Выбрать главу

— Co mam ci pokazać? — spytała Moghedien obojętnym tonem. Zawsze musiały jej mówić, czego od niej chcą. W zasadzie nigdy nie mówiła niczego dobrowolnie, chyba że wywarły na nią presję, w sposób, który zdaniem Nynaeve ocierał się o tortury.

— Spróbujemy czegoś, czego dotąd nie bardzo potrafiłaś się nauczyć. Wykrywanie przenoszącego mężczyzny. — Jak dotąd była to jedyna rzecz, której ona i Elayne nie potrafiły szybko sobie przyswoić. A mogła się przydać, gdyby jednak postanowiła jechać do Caemlyn.

— To nie jest łatwe, zwłaszcza że nie mamy mężczyzny, na którym można by ćwiczyć. Szkoda, że nie potrafisz Uzdrowić Logaina. — Ani w głosie, ani na twarzy Moghedien nie było śladu drwiny, ale zerknęła na Nynaeve i pospiesznie mówiła dalej: — Ale możemy znowu poćwiczyć z samymi formami.

Lekcja doprawdy nie była łatwa. Żadna, jak dotąd, nie była, nawet jeśli dotyczyła czegoś, czego Nynaeve potrafiła nauczyć się natychmiast, po tym, jak kształt splotów stał się dla niej oczywisty. Moghedien nie mogła przenosić, jeśli Nynaeve jej nie pozwoliła, jeśli nią, w rzeczy samej, nie kierowała, ale podczas każdej nowej lekcji Moghedien musiała udzielić wskazówki co do przebiegu splotów. Stworzył się z tego wszystkiego niezły galimatias, z takiego przede wszystkim powodu, że nie mogły uczyć się od Moghedien codziennie kilkunastu rzeczy. W tym przypadku Nynaeve już miała jakieś pojęcie, jak tkane są sploty, ale była to skomplikowana koronka z wszystkich Pięciu Mocy, w porównaniu z którą Uzdrawianie zdawało się całkiem proste, a wzór tej koronki przemieniał się z nieprawdopodobną prędkością. Cała trudność wynikała z faktu, że nie używano tej koronki zbyt często, twierdziła Moghedien. Poza tym człowiek nabawiał się potężnego bólu głowy, jeśli utrzymywał ją zbyt długo.

Nynaeve ułożyła się z powrotem na łóżku i starała się pracować najwydajniej, jak potrafiła. Gdyby rzeczywiście pojechała do Randa, to mogłaby tego potrzebować, a nie było jak orzec, kiedy to nastąpi. Poza tym wszystkie sploty przenosiła sama; sporadyczne myśli na temat Lana albo Theodrin sprawiały, że jej gniew osiągnął właściwe natężenie. Prędzej czy później, Moghedien będzie musiała odpowiedzieć za swe zbrodnie i gdzie wtedy będzie Nynaeve, przyzwyczajona do korzystania z potęgi tej kobiety, kiedy tylko zapragnęła? Musiała żyć i pracować zgodnie z własnymi ograniczeniami. Czy Theodrin znajdzie sposób na zniesienie jej blokady? Lan na pewno żył, więc będzie go mogła odnaleźć. Zwykła początkowo obolałość zmieniła się w prawdziwy ból, który przewiercał jej skronie na wskroś. Wokół oczu Moghedien pojawiło się napięcie i niekiedy tarła się po głowie, ale oprócz strachu przez bransoletę przepływało coś jeszcze, coś, co omalże zdawało się zadowoleniem. Nynaeve podejrzewała, że z uczenia człowiek zawsze czerpie jakąś satysfakcję, nawet jeśli robi to z niechęcią. Nie była pewna, czy jej się to podoba, że Moghedien okazuje takie normalne, ludzkie reakcje.

Nie bardzo też wiedziała, jak długo już trwa ta lekcja, podczas której Moghedien cały czas mamrotała: “Prawie” albo “Nie całkiem”, ale kiedy drzwi znowu otwarły się z trzaskiem, mało brakowało, a byłaby stanęła na baczność na materacu. Nagłemu rozbłyskowi strachu u Moghedien odpowiadałoby wycie w przypadku innej kobiety.

— Nynaeve, słyszałaś? — spytała Elayne, otwierając drzwi. — Przybyła emisariuszka z Wieży, od Elaidy.

Nynaeve zapomniała słowa, których omal nie wykrzyknęła, gdyby jej serce nie uwięzło w gardle. Zapomniała nawet o bólu głowy.

— Emisariuszka? Jesteś pewna?

— Oczywiście, że jestem pewna, Nynaeve. Myślisz, że przybiegłam tu po to, żeby plotkować? Cała wioska jest postawiona na nogi.

— Nie rozumiem, dlaczego — odparła kwaśno Nynaeve. Znowu jej zaczęło coś szumieć w głowie. I cała gęsia mięta ukryta w torbie z ziołami pod łóżkiem nie uspokoiłaby tego pieczenia w żołądku. Czy ta dziewczyna nigdy nie nauczy się pukać? Moghedien przyciskała obie ręce do żołądka, jakby jej też mogła się przydać gęsia mięta. — Przecież im mówiłyśmy, że Elaida wie o Salidarze.

