— Odeślij je do Tiany albo i nie — żachnęła się Myrelle — tylko przestań już o tym gadać.
Zdaniem Elayne, w głosie Myrelle, kobiety o dziwnie mrocznej urodzie, nie zabrzmiała nawet nutka złości. Może wręcz nie potrafiła być w ogóle zła na nic ani na nikogo w szczególności. Miała jednak zmienne usposobienie wyróżniające ją nawet wśród Zielonych. Jej jedwabna suknia złotej barwy miała wysoki karczek, ale za to zdobiło ją owalne wycięcie, które odsłaniało górną część piersi; nosiła ponadto dziwny naszyjnik, podobny do szerokiego srebrnego kołnierza wspierającego trzy małe sztylety, których rękojeści spoczywały w zagłębieniu między piersiami. Czwarty sztylet pojawiał się i znikał tak szybko, że mógł stanowić jedynie twór wyobraźni. Zmierzyła Nynaeve od stóp do głów, jakby szukała jakiegoś błędu.
— Wybieramy się do Wieży, czyż nie? Skoro mamy to zrobić, to równie dobrze moglibyśmy dokonać czegoś użytecznego, zanim ruszymy w drogę.
Elayne teraz już wiedziała, dlaczego Myrelle jest rozdrażniona. Zanim ona i Nynaeve przybyły do Salidaru, spotykały się z Egwene w Tel’aran’rhiod raz na siedem dni, by podzielić się tym, czego się dowiedziały. Co nie zawsze było łatwe, ponieważ Egwene nieodmiennie towarzyszyła co najmniej jedna ze spacerujących po snach, u których pobierała nauki. Spotkanie się pod nieobecność jednej albo i dwu Mądrych nie obywało się bez kłopotów. W każdym razie wszystko to skończyło się, kiedy dotarły do Salidaru. Te sześć Aes Sedai, członkinie rady Sheriam, przejęły spotkania na siebie, ledwie weszły w posiadanie trzech oryginalnych ter’angreali i naprawdę znikomej wiedzy o samym Tel’aran’rhiod, ograniczającej się do tego, jak do niego się dostać. I wtedy właśnie Egwene została ranna, w wyniku czego teraz Aes Sedai stawały oko w oko z Mądrymi: dwie drużyny dumnych, rezolutnych kobiet, żywiących podejrzliwość wobec wszelkich zamierzeń tych drugich, nie chcące ustąpić ani na cal, ani też nie skłonić głowy o włos.
Elayne oczywiście nie miała pojęcia o tym, co się działo podczas tych spotkań, mogła jednak coś wywnioskować na podstawie własnych doświadczeń, a także rozmaitych strzępów informacji, podrzuconych tu i ówdzie przez Sheriam i pozostałe.
Aes Sedai zawsze żywiły przekonanie, iż są w stanie dowiedzieć się wszystkiego, a gdy już utwierdziły się, jakie informacje są im niezbędne, zazwyczaj wymagały wówczas i nieodmiennie oczekiwały, że z szacunkiem należnym królowym, to, czego się chciały dowiedzieć, zostanie im przekazane bez żadnej zwłoki albo wykrętów. Żądały odpowiedzi na każde pytanie, począwszy od tego, co planuje Rand, a skończywszy na tym, kiedy Egwene na tyle wydobrzeje, by powrócić do Świata Snów; chciały ponadto wiedzieć, czy można szpiegować cudze sny w Tel’aran’rhiod albo wchodzić do Świata Snów fizycznie, albo sprowadzać kogoś do snu wbrew jego woli. Pytały nawet, i to nie raz, czy można wpłynąć na prawdziwy świat tym, co się robiło we śnie, czyli o czystą niemożliwość, najwyraźniej powątpiewając w odpowiedź. Morvrin czytała trochę na temat Tel’aran’rhiod, dość, by zadawać mnóstwo pytań, aczkolwiek Elayne podejrzewała, że miała w tym swój udział Siuan. Uważała, że Siuan tak lawiruje, bo również chce uczestniczyć w tych spotkaniach, ale Aes Sedai zdawały się uważać, że idą już i tak na znaczne ustępstwo, pozwalając jej używać pierścienia jako wsparcia w jej pracy z siatkami agentów. Ingerowały zresztą w tę pracę, co Elayne bardzo niepokoiło.
