta była w stanie odpowiedzieć. Mogło brzmieć: “Czy jeszcze stawiasz mi opór?” — często z przyjemnością przeplatała nim procedurę, dopóki pacjentka wreszcie nie zaczęła błagać, dowodząc, że już się nie opiera — tym razem jednak każde pytanie musiało być zasadne.

Ciałem wiszącej kobiety targały mimowolne dreszcze. Obdarzyła Semirhage czujnym spojrzeniem przymkniętych oczu, oblizała wargi, zakasłała i wreszcie mruknęła ochryple:

— Cabriana Mecandes.

Semirhage uśmiechnęła się.

— Jak to dobrze, że mówisz prawdę.

W mózgu mieściły się ośrodki bólu i ośrodki przyjemności. Pobudziła jeden z należących do tej drugiej kategorii, tylko na kilka chwil, ale za to bardzo silnie, i jednocześnie podeszła bliżej. Wstrząs rozszerzył oczy Cabriany do granic możliwości; głośno jęknęła i gwałtownie się zatrzęsła. Semirhage wyciągnęła chusteczkę z kieszeni kaftana, uniosła zadziwioną twarz kobiety i czułym gestem starła z niej pot.

— Wiem, Cabriano, że to bardzo dla ciebie trudne — rzekła ciepłym tonem. — Nie powinnaś więc tego utrudniać dodatkowo. — Delikatnie odgarnęła włosy, które przylgnęły do twarzy kobiety. — Może chciałabyś się czegoś napić? — Nie czekając na odpowiedź, przeniosła; poobijana metalowa flaszka stojąca na niewielkim stoliku w kącie pofrunęła w stronę jej dłoni. Aes Sedai na moment nie oderwała wzroku od Semirhage, ale piła chciwie. Po kilku łykach Semirhage odebrała jej flaszkę i odstawiła ją na stół. — O tak, o wiele lepiej, nieprawdaż? Pamiętaj, nie staraj się tego jeszcze hardziej utrudniać. — Kiedy się odwróciła, kobieta znowu przemówiła ochrypłym głosem:

— Pluję na mleko twojej matki, ty Sprzymierzeńcu Ciemności! Słyszysz mnie? Ja...

Semirhage przestała słuchać. W innej sytuacji poczułaby, jak po jej wnętrzu rozlewa się głębokie zadowolenie, że opór pacjentki nie został jeszcze skruszony. Najwyższego uniesienia doznawała wtedy, gdy kawałek po kawałku, minuta po minucie, skrawała opór i godność pacjenta, gdy obserwowała, jak powoli do niego dociera, że walczy na próżno, jeśli chce zostać przy tym, co mu jeszcze zostało. Teraz nie było na to czasu. Ostrożnie zarzuciła jeszcze jedną sieć na ośrodki bólu w mózgu Cabriany, po czym zawiązała ją na supeł. Normalnie lubiła osobiście doglądać wszystkiego, ale naprawdę musiała się spieszyć. Uruchomiła działanie sieci, przeniosła, by pogasić światła, a potem wyszła, zamykając za sobą drzwi. Ciemność też zrobi swoje. Samotna, w ciemności, razem z tym bólem...

Mimo woli sarknęła z irytacją. Żadnej finezji. Nie lubiła, jak ją zmuszano do pośpiechu. I kiedy ją odwoływano od jej zadania; ta dziewczyna jest uparta i oporna, okoliczności trudne.

Korytarz dorównywał swym ponurym wystrojem komnacie: szeroki, mroczny szyb wykuty w kamieniu, z pogrążonymi w mroku, krzyżującymi się przejściami, których wcale nie miała chęci badać. W zasięgu jej wzroku znajdowało się jeszcze tylko dwoje innych drzwi, w tym jedne prowadzące do jej obecnych kwater. Były to dość wygodne izby, nawet gdyby trzeba było w nich zamieszkać, ale nie dała nawet kroku w tamtym kierunku. Pod drugimi drzwiami stał Shaidar Haran, odziany w czerń i spowity w ciemność podobną do dymu, tak nieruchomy, że niemalże przeżyła szok, kiedy przemówił, odgłosem przywodzącym na myśl kości mielone na proch.

— Czego się dowiedziałaś?