— Może nam uwierzyły — odrzekła Elayne, siadając na skraju łóżka Nynaeve — a może nie, ale teraz już na pewno musiało do nich dotrzeć. Elaida wie nie tylko, gdzie jesteśmy, ale najprawdopodobniej również to, do czego zmierzamy. Każdy ze sług mógł być jej szpiegiem. Może nawet niektóre z sióstr. Widziałam przelotnie tę emisariuszkę, Nynaeve. Jasne włosy i niebieskie oczy, które potrafiłyby zamrozić słońce. Faolain powiedziała, że to Czerwona, nazywa się Tarna Feir. Eskortuje ją jeden ze Strażników. Kiedy na ciebie patrzy, to tak jakby patrzyła na kamień.

Nynaeve spojrzała na Moghedien.

— Na razie zakończymy naszą lekcję. Wróć za godzinę, to będziesz mogła zaścielić łóżka. — Z zaciśniętymi ustami i mnąc spódnice w garści, zaczekała, aż Moghedien wyjdzie, po czym odwróciła się z powrotem w stronę Elayne. — Jakie... wieści przywiozła?

— Oczywiście nic mi nie powiedziały, Nynaeve. Wszystkie Aes Sedai, które minęłam po drodze, zastanawiały się nad tym samym. Słyszałam, że podobno Tarna się roześmiała, kiedy jej powiedziano, że zostanie przyjęta przez Komnatę Wieży. I to wcale nie tak, jakby ją to rozbawiło. Nie sądzisz chyba... — Elayne przez chwilę zagryzała dolną wargę. — Nie sądzisz chyba, że one naprawdę postanowiły...

— Wracać? — powiedziała z niedowierzaniem Nynaeve. — Elaida zażąda, by przedostatnie dziesięć mil pokonały na klęczkach, a ostatnią na brzuchach! Nawet gdyby tego nie zażądała, nawet jeśli ta Czerwona powie: “Wracajcie do domu. Wszystko wam wybaczono, czekamy z kolacją”, to czy sądzisz, że mogłyby, ot tak, zbagatelizować sprawę Logaina?

— Nynaeve, Aes Sedai zbagatelizowałyby wszystko, byle tylko na powrót scalić Białą Wieżę. Wszystko. Ty ich nie rozumiesz tak jak ja; od dnia, w którym się urodziłam w pałacu, zawsze były Aes Sedai. Pytanie teraz brzmi, co Tarna powie Komnacie? I co one powiedzą jej?

Nynaeve z irytacją roztarła ramiona. Nie znalazła żadnej odpowiedzi, a tylko same nadzieje. i, na dodatek, zmysł wyczuwania pogody podpowiadał jej, że ta burza gradowa, której tu wcale nie było, bije już w dachy Salidaru niczym w bębny. To uczucie miało jej towarzyszyć przez wiele kolejnych dni.

9

Plany

— To ty kazałeś sprowadzić Iluminatorów do Amadoru? — Wielu wzdrygnęłoby się, słysząc tak zimny ton z ust Pedrona Nialla, ale nie mężczyzna, który stał na złotym słońcu osadzonym w posadzce, przed prostym krzesłem z wysokim oparciem, na którym zwykł zasiadać Niall. Biły od niego pewność siebie i doświadczenie. Niall kontynuował: — Nie bez powodu wydałem rozkaz, by dwa tysiące Synów strzegło granicy z Tarabon, Omerna. Tarabon jest objęty kwarantanną. Nikomu nie wolno przekroczyć granicy. Nie przeleciałaby ani jedna jaskółka, gdyby to ode mnie zależało.

Wygląd Omerny mógł posłużyć za wzór typowego oficera Synów Światłości: wysoki i władczy, o silnie zaznaczonym podbródku, z falami siwizny na skroniach. Ciemne oczy sprawiały wrażenie zdolnych do przyglądania się bez najmniejszego strachu nie tylko polu najzagorzalszej bitwy, co zresztą w istocie nieraz im się zdarzało czynić. W tym momencie ich wyraz zdawał się wskazywać, że Omerna głęboko się nad czymś zastanawia. Znakomicie na nim leżał biało-złoty kaftan lorda kapitana, Pomazańca Światłości.

— Lordzie Kapitanie Komandorze, oni chcą tutaj założyć kapitułę. — Jego głos, głęboki i melodyjny, harmonizował z całością obrazu. — Iluminatorzy podróżują po całym świecie. Zapewne uda się przemycić agentów do ich szeregów. Agentów, którzy będą witani w każdym mieście, na dworze każdego arystokraty, w pałacu każdego władcy. — Abdel Omerna uchodził za stosunkowo pośledniego członka Rady Pomazańców. W rzeczywistości był mistrzem szpiegów Synów Światłości. Poniekąd. — Pomyśl o tym!