Dotknął angreala, małego tłustego człowieczka ukrytego w kieszeni. Świetnie by mu posłużył, gdyby Jedynej Mocy musiał użyć do obrony przed ludźmi, którzy wyrzekli się wszystkiego z jego powodu. Dlatego właśnie rzadko zapuszczał się do miasta. A w każdym razie była to jedna z przyczyn. Zresztą za dużo miał rzeczy do zrobienia, by sobie pozwalać na bezcelowe przejażdżki.
Karczma, do której prowadził go Bael, położona na zachodnim krańcu miasta, nazywała się “Pies Culaina”; składała się z dwóch pięter nakrytych dachem z czerwonych dachówek. Kiedy się zatrzymali na krętej bocznej uliczce, ciżba przechodniów rozstąpiła się i zbiła wokół nich w tłum. Rand ponownie dotknął angreala. — dwie Aes Sedai; powinien dać sobie z nimi radę bez jego pomocy — zanim zsiadł z konia i wszedł do środka. Rzecz jasna, nie przestąpił progu bramy przed trzema Pannami i dwoma Rękami Noża, stąpającymi na palcach i w każdej chwili gotowymi zasłonić sobie twarze. Prędzej nauczyłby kota śpiewać. Pozostawiwszy dwóch Saldaeańczyków przy koniach, Bashere i pozostali wkroczyli tuż za nim, razem z Baelem, a za nimi pozostali Aielowie, z wyjątkiem tych, którzy zostali na straży na zewnątrz. Tego, co ujrzeli, Rand się nie spodziewał.
Wspólna sala mogła należeć do setki innych gospód w Caemlyn; pod pobieloną ścianą stał rząd wielkich beczek z ale i winem, na których ustawiono mniejsze baryłki wypełnione brandy, a na tym wszystkim wylegiwał się pasiasty kot. Znajdowały się w niej ponadto dwa kamienne kominki z dokładnie wymiecionymi paleniskami, a między stołami oraz ławami ustawionymi na gołej posadzce pod belkowanym stropem uwijały się trzy, może cztery kobiety w fartuszkach. Oberżysta o krągłej twarzy i potrójnym podbródku, w białym fartuchu opiętym na wydatnym brzuchu, podbiegł do nich natychmiast, zacierając ręce i przyglądając się Aielom z niemal niedostrzegalnym śladem zdenerwowania w oczach. Caemlyn przekonało się, że Aielowie nie zamierzają łupić i palić wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu ich spojrzenia — przekonanie samych Aielów, że Andor to nie podbity kraj, w związku z czym nie mogą sobie wziąć należnej im jednej piątej, stanowiło zadanie o wiele trudniejsze -` ale to jeszcze nie znaczyło, by oberżyści byli przyzwyczajeni do widoku dwu tuzinów tych ludzi pojawiających się jednocześnie w ich głównej izbie.
Karczmarz skupił całą uwagę na Randzie i Bashere. Głównie na Bashere. Obaj, sądząc po odzieniu, z pewnością byli ludźmi zamożnymi, ale Bashere był starszy o dobrych parę lat, a zatem prawdopodobnie musiał być tym ważniejszym.
— Witaj, mój lordzie, witajcie, moi lordowie. Co mogę wam zaproponować? Mam wino z Murandy, a także z Andoru, brandy z...
Rand nie zwrócił uwagi na tego człowieka. Tym, co różniło tę wspólną salę od setki innych, byli goście. O tej porze spodziewałby się tu zobaczyć kilku mężczyzn, a tymczasem nie było tu żadnego. Przy stołach siedziało natomiast wiele pospolicie odzianych młodych kobiet, a właściwie dziewcząt, które obróciły się niemal jednocześnie, z filiżankami z herbatą w dłoniach, wgapione w nowo przybyłych. Niejednej wyraźnie zaparło dech na widok rosłej sylwetki Baela. Nie wszystkie jednak wpatrywały się w Aielów; w rzeczy samej kilkanaście wpiło wzrok w niego i to one właśnie sprawiły, że wytrzeszczył oczy. Znał je. Niezbyt dobrze, ale naprawdę je znał. Szczególnie jedna przyciągnęła jego uwagę.
— Bode? — zapytał z niedowierzaniem.
