Выбрать главу

— A jak byś to przedstawiał? Nie będę wszczynał plotek, że Synowie układają się z wiedźmami.

— To byłaby jedynie plotka, mój panie. — Wzrok Nialla stwardniał i Balwer rozłożył ręce. — Jak mój pan sobie życzy. Każde powtórzenie dodaje kolejnych upiększeń, ale zawsze istnieje szansa, że przetrwa rdzeń najprostszej opowieści. Sugeruję cztery plotki, mój panie, nie tylko jedną. Pierwsza, że do rozłamu w Wieży doszło z powodu buntu Czarnych Ajah. Druga, że Czarne Ajah wygrały i opanowały Wieżę. Trzecia: Aes Sedai w Salidarze, odrzucone i przerażone, wyrzekają się przynależności do Aes Sedai. I wreszcie czwarta, że mianowicie zwróciły się do ciebie w poszukiwaniu litości i ochrony. Dla większości ludzi jedna stanowić będzie potwierdzenie innych. — Skubiąc się za klapy, Balwer uśmiechnął się skąpym uśmieszkiem, pełnym samozadowolenia.

— Znakomicie, Balwer. Niech tak będzie. — Niall upił spory łyk wina. Upał sprawiał, że tym dotkliwiej odczuwał swoje lata. Miał wrażenie, że skruszały mu kości. Ale będzie żył jeszcze dostatecznie długo, by zobaczyć, jak fałszywy Smok upada, a świat się jednoczy, gotów stawić czoło Tarmon Gai’don. Nawet jeśli nie będzie żył, by dowodzić podczas Ostatniej Bitwy, to Światłość zapewne tym mu wynagrodzi. — I chcę także, by odnaleziono Elayne Trakand oraz jej brata Gawyna, Balwer, i sprowadzono ich do Amadoru. Dopilnuj tego. A teraz możesz mnie zostawić samego.

Zamiast wyjść, Balwer zawahał się.

— Mój pan wie, że nigdy nie sugeruję, jak postępować.

— Ale teraz zamierzasz coś zasugerować? Cóż to takiego?

— Przyciśnij Morgase, mój panie. Minął miesiąc z okładem, a ona ciągle jeszcze rozważa propozycję mojego pana. Ona...

— Dość, Balwer. — Niall westchnął. Czasami żałował, że Balwer nie jest Amadicianinem, tylko Cairhienianinem, który wyssał Grę Domów z mlekiem matki. — Morgase jest z każdym dniem coraz bardziej ode mnie uzależniona, niezależnie od tego, co jej samej się zdaje. Bardziej by mi się co prawda podobało, gdyby uległa od razu... już dziś mógłbym wywołać ferment, który by zaowocowałby powstaniem Andoru przeciwko al’Thorowi, wzmacniając dodatkowo zaczyn niemałą liczbą Synów... niemniej jednak każdy dzień, jaki ona spędzi u mnie w gościnie, będzie ją przywiązywał coraz mocniej. Ostatecznie odkryje, że weszła ze mną w sojusz, ponieważ świat uważa ją za moją sojuszniczkę, związaną tak mocno, że nigdy przed tym nie ucieknie. I nikt nigdy nie powie, że ja ją zniewoliłem, Balwer. To ważne. Zawsze trudniej porzucić sojusz, do którego zdaniem świata weszło się dobrowolnie, niż taki, który zgodnie z dowodami został wymuszony. Bezmyślny pośpiech prowadzi do katastrofy, Balwer.

— Skoro tak mój pan mówi.

Niall odprawił go gestem i mężczyzna skłonił się do wyjścia. Balwer nic nie rozumiał. Morgase była trudną przeciwniczką. Poddana zbyt wielkiej presji, odwróci się i będzie walczyła wszelkimi dostępnymi środkami. Niemniej jednak poddana dostatecznej presji przystąpi do walki z tym wrogiem, którego podsunie jej wyobraźnia i w ogóle nie zauważy pułapki budującej się wokół niej, dopóki nie będzie za późno. Czas go ponaglał — wszystkie przeżyte lata, wszystkie miesiące, których rozpaczliwie potrzebował — ale nie zamierzał dopuścić, by pośpiech zniweczył jego plany.

Sokolica rzuciła się na dużą kaczkę w eksplozji piór i po chwili dwa ptaki rozdzieliły się; truchło kaczki zaczęło koziołkować w stronę ziemi. Sokolica wykonała ostry skręt na tle bezchmurnego nieba, po czym ponownie runęła na spadającą ofiarę i schwytała ją w szpony. Ledwie radziła sobie z tym ciężarem, ale uporczywie, mozolnie wracała do czekających na nią ludzi.

