— Jakże musi być Waszej Wysokości przyjemnie, gdy się dowiaduje, ze jej syn wstąpił do Synów Światłości. I że tak szybko dosłużył się awansu.
— To nie powinno dziwić — stwierdziła Altalin, wachlując pulchną twarz. — Nie powinno dziwić, że syn Jej Wysokości szybko dostąpił wysokiego stanowiska, tak jak nie dziwi słońce, gdy wschodzi w całej swojej krasie.
Morgase z trudnością zachowała niewzruszone oblicze. Wieści, które Niall dostarczył ostatniego wieczora, podczas jednej z jego niespodziewanych wizyt, całkiem ją zaszokowały. Galad Białym Płaszczem! Przynajmniej nic mu nie groziło, jak twierdził Niall. Nie mógł jej odwiedzić; zatrzymywały go obowiązki Syna Światłości. Ale z pewnością będzie członkiem jej eskorty, kiedy będzie wracała do Andoru na czele armii Synów.
Nie, Galad nie był bardziej bezpieczny niż Elayne albo Gawyn. Może nawet jeszcze mniej. Oby Światłość sprawiła, by Elayne nic nie groziło w Białej Wieży. Oby Światłość sprawiła, by Gawyn żył; Niall twierdził, że nie wie, gdzie on jest, prócz tego, że na pewno nie w Tar Valon. Galad był niczym nóż przyłożony do jej gardła. Niall nie będzie nigdy taki brutalny, by to w ogóle zasugerować, ale jeden jego prosty rozkaz mógł posłać Galada tam, gdzie z pewnością czekałaby go śmierć. Chroniło go tylko przekonanie Nialla, iż ona nie interesuje się jego losem w takim samym stopniu jak losami Elayne i Gawyna.
— Cieszę się w jego imieniu, jeśli on do tego właśnie dążył — odparła obojętnym tonem. — Ale to syn Taringaila, nie mój. Musicie zrozumieć, małżeństwo z Taringailem było podyktowane interesami państwa. Może to dziwne, ale on umarł tak dawno, że z trudem sobie przypominam jego twarz. Galad ma prawo postępować, jak zechce. To Gawyn będzie Pierwszym Księciem Miecza, kiedy Elayne zastąpi mnie na Tronie Lwa. — Gestem ręki odprawiła służącego, który podsunął w jej stronę puchar na tacy. — Niall mógłby nam przynajmniej dostarczyć jakiegoś zacniejszego wina. — Odpowiedziała jej fala zaniepokojonego świergotania. Osiągnęła już niejakie sukcesy w nawiązywaniu z nimi bliższych stosunków, żadna jednakże nie potrafiła zachowywać się beztrosko, gdy obrażano Pedrona Nialla, zwłaszcza w miejscu, gdzie było wielu gotowych mu natychmiast o tym donieść. Morgase korzystała więc z każdej okazji, by tak postąpić, wiedząc, że jest przez nie słyszana. To je przekonywało o jej odwadze, które to przekonanie było ważne, jeśli miała zawrzeć jakiś bodaj częściowy sojusz. Być może nawet tym ważniejsze, przynajmniej dla stanu jej umysłu, że pomagało podtrzymać iluzję, iż nie jest więźniem Nialla.
— Słyszałam, że ponoć Rand al’Thor wystawia na pokaz Tron Lwa niczym trofeum myśliwskie.
To powiedziała Marande, piękna kobieta o twarzy w kształcie serca, nieco starsza od pozostałych. Siostra Głowy Domu Algoran, sama dysponowała władzą, być może dostateczną, by móc stawić opór Ailronowi, ale na pewno nie Niallowi. Pozostałe ściągnęły wodze wierzchowców, by podjechać bliżej Morgase. Wejście w jakiś sojusz albo nawiązanie przyjaźni z Marande zupełnie nie wchodziło w rachubę.
— Też o tym słyszałam — odparła pogodnym tonem Morgase. — Lew to niebezpieczne zwierzę, jeśli na nie polować, a tym bardziej Tron Lwa. Zwłaszcza dla mężczyzny. Zabija tych, którzy chcą go zdobyć.
Marande uśmiechnęła się.
— Słyszałam też, że on obdarza wysokimi stanowiskami mężczyzn, którzy potrafią przenosić.
To stwierdzenie spowodowało, że pozostałe kobiety z niepokojem zaszemrały, a w ich oczach rozbłysnął lęk. Jedna z młodszych kobiet, drobna i niemalże zasługująca jeszcze na miano dziewczyny, zachwiała się w siodle z wysokim łękiem, jakby zaraz miała zemdleć. Wieści o amnestii al’Thora mnożyły się w dziesiątki przerażających opowieści; plotek jedynie, na co gorączkowo liczyła Morgase. Oby Światłość sprawiła, żeby to zgromadzenie przenoszących mężczyzn w Caemlyn, hulające po pałacu i terroryzujące miasto, to była tylko plotka.
