Выбрать главу

— Gdzie one są? — spytała rozdrażnionym tonem Siuan. Jej dekolt to się podnosił, to opadał. Suknia zrobiła się nagle zielona, a naszyjnik przemienił w sznur wielkich księżycowych kamieni. — Nie dość, że próbują wtykać wiosło do mojej roboty i obierać taki kurs, jaki im się podoba, to jeszcze zmuszają mnie do czekania.

— Nie rozumiem, dlaczego tak się denerwujesz, że ich jeszcze nie ma — odparła Leane. — Lubisz przecież patrzeć, jak popełniają błędy. One nie wiedzą nawet połowy tego, co im się wydaje. — Na krótką chwilę faktura jej szaty otarła się niebezpiecznie o przeźroczystość; na szyi pojawił się i zaraz zniknął naszyjnik z wielkich pereł. Niczego nie zauważyła. Miała w postępowaniu z tym światem jeszcze mniej doświadczenia niż Siuan.

— Potrzebuję trochę prawdziwego snu — mruknęła Siuan. — Bryne tak mnie pogania, jakby chciał, żebym dostała zadyszki. Ale ja tu muszę czekać, by sprawić przyjemność kobietom, które połowę nocy spędzają na przypominaniu sobie, na czym polega umiejętność chodzenia. Nie mówiąc już o tym, że trzeba jeszcze znosić towarzystwo tych dwóch. — Spojrzała krzywo na Elayne i Nynaeve, po czym wzniosła oczy ku niebu.

Nynaeve ścisnęła swój warkocz z całej siły, co stanowiło niechybną oznakę, że właśnie dał o sobie znać jej temperament. Przynajmniej tym razem Elayne zgadzała się z nią całym sercem. To jest bardziej niż trudne, jak się jest nauczycielką uczennic, którym się zdaje, że wiedzą więcej, niż w istocie wiedziały i w odróżnieniu od ich nauczycielki, której coś takiego nie uszłoby na sucho, mają na dodatek prawo ją zbesztać. Choć, po prawdzie, tamte były jeszcze gorsze od Siuan i Leane. No gdzie one są?

W tym momencie na ulicy dał się spostrzec jakiś ruch. Sześć otoczonych łuną .saidara kobiet, które nie znikały. Sheriam oraz członkinie jej rady jak zwykle wśniły się do własnych komnat sypialnych i wyszły z nich teraz na ulicę. Elayne nie była pewna, do jakiego stopnia pojęły już, czym się cechuje Tel’aran’rhiod. W każdym razie często upierały się, że będą coś robić po swojemu, nawet jeśli istniał lepszy sposób. Bo w końcu kto wiedział lepiej, jak postępować, niż Aes Sedai?

Te sześć Aes Sedai było rzeczywiście nowicjuszkami w Tel’aran’rhiod, toteż ich suknie zmieniały się za każdym razem, kiedy Elayne na nie spojrzała. Najpierw pierwsza nosiła haftowany szal Aes Sedai, obrzeżony frędzlami w barwach jej Ajah i z białym płomieniem Tar Valon w kształcie wyrazistej łzy na plecach, potem taki sam szal pojawił się u czterech innych, po czym nie miała go na sobie żadna. A niekiedy odziewały się w lekkie płaszcze podróżne, z Płomieniem na plecach i na lewej piersi, które miały rzekomo tylko je chronić przed kurzem. Na ich twarzach pozbawionych piętna upływu czasu naturalnie nie było znać ani śladu upału — po Aes Sedai nigdy go nie było znać — ani też śladu, że zdają sobie sprawę ze zmian, jakim ulega ich odzienie.

Były równie mgliste jak Nynaeve albo Leane. Sheriam i inne pokładały więcej zaufania w ter’angrealach snu, które wymagały przenoszenia, niż w pierścieniach. Zwyczajnie nie miały ochoty uwierzyć, że Tel’aran’rhiod nie ma nic wspólnego z Jedyną Mocą. Elayne w każdym razie nie była w stanie określić, która posługuje się sporządzoną przez nią kopią. Trzy spośród nich miały niewielkie dyski wykonane z czegoś, co kiedyś było żelazem, opasane po obu stronach ciasną spiralą i zasilane strumieniem Ducha, jedyną z Pięciu Mocy, którą można było przenieść podczas snu. W tym miejscu, w każdym razie. Inne trzy miały przy sobie niewielkie płytki, niegdyś z bursztynu, z wyrzeźbioną w środku śpiącą kobietą. Nawet gdyby miała przed sobą wszystkie sześć ter’angreali, nie byłaby w stanie wybrać dwóch oryginałów; te kopie nadzwyczaj się udały. A mimo to były to jednak tylko kopie.