Ta dziewczyna o ogromnych oczach, które wwiercały się w niego — kiedy te włosy zdążyły tak jej urosnąć, że mogła je zapleść w warkocz? — to była Bodewhin Cauthon, siostra Mata. I była tam też pulchna Hilde Barran siedząca obok chudej Jerilin al’Caar, a dalej piękna Marisa Ahan, która jak zawsze, gdy coś ją zdziwiło, przyciskała dłonie do policzków, potem hoża Emry Lewin, Elise Marwin, Darea Candwin i... Wszystkie pochodziły z Pola Emonda albo jego okolic. Omiótł wzrokiem pozostałe stoły i stwierdził, że te inne też muszą być mieszkankami Dwu Rzek. A w każdym razie większość z nich — zauważył jedną twarz z Arad Doman, a także kilka innych, które musiały pochodzić gdzieś z daleka — ale wszystkie te suknie równie dobrze mógł zobaczyć dowolnego dnia na Łące w Polu Emonda.
— Co wy tutaj, na Światłość, robicie?
— Jedziemy do Tar Valon — zdołała wykrztusić Bode, mimo zdumienia. Jedynym podobieństwem łączącym ją z Matem było coś nieuchwytnie psotnego w oczach. Zdumienie wywołane jego widokiem prędko zniknęło, ustępując miejsca szerokiemu uśmiechowi niedowierzania i radości. — Żeby zostać Aes Sedai, tak samo jak Egwene i Nynaeve.
— O to samo mogłybyśmy zapytać ciebie — wtrąciła gibka Larine Ayellin, po czym pozornie niedbałym ruchem, który musiała z pewnością długo ćwiczyć, przerzuciła gruby warkocz przez ramię. Ta najstarsza z dziewcząt z Pola Emonda — o dobre trzy lata młodsza od niego, a za to jedyna oprócz Bode, która splatała włosy — miała zawsze wysokie mniemanie o samej sobie. Dostatecznie zresztą ładna, by wszyscy chłopcy utwierdzali ją w tym przekonaniu. — Lord Perrin nie powiedział o tobie więcej jak dwa słowa, wyjąwszy to, żeś wyruszył na poszukiwanie przygód. I że nosisz piękne kaftany, o czym sama się teraz przekonuję.
— Czy Mat dobrze się miewa? — spytała Bode, nagle zaniepokojona. — Czy jest z tobą? Matka tak się o niego martwi. On nawet nie pamięta o włożeniu czystych skarpet, jeśli ktoś mu o tym nie przypomni.
— Nie — odparł powoli Rand. — Jego tu nie ma. Ale miewa się dobrze.
— Wcale się nie spodziewałyśmy, że znajdziemy cię w Caemlyn — zapiszczała Janacy Torfinn cienkim głosikiem. Nie mogła mieć więcej jak czternaście lat; była najmłodsza, przynajmniej spośród mieszkanek Pola Emonda. — Założę się, że Verin Sedai i Alanna Sedai bardzo się ucieszą. One nas wiecznie wypytują o wszystko, co na twój temat wiemy.
A więc to były te dwie Aes Sedai. Poznał Verin, Brązową siostrę, i to lepiej niż tylko odrobinę. Nie miał jednak pojęcia, co sądzić o jej wizycie w Caemlyn. Zresztą raczej nie to było teraz najważniejsze. Te dziewczęta pochodziły z jego rodzinnych okolic.
— Czy w takim razie w Dwu Rzekach wszystko w porządku? W Polu Emonda też? Jak rozumiem, Perrin dotarł na miejsce, cały i zdrów. Zaraz! Lord Perrin?
Tym pytaniem jakby otworzył śluzę. Pozostałe dziewczęta z Dwu Rzek wolały popatrywać z ukosa na Aielów, zwłaszcza na Baela, nie skąpiąc przy tym spojrzeń rzucanych również w stronę Saldaean, za to dziewczyny z Pola Emonda zbiły się w gromadkę wokół Randa; wszystkie starały się powiedzieć jak najwięcej, opowiadały więc chaotycznie albo zaczynały od niewłaściwego miejsca, cały czas przeplatając swe opowieści pytaniami o niego i o Mata, o Egwene i Nynaeve. Na większość z tych pytań nie byłby w stanie odpowiedzieć przez godzinę, gdyby mu nawet dały szansę.
Na Dwie Rzeki napadły trolloki, ale lord Perrin je przepędził. W ten sam sposób opowiadały o wielkiej bitwie, jedna przez drugą, przez co trudno było wyłapać jakiekolwiek szczegóły, oprócz tego, że naprawdę doszło do bitwy. Oczywiście brali w niej udział wszyscy, ale to lord Perrin ich uratował. Zawsze lord Perrin; za każdym razem, gdy mówił o nim zwyczajnie “Perrin”, poprawiały go w ten odruchowy sposób, w jaki poprawia się kogoś, kto mówi “kozioł” zamiast “kozioł do cięcia drewna”.