Выбрать главу

Po ich prawej stronie, w odległości około trzydziestu kroków, obwieszony gobelinami korytarz rozszerzał się nagle, przechodząc w kamienną grotę, zdającą się rozciągać w nieskończoność i rozświetloną plamami mrocznych, czerwonych łun rozproszonych ognisk oraz koszy z płonącymi węglami. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, były trolloki, wielkie, człekopodobne kształty, o ludzkich rysach twarzy zniekształconych zwierzęcymi pyskami, ryjami i dziobami, z rogami, kłami albo pierzastymi grzebieniami. Te w oddali wydawały się bardziej zamazane od tych, które znajdowały się bliżej, jakby ukształtowane jedynie w połowie, natomiast te najbliższe były gigantami dwakroć większymi od człowieka, większe nawet od prawdziwych trolloków, jednako odziane w skóry i czarne kolczugi z kolcami; wszystkie wyły i pląsały dziko wokół ognisk i kotłów, drewnianych stelaży, dziwacznych kolczastych ram i metalowych potwornych konstrukcji.

To był prawdziwy koszmar, gorszy jeszcze od tych wszystkich, o jakich Elayne słyszała z ust Egwene albo od Mądrych. Coś takiego, gdy już raz się wydostało z umysłu, który to stworzył, dryfowało niekiedy po Świecie Snów, tudzież uczepiało się jakiegoś szczególnego miejsca. Spacerujące po snach Aielów niszczyły każdy taki napotkany koszmar, powiedziały jej jednak, a Egwene to potwierdziła, że gdy coś takiego napotka, to ma starać się jak najszybciej od tego uciec. Niestety, Carlinya najwyraźniej nie słuchała, kiedy ona i Nynaeve o tym wspominały.

Biała siostra została związana i powieszona za kostki na łańcuchu, którego koniec ginął gdzieś w ciemnościach nad jej głową. Elayne nadal widziała otaczającą ją łunę saidara, ale Carlinya miotała się jak oszalała i wrzeszczała, kiedy powoli opuszczano ją głową w dół, w stronę wielkiego czarnego kotła, w którym bulgotał olej.

W momencie gdy Elayne dopiero wybiegała na korytarz, Anayia i Morvrin zatrzymały się tuż przed miejscem, w którym korytarz zamieniał się w grotę. Zatrzymały się, ale tylko na mgnienie oka, po czym ich mgliste sylwetki znienacka wydłużyły się jakby w stronę tego pasa granicznego, na podobieństwo dymu wsysanego do komina. Dotknęły go ledwie i już były wewnątrz. Morvrin rozkrzyczała się wniebogłosy, kiedy dwa trolloki jęły obracać wielkie żelazne obręcze, z coraz większą siłą rozciągając jej ciało, Anayia zaś zawisła w powietrzu, pochwycona za nadgarstki, a trolloki podskakiwały wokół niej dziko i chłostały ją metalowymi biczami, rozdzierając w jej sukni podłużne dziury.

— Musimy się połączyć — zarządziła Sheriam i otaczająca ją łuna zmieszała się z łunami otaczającymi Myrelle i Beonin. A mimo to nawet wtedy nie była to łuna tak jasna jak ta, która biłaby z jednej tylko kobiety w świecie jawy, z kobiety, która nie była tylko mglistą postacią ze snu.

— Nie! — krzyknęła z naciskiem Elayne. — Nie wolno wam się godzić, że to coś istnieje realnie. Musicie to traktować jako... — Chwyciła Sheriam za rękę, ale strumień Ognia, utkany przez te trzy, rozrzedzony, mimo iż były połączone, dotknął linii oddzielającej sen od koszmaru. Splot natychmiast tutaj zaniknął, jakby ta zmora go wchłonęła i w tej samej chwili trzy Aes Sedai zostały wessane do groty, niczym mgła pochwycona przez wiatr. Krzyknęły zaskoczone i w tym momencie zniknęły. Po chwili Sheriam pojawiła się ponownie, a raczej jej głowa, która wystawała z dzwonu odlanego z jakiegoś ciemnego metalu. Stojące obok trolloki kręciły korbami i podnosiły dźwignie; Sheriam krzyczała coraz głośniej, potrząsając gwałtownie rudymi włosami. Po pozostałych dwóch nie było ani śladu, ale Elayne wydało się, że znowu słyszy dobiegające ją z oddali krzyki, płaczliwe “Nie!” i czyjeś błaganie o pomoc.

— Czy pamiętasz, co ci mówiłyśmy o przeganianiu koszmarów? — spytała Elayne.

Siuan, z oczyma utkwionymi w rozgrywającej się przed nią scenie, przytaknęła.