Natomiast kobiety Aiel... Mądre, wiedziały mniej więcej wszystko, co należało wiedzieć na temat Świata Snów — w każdym razie te spacerujące po snach, o czym Elayne się przekonała z osobistych spotkań z nimi — niestety, traktowały go niemalże jak prywatne włości. Nie znosiły, jak przychodził tu ktoś, kto zasługiwał na miano ignoranta i obchodziły się brutalnie z wszystkim, co uważały za przejaw głupoty. A poza tym były skryte, bez cienia wątpliwości nad wyraz lojalne wobec Randa i nie chciały zdradzić nic więcej prócz tego, że żyje, albo że Egwene powróci do Tel’aran’rhiod, kiedy dostatecznie wydobrzeje, a z jeszcze mniejszą ochotą odpowiadały na pytania według nich — nie na miejscu. Czyli wtedy, gdy ich zdaniem pytający nie wiedział dostatecznie dużo, by zrozumieć odpowiedź, czy też wtedy, gdy albo pytanie, albo odpowiedź, albo jedno i drugie stanowiły pogwałcenie ich dziwacznej filozofii honoru i zobowiązania. Elayne wiedziała niewiele więcej o ji’e’toh prócz tego, że ono istnieje i że to nim należy tłumaczyć ich często osobliwe zachowanie i drażliwość.
Jeśli jednakże wszystko podsumować, był to znakomity przepis na klęskę i zdaniem Elayne przynajmniej Aes Sedai musiały być przekonane, że raz na tydzień odczują gorzki smak porażki.
Na samym początku Sheriam i pozostałe pięć żądały, by ich lekcje odbywały się co noc, ale teraz domagały się ich jedynie dwa razy w tygodniu. W noc poprzedzającą spotkanie z Mądrymi wyglądały zawsze tak, jakby chciały po raz ostatni przed walką przećwiczyć swe umiejętności. Zaś podczas następnej nocy, kiedy zazwyczaj uczestniczyły w lekcji z zaciśniętymi ustami, wyglądały, jakby się chciały koniecznie dowiedzieć, co poszło źle i jak temu w przyszłości zapobiec. Myrelle prawdopodobnie już się zżymała z powodu klęski, do jakiej miało dojść jutrzejszej nocy. Bo było to nieuchronne.
Morvrin właśnie odwróciła się w stronę Myrelle, otwierając usta, gdy nagle pomiędzy nimi pojawiła się jakaś kobieta. Elayne dopiero po chwili rozpoznała Gerę, jedną z kucharek, o rysach twarzy pozbawionych śladu upływu lat. Ubrana w szal z zielonymi frędzlami i Płomieniem Tar Valon na plecach, ważąca nie więcej jak połowę tego co normalnie, Gera pogroziła Aes Sedai palcem i zniknęła.
— A więc to takie są jej sny? — spytała chłodnym tonem Carlinya. Przy jej śnieżnobiałej jedwabnej sukni wyrosły nagle długie rękawy ozdobione koronkowymi mankietami, a pod brodą pojawił się wysoki karczek. — Ktoś powinien się z nią rozmówić.
— Zostaw ją, Carlinya — zaśmiała się Anaiya. — Gera to dobra kucharka. Niech sobie śni, co chce. Ja osobiście rozumiem, co ją tak pociąga. — Nagle stała się szczuplejsza i wyższa. Rysy jej twarzy nie zmieniły się — nadal pełne ciepłego, dobrotliwego, wręcz macierzyńskiego wyrazu. Śmiejąc się, przybrała z powrotem tę samą postać co zawsze. — Czy ciebie nigdy nic nie śmieszy, Carlinya?
Nawet pociągnięcie nosem Carlinyi zdawało się pełne chłodnego dystansu.
— Gera na pewno nas zobaczyła — powiedziała Morvrin — ale czy będzie o tym pamiętać? — W ciemnych stalowych oczach pojawił się wyraz zamyślenia. Pośród wszystkich sześciu jej suknia z prostej burej wełny najlepiej utrzymywała swą pierwotną postać. Szczegóły zmieniały się, ale tak subtelnie, że Elayne nie była w stanie określić dokładnie, na czym polegają różnice.
— To jasne, że będzie — odparła kwaśno Nynaeve. Już to wcześniej wyjaśniała. Sześć Aes Sedai spojrzało na nią, unosząc brwi, więc złagodziła ton głosu. Nieznacznie. Ona też nienawidziła szorowania garnków. — Jeśli zapamiętała ten sen, to już raz na zawsze. Ale tylko jako sen.
Morvrin zmarszczyła czoło. W nieugiętym żądaniu dowodów ustępowała tylko Beonin. Nynaeve natomiast, z wyrazem twarzy świadczącym o długotrwałych katuszach, miała lada chwila wpakować się w tarapaty, niezależnie od tonu głosu. Zanim Elayne zdążyła cokolwiek powiedzieć, by odwrócić uwagę Aes Sedai od przyjaciółki, przemówiła Leane, niemalże wdzięcząc się głupawo.