— Czy nie sądzicie, że powinnyśmy już pójść dalej?
Siuan skwitowała ten bojaźliwy ton wzgardliwym parsknięciem, za co Leane obrzuciła ją ostrym spojrzeniem.
— O tak, przecież chcecie chyba spędzić w Wieży tyle czasu, ile się tylko da — powiedziała Siuan, bezczelna dla odmiany, co Leane potraktowała głośnym pociągnięciem nosem.
To im naprawdę wychodziło znakomicie. Sheriam i pozostałe ani na moment nie nabrały podejrzeń, że Siuan i Leane to nie tylko dwie ujarzmione kobiety trzymające się kurczowo jakiegoś celu, dzięki któremu mogły nadal żyć, i ostatków tego, czym kiedyś były. Że nie są to tylko dwie kobiety, które skaczą sobie do gardeł zupełnie jak małe dziewczynki. Aes Sedai powinny były pamiętać, że Siuan cieszyła się reputacją bezwzględnej i podstępnej manipulatorki, i że podobnie było z Leane, aczkolwiek w mniejszym stopniu. Gdyby te dwie zaprezentowały jakiś wspólny front albo zdradziły swe prawdziwe oblicza, wówczas przypomniałyby sobie i bacznie słuchały wszystkiego, co one mówią. Ale jak były takie skłócone, jak pluły sobie jadem w twarz, jak płaszczyły się przed Aes Sedai, najwyraźniej nie zdając sobie z niczego sprawy... A to wszystko nabierało jeszcze dodatkowej wymowy, gdy jedna była zmuszona, mimo swej niechęci, zgodzić się z tym, co powiedziała druga. Albo gdy jedna wyrażała sprzeciw, jedynie kierując się jakimś kaprysem. Elayne wiedziała, że obie udają, w ten sposób chcąc nakłonić podstępnie Sheriam oraz pozostałe, by ostatecznie wsparły Randa. Żałowała tylko, że nie wie, do czego jeszcze tę technikę wykorzystywały.
— One mają rację — orzekła stanowczym głosem Nynaeve, patrząc z obrzydzeniem na Siuan i Leane. To ich udawanie bezgranicznie ją irytowało; ona sama nie płaszczyłaby się nawet wtedy, gdyby od tego zależało jej życie. — Do tej pory powinnyście już wiedzieć, że im więcej tu czasu spędzacie, tym mniej was czeka prawdziwego odpoczynku. Spanie w tym czasie, kiedy jesteście w Tel’aran’rhiod, nie przynosi takich samych efektów co normalny sen. I zapamiętajcie sobie: jeśli zobaczycie coś niezwykłego, to powinnyście koniecznie zachować ostrożność. — Naprawdę nie znosiła się powtarzać... który to fakt dobitnie zamanifestowała tonem głosu... jednak Elayne musiała przyznać, że w przypadku tych kobiet było to nader często konieczne. Żeby jeszcze Nynaeve nie mówiła takim głosem, jakby przemawiała do nierozgarniętych dzieci. — Jak się komuś śni koszmar i z nim wśni się do Tel’aran’rhiod, tak jak Gera, to zdarza się czasem, że ten koszmar żyje potem dalej i jest niezwykle niebezpieczny. Unikajcie wszystkiego, co wygląda niezwykle. I tym razem postarajcie się też kontrolować swoje myśli. To, o czym tutaj myślicie, może stać się realne. Tamten Myrddraal, który ostatnim razem wyskoczył nie wiadomo skąd, mógł być jakąś pozostałością koszmaru, ale moim zdaniem jedna z was pozwala, by jej umysł błąkał się po manowcach. O ile pamiętacie, dyskutowałyście wtedy o. tym, czy Czarne Ajah wpuszczają do Wieży Pomiot Cienia. — Po czym, jakby dotąd już nie posunęła się za daleko, dodała jeszcze: — Nie zrobicie jutro wrażenia na Mądrych, jeśli w samym środku rozmowy nasadzicie na nie jakiegoś Myrddraala.
Elayne skrzywiła się.
— Dziecko — odparła łagodnym głosem Anaiya, poprawiając szal z niebieskimi frędzlami, który nagle zapętlił się na jej ramionach — twoja praca jest nieoceniona, ale to jeszcze nie usprawiedliwia tego swarliwego tonu.
— Nadano ci cały szereg przywilejów — dodała Myrelle, bynajmniej nie łagodnie — ale ty zdajesz się zapominać, iż są to tylko przywileje. — Na widok marsa na jej czole Nynaeve powinna była zadygotać ze strachu. W ciągu minionych kilku tygodni Myrelle stawała się coraz mniej pobłażliwa względem Nynaeve. Ona też miała na sobie szal. Wszystkie go miały, a to stanowiło zły znak.
Morvrin prychnęła otwarcie.
— Kiedy ja byłam Przyjętą, każda dziewczyna, która odezwała się do Aes Sedai w taki sposób, spędziłaby cały miesiąc na szorowaniu podłóg, nawet jeśli następnego dnia miała być wyniesiona do szala.
