Выбрать главу

O tak, zamieniłby wszystkie te ukłony i dygnięcia, wszystkie te straże honorowe, wszystkie te problemy i powinności, wszystkich tych ludzi, których potrzeby należało zaspokoić, na czasy, kiedy musiał się troszczyć wyłącznie o własny kaftan. Rzecz jasna, w tamtych czasach wcale nie byłoby mu wolno przechadzać się tak swobodnie po tych korytarzach, z pewnością nie bez towarzystwa jakiejś straży, takiej, która by pilnowała, czy nie zwędzi ukradkiem srebrno-złotego kielicha stojącego w niszy w ścianie albo figurki z kości słoniowej ze stołu inkrustowanego lazurytem.

Przynajmniej tego ranka nie słyszał głosu Lewsa Therina pomrukującego we wnętrzu jego głowy. I w pełni opanował tę sztuczkę, którą pokazał mu Taim; po twarzy Bashere pot ściekał strumieniami, natomiast na niego upał ledwie działał. Miał na sobie haftowany srebrem kaftan z szarego jedwabiu, zapinany pod szyję, a mimo to nie wypocił ani kropli, nawet jeśli było mu nieco za ciepło. Taim go zapewnił, że po jakimś czasie nie będzie w ogóle odczuwał ani upału, ani zimna, nawet takich temperatur, które innego człowieka uczyniłyby niezdolnym do działania. Ten zabieg polegał na zdystansowaniu się w stosunku do samego siebie, na szczególnej wewnętrznej koncentracji, co trochę przypominało sposób, w jaki on przygotowywał się do objęcia saidina. Dziwne, zdawał się tak bliski Mocy, a mimo to nie miał z nią nic wspólnego. Czy Aes Sedai robiły to samo? Nigdy nie widział ani jednej spoconej. Czy na pewno?

Zaniósł się nagle głośnym śmiechem. On się zastanawia, czy Aes Sedai się pocą! Może jeszcze nie oszalał, ale na pewno mógł ujść za durnia z wełną zamiast mózgu.

— Czyżbym powiedział coś śmiesznego? — spytał oschłym tonem Bashere, przeciągając kłykciami po wąsach. Niektóre Panny spojrzały na niego wyczekująco; cały czas robiły, co mogły, by zrozumieć poczucie humoru mieszkańców bagien.

Rand nie miał pojęcia, jakim sposobem Bashere zachowuje taki spokój umysłu. Tego właśnie ranka do pałacu dotarły wieści o walkach toczących się między poszczególnymi krainami Ziem Granicznych. Opowieści podróżników kiełkowały niczym chwasty po deszczu, ale te nadeszły z północy, najwyraźniej wraz z kupcami, którzy dotarli co najmniej aż do samego Tar Valon. Informacje nie precyzowały, ani gdzie się te walki toczą, ani też kto jest w nie zaangażowany. Saldaea wchodziła w rachubę tak samo jak każdy inny kraj, a Bashere nie słyszał, co się tam dzieje od czasu, gdy stamtąd przed wieloma miesiącami wyjechał. Sądząc jednakże po reakcji, jaką wywołały w nim te wieści, równie dobrze mógł się dowiedzieć, że cena rzepy poszła w górę.

Rzecz jasna, Rand sam nie miał pojęcia o tym, co się działo w Dwu Rzekach — chyba że te mgliste pogłoski o powstaniu gdzieś na zachodzie dotyczyły także jego rodzinnych stron; w tych czasach prawdą mogło być wszystko albo nic — dla niego jednakże to nie było to samo. Porzucił Dwie Rzeki. Aes Sedai miały szpiegów wszędzie i nie założyłby się nawet o miedziaka, czy nie mają ich również Przeklęci. Smok Odrodzony nie miał powodów, żeby interesować się wioską wielkości muszej kropki, w której wychował się Rand al’Thor; daleki był od tego. W przeciwnym razie Pola Emonda można by użyć jakoś przeciwko niemu, choćby w charakterze zakładnika. A mimo to nie zamierzał dzielić włosa na czworo, nawet w rozmowach z samym sobą. Porzucenie to porzucenie.

“Nawet gdybym potrafił jakoś uciec przed swoim przeznaczeniem, to czy na to zasługuję?”

To była jego własna myśl, nie Lewsa Therina. Rozprostowując ramiona, w których nagle odezwał się tępy ból, postarał się, by jego głos zabrzmiał beztrosko:

— Wybacz mi, Bashere. Przyszło mi do głowy coś dziwnego, ale słuchałem cię. Mówiłeś, że w Caemlyn panuje przeludnienie. Na każdego człowieka, który uciekł, ponieważ się bał fałszywego Smoka, przybywa dwóch takich, dla których nie jestem fałszywym Smokiem i dlatego oni się nie boją. Widzisz?