— Dużo słyszycie — powiedziała Morgase. — Czy cały swój czas spędzacie na nasłuchiwaniu pod drzwiami, w których są jakieś szpary?
Uśmiech Marande pogłębił się. Nie była w stanie oprzeć się presji i została jedną z dwórek Morgase, ale dzięki swej wysokiej pozycji w hierarchii władzy mogła bez strachu okazywać niezadowolenie. Przypominała cierń wbity głęboko w stopę, który nie daje się wyciągnąć i przy każdym kroku mocno kłuje.
— Niewiele mi czasu zostaje poza przyjemnością usługiwania Waszej Wysokości, by gdziekolwiek nasłuchiwać, ale zaiste staram się łapać wszelkie wieści o Andorze. Po to, by mieć o czym konwersować z Waszą Wysokością. Słyszałam, że fałszywy Smok każdego dnia spotyka się z andorańskimi arystokratami. Przeważnie z lady Arymillą i lady Naean oraz lordem Jarinem i lordem Lirem. A także z innymi, z ich przyjaciółmi.
Jeden z sokolników podniósł w stronę Morgase zakapturzonego smukłego ptaka o szarym upierzeniu z wyróżniającymi się czarnymi skrzydłami. Sokolica umościła się na jego rękawicy, pobrzękując srebrnymi dzwoneczkami umocowanymi przy pętach.
— Dziękuję ci, ale na dzisiaj mam dość polowania — powiedziała Morgase, po czym podniosła głos: — Panie Gill, proszę przywołać eskortę. Wracam do miasta.
Gill wzdrygnął się. Znakomicie wiedział, że jest tu tylko po to, by jechać tuż za nią, ale zaczął machać rękoma i wykrzykiwać rozkazy w stronę Białych Płaszczy, jakby wierzył, że go usłuchają. Morgase natychmiast zawróciła swą czarną klacz. Rzecz jasna, nie przymusiła zwierzęcia do szybszej jazdy, puściła ją truchtem. Norowhin rzuciłby się na nią z prędkością błyskawicy, gdyby tylko uznał, że rozważa możliwość ucieczki.
Tak czy inaczej, Białe Płaszcze, pozbawione swoich płaszczy, poderwały się do galopu, by utworzyć jej eskortę, ledwie klacz zdążyła pokonać dziesięć kroków, a nim dotarła do skraju łąki, u boku Morgase był już Norowhin; kilkunastu ludzi jechało w przedzie, a reszta tuż za nimi. Słudzy, muzycy i sokolnicy zostali, by wszystko pozbierać i czym prędzej udać się ich śladem.
Gill i Paitr zajęli swoje stanowiska za jej plecami, dalej jechały dwórki. Marande obnosiła się ze swym uśmiechem, jakby to była jakaś odznaka triumfu, ale pozostałe krzywiły się z dezaprobatą. Niezbyt otwarcie — z tą kobietą trzeba się było liczyć w Amadicii, nawet jeśli musiała ustąpić Niallowi — niemniej jednak większość z nich starała się jak najlepiej wywiązać z zadania, którym obarczono je wbrew ich woli. Najprawdopodobniej liczne usługiwałyby Morgase dobrowolnie; nie podobał im się natomiast przymus rezydowania w Fortecy Światłości.
Morgase sama by się uśmiechnęła, gdyby mogła być pewna, ze Marande tego nie zauważy. Jedynym powodem, dla którego już wiele tygodni temu nie uparła się, by tę kobietę odesłano, była swoboda, z jaką ta rozpuszczała swój język. Marande uwielbiała jej dokuczać, stale przypominając o tym, jak znacząca była utrata jej władzy nad Andorem, niemniej jednak nazwiska, które wymieniała, były niczym balsam dla uszu Morgase. Sami mężczyźni i kobiety, którzy byli jej przeciwnikami podczas Sukcesji, sami pochlebcy Gaebrila. Nie zaskoczyli jej swoim postępowaniem w najmniejszym stopniu. Byłoby całkiem inaczej, gdyby Marande wymieniała innych. Na przykład lorda Pelivara, Abelle albo Luana, lady Arathelle, Ellorien albo Aemlyn. Albo jeszcze innych. Marande w swoich docinkach ani razu nie wymieniła tych nazwisk, a uczyniłaby to na pewno, gdyby jakiś najcichszy nawet podszept z Andoru kazał jej zwrócić na nie uwagę. Dopóki Marande o nich nie wspominała, dopóty istniała bodaj nadzieja, że jeszcze nie uklękli przed al’Thorem. Wsparli kiedyś roszczenia Morgase wobec tronu i mogli to uczynić raz jeszcze, jeżeli taka wola Światłości.