Elayne odezwała się pospiesznie, w nadziei, że zapobiegnie ich wspólnej klęsce. Nynaeve zrobiła minę, najprawdopodobniej w jej mniemaniu pojednawczą, ale tak naprawdę ponurą i zaciętą.
— Jestem pewna, że ona nie powiedziała tego umyślnie, Aes Sedai. Bardzo ciężko pracujemy. Proszę, wybaczcie nam. — Włączenie w to swojej osoby mogło pomóc, ponieważ ona niczego nie zrobiła. I równie dobrze mogło sprawić, że obydwie będą szorować podłogi. Przynajmniej jednak zmusiła Nynaeve, żeby ta nareszcie na nią spojrzała. I chyba też zastanowiła się nad skutkami swojej postawy, ponieważ jej rysy wygładziły się, nabierając mniej więcej przepraszającego wyrazu, a potem dygnęła i wbiła wzrok w posadzkę, jakby się speszyła. Może rzeczywiście się speszyła. Może. Elayne pospiesznie mówiła dalej, jakby Nynaeve już przeprosiła Aes Sedai z należytym ceremoniałem i sprawiła, że te przeprosiny zostały przyjęte. — Wiem, że chcecie spędzić jak najwięcej czasu w Wieży, więc może nie powinnyśmy już dłużej zwlekać? Może wszystkie zechcecie wyobrazić sobie gabinet Elaidy takim, jakim go widziałyście ostatnim razem? — W Salidarze Elaida nigdy nie została nazwana Zasiadającą i na tej samej zasadzie zmieniono nazwę gabinetu Amyrlin w Białej Wieży. — Niech wszystkie skupią na nim swe umysły, to przeniesiemy się tam razem.
Anaiya pierwsza skinęła głową, ale nawet Carlinya i Beonin pozwoliły odwrócić swoją uwagę od winowajczyni całego tego niemiłego zamieszania.
Nie było jasne, czy to one poruszyły się, cała dziesiątka, czy raczej to Tel’aran’rhiod pomknął dookoła nich. Ze skromnej wiedzy, jaką Elayne posiadała w tej kwestii, wynikało, że mogło być i tak, i tak; Świat Snów był niemalże nieskończenie podatny na zmiany. W jednej chwili stały na ulicy w Salidarze, w następnej znajdowały się w jakiejś wielkiej paradnej komnacie. Aes Sedai z satysfakcją pokiwały głowami; brak doświadczenia nadal kazał im się cieszyć wszystkim, co ich zdaniem udało się tak, jak powinno.
Tak jak cały Tel’aran’rhiod odzwierciedlał świat jawy, tak ta komnata z podobną precyzją odzwierciedlała władzę kobiet, które ją zajmowały przez ostatnie trzy tysiące lat. Pozłacane stojące lampy nie paliły się, ale było jasno, ową dziwną jasnością charakterystyczną dla Tel’aran’rhiod i snów. Wysoki kominek został zbudowany z złotego marmuru z Kandoru, posadzkę wyłożono polerowanym czerwonym kamieniem z Gór Mgły. Panele osadzono w ścianach stosunkowo niedawno — zaledwie przed tysiącem lat — z jasnego drewna o dziwacznym układzie słojów, z płaskorzeźbami przedstawiającymi bajeczne zwierzęta i ptaki, które, Elayne była pewna, mogły się zrodzić jedynie w wyobraźni rzeźbiarza. Lśniące perłowe ramy otaczały wysokie łukowate okna wychodzące na balkon, pod którym rozciągał się prywatny ogród Amyrlin; kamień, z którego zbudowano balkon, pochodził z bezimiennego miasta zalanego podczas Pęknięcia Świata przez Morze Sztormów. Nikt potem nie znalazł takiego, który byłby doń podobny.
Wszystkie kobiety, które korzystały z tej izby, pozostawiły po sobie wyraźny, indywidualny ślad, choćby przebywały w niej jedynie w czasie ich rezydowania. Elaida nie postąpiła inaczej. Za masywnym biurkiem, zdobnie rzeźbionym we wzór z trzech złączonych pierścieni, stało ciężkie, podobne do tronu krzesło, z Płomieniem Tar Valon z kości słoniowej, wieńczącym wysokie oparcie. Na blacie stołu nie było nic prócz trzech altarańskich szkatułek krytych emalią, ustawionych w dokładnie takich samych odstępach. Pod jedną ze ścian, na białym, pozbawionym jakichkolwiek ozdób postumencie stał prosty biały wazon. Wazon wypełniały róże, których liczba i barwa zmieniały się przy każdym spojrzeniu, zawsze jednak ich ułożenie było równie surowe i niezmienne. Róże, o tej porze roku, przy takiej pogodzie! Zmarnowano Jedyną Moc dla ich wyhodowania. Elaida robiła to samo, kiedy była doradczynią matki Elayne.