Z wezwaniem do Shayol Ghul wiązało się ostrzeżenie od Wielkiego Władcy.

“Okazując posłuszeństwo Shaidarowi Haranowi, okazujesz je mnie. Kiedy wypowiadasz posłuszeństwo Shaidarowi Haranowi...”

Nieważne, jak bardzo ubodło ją to ostrzeżenie, nie musiała go wysłuchiwać po raz drugi.

— Wiem, jak się nazywa. Cabriana Mecandes. Nie mogłam dowiedzieć się więcej w tak krótkim czasie.

Myrddraal przemknął przez korytarz w charakterystyczny sposób, od którego bolały oczy, w czarnym jak heban płaszczu, który wisiał na nim bez ruchu. W jednym momencie znajdował się w odległości dziesięciu kroków od niej, podobny do posągu, w następnej już górował nad nią, dając jej do wyboru, że albo się cofnie, albo zadrze głowę, by spojrzeć w tę białą jak śmierć bezoką twarz. Cofnąć się żadną miarą nie mogła.

— Wyciśniesz z niej wszystko, Semirhage. Wyciśniesz ją do sucha, i to bezzwłocznie, a potem przekażesz mi wszystko, czego się dowiedziałaś, co do ostatniego skrawka.

— Obiecałam Wielkiemu Władcy, że to zrobię — odparła chłodno.

Bezkrwiste usta wykrzywiły się w uśmiechu. To była jedyna odpowiedź. Stwór odwrócił się znienacka, wielkimi krokami odszedł przez plamy cienia — i nagle zniknął.

Semirhage żałowała, że nie wie, jak Myrddraale to robią. Nie miało to nic wspólnego z Mocą, ale ze skraju cienia, w tym miejscu, gdzie zanikało światło, Myrddraal potrafił nagle przenieść się gdzieś indziej, do jakiegoś innego, całkiem oddalonego cienia. Dawno temu Aginor zniszczył ich ponad setkę, na próżno usiłując się dowiedzieć, jak one to robią. Myrddraale same nie wiedziały; dowiodła tego.

Zauważyła nagle, że dłonie z całej siły przyciska do brzucha, który jakby zamienił się w bryłę lodu. Minęło wiele lat, odkąd po raz ostatni czuła strach, w jakimkolwiek miejscu, z wyjątkiem tych chwil, kiedy patrzyła w twarz Wielkiemu Władcy w Szczelinie Zagłady. Lodowa gruda zaczęła topnieć, gdy podeszła do drzwi drugiej celi. Później na chłodno przeanalizuje to uczucie; Shaidar Haran mógł się różnić od wszystkich Myrddraali, jakich dotychczas widziała, ale nadal był tylko Myrddraalem.

Jej drugim pacjentem, wiszącym tak jak tamta kobieta w powietrzu, był zwalisty mężczyzna o kanciastej twarzy, ubrany w zielony kaftan i spodnie, odpowiednie, by z łatwością wtopić się w leśne tło. Tutaj aż połowa kul jarzeniowych lśniła słabo, ostrzegając, że lada chwila zgasną — już i tak na cud zakrawało, że w ogóle jakaś przetrwała tyle czasu — ale Strażnik Cabriany tak naprawdę wcale się nie liczył. Mimo iż potrzebne było tylko to, co krył umysł Aes Sedai, niezależnie od celu, Myrddraal, któremu kazano ją złapać, pojmał również tego mężczyznę; w umysłach tych stworzeń Aes Sedai i Strażnicy z jakiegoś powodu zdawali się nierozłączni. Co zresztą było prawdą. Jak dotąd nie miała okazji łamać żadnego z tych osławionych wojowników.

Ciemne oczy mężczyzny zdawały się wywiercać otwory w jej czaszce, kiedy zdjęła zeń odzienie i buty, niszcząc je tak samo jak ubranie Cabriany. Miał mocno owłosione ciało, zbudowane z wielkich, twardych mięśni pokrytych mnóstwem blizn. Ani razu się nie wzdrygnął. I nic nie mówił. Jego opór różnił się od oporu kobiety; ona ciskała nim butnie prosto w twarz; on zaś milcząco dawał do zrozumienia, że się nie ugnie. Mógł być trudniejszy do złamania niż jego pani. Normalnie byłby dzięki temu tym bardziej interesujący.