Burknięcie Bashere mogło być dowolnie zrozumiane.

— Ilu tu przybywa z innych powodów, Randzie al’Thor? — Bael był najwyższym człowiekiem, jakiego Rand w życiu widział, o dobrą dłoń wyższy od niego samego. Stanowił dziwaczny kontrast w porównaniu z Bashere, który był niższy od wszystkich Panien z wyjątkiem Enaili. Ciemnorude włosy Baela były gęsto przetykane siwizną, ale twarz miał pociągłą i surową, a w jego niebieskich oczach zastygły ostre błyski. — Twoimi wrogami można by obdzielić stu ludzi. Zapamiętaj moje słowa, będą znowu próbowali cię atakować. Mogą wśród nich być nawet Jeźdźcy Cienia.

— Jeśli nawet nie ma wśród nich żadnych Sprzymierzeńców Ciemności — wtrącił Bashere — to w takim mieście kłopoty wrą niczym herbata pozostawiona na ogniu. Wielu ludzi oberwało porządne cięgi, najwyraźniej za to, że wątpili, byś ty był Smokiem Odrodzonym, a jeden biedak został wywleczony z tawerny do jakiejś stodoły i powieszony na krokwiach za to, że naśmiewał się z twoich cudów.

— Moich cudów? — spytał z niedowierzaniem Rand.

Jakiś pomarszczony, siwowłosy sługa, w za dużym kaftanie od liberii i z wielkim wazonem w rękach, który starał się jednocześnie ukłonić i zejść im z drogi, potknął się i upadł na plecy. Jasnozielony wazon z cienkiej jak papier porcelany — wyrób Ludu Morza — przeleciał mu nad głową i pokoziołkował przez posadzkę wykładaną ciemnoczerwonymi płytkami, turlając się i podskakując, dopóki nareszcie nie znieruchomiał w odległości jakichś trzydziestu kroków. W pozycji pionowej. Staruszek zaskakująco rześko poderwał się na nogi i pobiegł do wazonu, gładząc go dłońmi i pokrzykując z równym niedowierzaniem co z ulgą, gdy nie znalazł ani szczerby, ani rysy. Inni słudzy patrzyli na to wszystko z równą podejrzliwością, po czym nagle oprzytomnieli i pospiesznie wrócili do swych zajęć. Tak mocno unikali patrzenia na Randa, że kilku zapomniało się ukłonić albo dygnąć.

Bashere i Bael wymienili spojrzenia; Bashere dmuchnął w swe sumiaste wąsy.

— Niech będzie, dziwne zdarzenia — powiedział. — Co dzień słyszy się kolejną opowieść o dziecku, które wypadło na bruk z okna znajdującego się na wysokości czterdziestu stóp i nawet nie miało siniaka. Albo o jakiejś babci, która stanęła na drodze dwu tuzinów rozpędzonych koni, tylko że one jakoś wcale jej nie poturbowały, nie obaliły na ziemię ani też nie stratowały. Pewien jegomość dwadzieścia dwa razy pod rząd wygrywał w kości pięć koron i to też uważają za twoją zasługę. Szczęściarz z niego.

— Powiadają — dodał Bael — że wczoraj z jakiegoś dachu spadł kosz pełen dachówek. Wszystkie spadły na ulicę nietknięte, ułożone w starożytny symbol Aes Sedai. — Zerknął na siwowłosego sługę, który stał z szeroko rozdziawionymi ustami i przyciskał wazon do piersi. — Nie wątpię, że tak się stało.

Rand powoli wypuścił powietrze z płuc.

Oczywiście nie wspomnieli o zdarzeniach innego rodzaju. O człowieku, który potknął się o próg i powiesił się, bo jego chustka zaczepiła się o klamkę. Od jakiegoś dachu oderwał się poluźniony gont i silny wiatr wrzucił go przez otwarte okno, a potem przez otwarte drzwi, zabijając kobietę, która siedziała przy stole razem ze swoją rodziną. Tego typu rzeczy zdarzały się, tyle że rzadko. Rzadko, ale nie przy nim. Raz z dobrym skutkiem, innym razem ze złym, zło bowiem działo się równie często jak dobro; wypaczał los przez to tylko, ze znajdował się w odległości kilku mil od miejsca zdarzenia. Nie, nawet gdyby te smoki zniknęły z jego ramion, a z dłoni wypalone czaple, to i tak nadal byłby naznaczony. Było takie porzekadło w Ziemiach Granicznych: “Obowiązek cięższy niż góra, śmierć lżejsza od pióra”. Jak już ta góra usadowiła się pewnie na twoich barkach, to nie było sposobu, żeby ją z nich zdjąć. Zresztą i tak nie było nikogo innego, kto mógłby ją ponieść, więc po co się skarżyć?