— Trzeba zaprzeczać ich realności. Postarać się umocnić w umyśle taki obraz rzeczy, jaki w rzeczywistości zazwyczaj oglądamy.

Na tym polegał błąd Sheriam, błąd wszystkich Aes Sedai prawdopodobnie. Chcąc walczyć z koszmarem, próbowały przenosić i tym samym zaakceptowały go jako coś realnego. I przez tę akceptację dały się do niego wciągnąć, co miało ten sam skutek, jakby zwyczajnie do niego weszły, stawały się bowiem całkiem bezradne aż do czasu, zanim nie przypomną sobie tego, o czym zapomniały. Jak dotąd, nie zdradzały śladu choćby oznak, by im się to miało udać. Coraz głośniejsze okrzyki zdawały się wwiercać w głąb czaszki Elayne.

— Korytarz — mruknęła, starając się uformować w głowie jego obraz, dokładnie tak jak wyglądał, gdy go widziała po raz ostatni. — Myśl o korytarzu w taki sposób, w jaki go zapamiętałaś.

— Staram się, dziewczyno — warknęła Siuan. — Ale mi nie wychodzi.

Elayne westchnęła. Siuan miała rację. W roztaczającej się przed nimi scenerii nie zachwiała się nawet jedna kreska. Głowa Sheriam omalże wibrowała nad metalowym całunem, który okrywał resztę jej ciała. Wycie Morvrin przerodziło się w wymuszone rzężenie; Elayne wydawało się niemalże, że słyszy, jak rozrywane są jej stawy. Włosy Carlinyi, zwisające poniżej jej głowy, dotykały już prawie skłębionej powierzchni wrzącego oleju. Dwie kobiety to za mało. Koszmar był zbyt przemożny.

— Potrzebujemy innych — stwierdziła.

— Leane i Nynaeve? Dziewczyno, żebym to ja wiedziała, gdzie je znaleźć. Przecież Sheriam i reszta mogą umrzeć, zanim... — Zawiesiła głos, zagapiona na Elayne. — Nie masz na myśli Leane i Nynaeve, prawda? Mówisz o Sheriam i... — Elayne tylko skinęła głową; była zbyt przerażona; by coś powiedzieć. — One nas stamtąd, moim zdaniem, ani nie słyszą, ani nie widzą. Te trolloki nawet nie zerknęły w naszą stronę. To oznacza, że musimy spróbować od wewnątrz. — Elayne znowu przytaknęła. — Dziewczyno — powiedziała Siuan głosem pozbawionym barwy — masz odwagę lwa i być może rozum rybołowa. — Ciężko westchnąwszy, dodała: — Ale sama też nie widzę innego sposobu.

Elayne zgadzała się z nią w każdej z tych kwestii, wyjąwszy odwagę. Gdyby tak silnie nie zwarła kolan, to zapewne padłaby jak nieżywa na tę posadzkę wyłożoną płytkami we wzory z barw wszystkich Ajah. Dotarło do niej, że w ręku trzyma miecz, wielki połyskujący kawał stali, absolutnie bezużyteczny, nawet gdyby wiedziała, jak nim władać. Wypuściła go z ręki i miecz zniknął, zanim dotknął posadzki.

— Czekanie w niczym nie pomoże — mruknęła. Minie jeszcze trochę czasu i ta odrobina odwagi, którą jakoś w sobie znalazła, z całą pewnością wyparuje.

Razem z Siuan podeszła w stronę pasa granicznego. Dotknęła go stopą i nagle poczuła, że coś ją wciąga, zasysa niczym wodę przez słomkę.

W jednej chwili stała w korytarzu, wpatrzona w okropieństwa, w następnej leżała na brzuchu, na szorstkim szarym kamieniu, z rękoma i nogami związanymi ciasno razem z tyłu ciała i te wszystkie okropieństwa ją otaczały. Grota ciągnęła się w nieskończoność, we wszystkich kierunkach; korytarz Wieży jakby przestał istnieć. Powietrze wypełniały wrzaski odbijające się echem od skalnych ścian i sklepienia naszpikowanego stalaktytami. W odległości kilku kroków od niej, na buzującym ognisku stał ogromny czarny kocioł. Trollok z ryjem i kłami dzika wrzucał do ognia bulwy jakichś korzeni. Kocioł do gotowania. Trolloki jadły wszystko. Łącznie z ludźmi. Pomyślała o swych rękach i nogach jako wolnych, ale szorstki sznur nadal wpijał się w jej ciało. Zniknął nawet blady cień saidara; Prawdziwe Źródło nie istniało już dla niej, nie tutaj. Koszmar, który dział się naprawdę, a ona dała się przezeń pochwycić, i to na dobre.

W chór panicznych wrzasków wcięły się zbolałe pojękiwania Siuan.