Morgase zastanawiała się, czy ona sama przypadkiem nie przypomina tej sokolicy, zbyt dumna i zbyt zdeterminowana, by pojąć, że mogą jej nie utrzymać skrzydła, bowiem łup, na jaki zapolowała, okazał się zbyt ciężki. Próbowała zmusić odziane w rękawice dłonie, by poluźniły uścisk na wodzach. Biały kapelusz z szerokim rondem, ozdobiony długimi białymi piórami, dawał niejaką osłonę przed niemiłosiernym słońcem, ale na jej twarzy i tak gromadziły się paciorki potu. W sukni do konnej jazdy z zielonego jedwabiu haftowanego złotem zupełnie nie wyglądała na więźniarkę.

Ludzkie sylwetki, na koniach i piesze, wypełniały długie pastwisko porośnięte wyschłą i zbrązowiałą trawą, nie tworząc jednakże na nim tłoku. Grupka muzyków w niebieskich kaftanach haftowanych białą nicią, z fletami, bitternami i tamburynami, wygrywała beztroską melodię, doskonale się nadającą na popołudnie spędzone przy schłodzonym winie. Kilkunastu sokolników w długich zdobnych skórzanych kamizelach nałożonych na bufiaste białe koszule gładziło sokoły w kapturach siedzące na ich urękawicznionych dłoniach, albo paliło krótkie fajki, okadzając swoje ptaki kłębami niebieskiego dymu. Dwukrotnie więcej służących uwijało się z tacami pełnymi owoców i złotych pucharów z winem, a tuż pod drzewami o przeważnie już nagich gałęziach stali odziani w lśniące kolczugi mężczyźni, tworząc pierścień wokół pastwiska. Wszystko po to, by dogodzić Morgase i jej świcie, by dopilnować bezpiecznego przebiegu polowania z sokołami.

Cóż, taki przynajmniej podano powód, mimo iż ludzie Proroka znajdowali się w odległości dobrych dwustu mil na północ, a bandyci raczej nie mogli kręcić się tak blisko Amadoru. A poza tym, jeśli się nie policzyło kobiet zbitych w gromadkę na ich klaczach i wałachach, w sukniach do konnej jazdy z barwnych jedwabi i w kapeluszach z szerokim rondem, olśniewających kolorowymi piórami, z włosami utrefionymi w długie loki — obecnie najmodniejsze na amadiciańskim dworze, to tak naprawdę świta Morgase składała się jedynie z Basela Gilla, niezdarnie usadowionego na koniu, w kamizeli ozdobionej metalowymi krążkami, naciągniętej na pas opinający czerwony jedwabny kaftan, który zamówiła dla niego, żeby nie wyglądał gorzej od służących, oraz Paitra Conela, jeszcze bardziej niezdarnego, w czerwono-białym kaftanie pazia i demonstrującego to samo zdenerwowanie, które zdradzał od momentu, gdy przyłączyła go do swej grupy. Kobiety były szlachciankami z dworu Ailrona, które “zgłosiły się na ochotnika”, żeby zostać dwórkami Morgase. Biedny pan Gill wodził palcami po swym mieczu i posępnie przypatrywał się pilnującym ich Białym Płaszczom. Którzy jak zawsze, gdy eskortowali ją na zewnątrz Fortecy Światłości, nie mieli na sobie białych płaszczy. I jak zawsze stanowili jej straż. Gdyby spróbowała odjechać zbyt daleko, albo pozostać zbyt długo poza fortecą, wówczas ich dowódca, twardooki młody człowiek o nazwisku Norowhin, który nie znosił udawać, że jest kimś innym a nie Białym Płaszczem, zapewne, jak to czynił już wcześniej, “sugerowałby”, by wróciła do Amadoru, jako powód podając narastający upał czy też nagłe nadejście pogłosek o bandytach grasujących na tym terenie. Nie sposób było się sprzeczać z pięćdziesięcioma uzbrojonymi mężczyznami, tak by jednocześnie zachować godność. Za pierwszym razem Norowhin o mały włos byłby jej odebrał wodze. Z tej właśnie przyczyny nie pozwalała Tallanvorowi towarzyszyć sobie podczas tych przejażdżek. Ten młody dureń domagałby się szacunku dla jej honoru i praw, nawet gdyby miał przeciwko sobie stu ludzi. Obecnie wszystkie swe wolne godziny spędzał na ćwiczeniu walki z mieczem, jakby się spodziewał, że będzie musiał wyrąbać dla niej drogę do wolności.

Ni stąd, ni zowąd, jej twarz omiótł nagły podmuch powietrza i wtedy zorientowała się, że to Laurain wychyliła się ze swego siodła, by ją powachlować wachlarzem z białej koronki. Ta szczupła, młoda kobieta o ciemnych oczach osadzonych nieco zbyt blisko siebie miała wiecznie nadąsaną minę.