Gdy Aes Sedai szły razem w dół ulicy, usłyszała fragment ich rozmowy, nie zrozumiawszy jednakże ani tego, o czym mówiły na początku, ani też jej końca.

— ...wzgardzą naszym wyborem, Carlinya — mówiła płomiennowłosa Sheriam — ale z kolei wzgardzą każdym wyborem, jakiego dokonamy. Równie dobrze mogłybyśmy poprzestać na naszej decyzji. Nie muszę wam ponownie wymieniać powodów.

Morvrin, krępa Brązowa siostra o włosach z pasmami siwizny, parsknęła.

— Tyle się już napracowałyśmy, że byłoby teraz ciężko zmusić Komnatę do zmiany decyzji.

— Czemu miałoby to nas obchodzić, dopóki żaden władca nie szydzi? — spytała z uniesieniem Myrelle. Najmłodsza z sześciu, Aes Sedai od niewielu lat, mówiła głosem zdecydowanie zirytowanym.

— Jaki władca byłby się odważył? — spytała Anaiya tonem, którym kobieta mogłaby zapytać, jakie dziecko odważyłoby się nanieść błoto na dywan. — W każdym razie każdy król czy królowa wie zbyt mało o tym, co się dzieje wśród Aes Sedai, by to zrozumieć. Nas powinny interesować wyłącznie opinie sióstr.

— Mnie natomiast martwi — odparła chłodno Carlinya — że skoro ona tak bez żadnych oporów pozwala, byśmy nią kierowały, to w takim razie z równą łatwością pozwoli na to innym. — Blada, o niemal czarnych oczach Biała siostra była zawsze chłodna, niektórzy powiedzieliby lodowata.

Niezależnie od przedmiotu ich rozmowy, nie było to coś, o czym chciały dyskutować w obecności Elayne albo pozostałych kobiet; zdążyły umilknąć, zanim do nich doszły.

Siuan i Leane dość gwałtownie odwróciły się do siebie plecami, jakby Aes Sedai swoim przybyciem przerwały im ostrą wymianę słów. Elayne ze swej strony szybko sprawdziła swoją suknię. Przepisowa biel obrzeżona paskami przy rąbku. Nie bardzo wiedziała, co właściwie czuje wobec faktu, że bez udziału myśli pojawiła się tutaj we właściwej sukni; gotowa była iść o zakład, że Nynaeve musiała zmienić swój strój. Ale z kolei Nynaeve była znacznie bardziej porywcza od niej, musiała się zmagać z ograniczeniami, na które ona przystała. Czy ona da sobie radę jako władczyni Andoru? O ile jej matka rzeczywiście nie żyła. O ile.

Sheriam, nieco zażywna, z charakterystycznie wystającymi kośćmi policzkowymi, skierowała spojrzenie skośnych zielonych oczu na Siuan i Leane. Przez chwilę nosiła szal obrzeżony niebieskimi frędzlami.

— Jeśli nie będziecie potrafiły dojść między sobą do zgody, to przysięgam, odeślę was obie do Tiany. — Miało to wydźwięk stwierdzenia powtarzanego często, i od dawna już nie wygłaszanego z należytą powagą.

— Pracowałyście razem dostatecznie długo — powiedziała Beonin z ciężkim taraboniańskim akcentem. Piękna Szara, z włosami barwy miodu zaplecionymi w nieprawdopodobną liczbę warkoczyków, miała niebieskoszare oczy, do których bezustannie zakradało się zdziwienie. Nic jednakże tak naprawdę nie potrafiło zaskoczyć Beonin. Nie uwierzyłaby, że słońce rzeczywiście wzeszło rankiem, dopóki go nie zobaczyła na własne oczy, Elayne wątpiła jednak, czy Beonin ruszyłaby bodaj włosem, gdyby któregoś ranka rzeczywiście nie wzeszło. Dla niej byłoby to tylko potwierdzenie, że miała słuszność, żądając dowodu. — Możecie i musicie pracować razem.

Beonin powiedziała to takim tonem, jakby również tę kwestię powtarzała tak często, że prawie przestała się zastanawiać nad jej właściwym znaczeniem. Wszystkie Aes Sedai dawno już temu przywykły do widoku Siuan i Leane. Zaczęły je traktować jak dwie małe dziewczynki, które się bezustannie sprzeczają. Aes Sedai miały to już w swoim zwyczaju, że potrafiły widzieć dziecko w kimś, kto nim wcale nie był. Patrzyły tak nawet na te dwie, które przecież były kiedyś siostrami.