Rand czuł ucisk w piersiach, nawet wtedy, gdy usłyszał, że atak trolloków został odparty. Opuścił ich, porzucając na pastwę czyhających zagrożeń. Gdyby wrócił, to być może lista poległych nie byłaby aż taka długa, nie zawierałaby tylu znajomych mu nazwisk. Ale gdyby wrócił, to nie miałby za sobą Aielów. Cairhien nie byłoby jego, w każdym razie nie w takim stopniu jak teraz, a Rahvin zapewne posłałby zjednoczony Andor przeciwko niemu i Dwu Rzekom. Za każdą decyzję, jaką podjął, trzeba było zapłacić cenę. Była to cena za to, kim był. A płacili ją inni ludzie. Musiał stale sobie przypominać, że w sumie jest o niebo niższa od tej, którą musieliby zapłacić bez niego. Ale to przypominanie wcale nie pomagało.
Przekonane, że to, co widzą na jego twarzy, to przerażenie wywołane listą poległych w Dwu Rzekach, dziewczęta pospiesznie przeszły do weselszych rzeczy. Wychodziło na to, że Perrin ożenił się z Faile. Rand życzył mu szczęścia i zastanawiał się, jak długo znalezione przez tych dwoje szczęście potrwa. Dziewczęta uważały, że to bardzo romantyczna i cudowna historia, zdając się jedynie żałować, że nie starczyło czasu na zwyczajowe przyjęcia weselne. Wszystkie najwyraźniej ten związek aprobowały, a nawet podziwiały Faile i były też odrobinę o nią zazdrosne, łącznie z Larine.
W Dwu Rzekach pojawiły się również Białe Płaszcze, a wraz z nimi Padan Fain, stary handlarz, który zwykł przyjeżdżać do Pola Emonda każdej wiosny. Dziewczęta wyraźnie nie miały pewności, czy Białe Płaszcze opowiedziały się po stronie wrogów czy przyjaciół, ale zdaniem Randa, gdyby istotnie należało w tym przypadku żywić jakieś wątpliwości, to rozstrzygała je osoba Padana Faina. Fain był Sprzymierzeńcem Ciemności, może nawet kimś gorszym od Sprzymierzeńca Ciemności, który zrobiłby wszystko, byle tylko zaszkodzić Randowi, Matowi i Perrinowi. Zwłaszcza Randowi. Dlatego wiadomość, że nikt nie widział, czy Fain zginął czy nie, zaliczała się do tych gorszych, jakie miały mu do przekazania. W każdym razie Białe Płaszcze wyjechały, natomiast z Gór Mgły spływała rzeka uchodźców, którzy przynosili najrozmaitsze nowości, od obyczajów po towary, rośliny, nasiona i ubrania. Wśród dziewcząt była jedna Domani, a także dwie Tarabonianki i trzy z Równiny Almoth.
— Larine kupiła sobie suknię uszytą przez Domani — powiedziała ze śmiechem mała Janacy, krzyżując wzrok z wymienioną — ale jej matka kazała ją odnieść z powrotem do szwaczki. — Larine podniosła rękę, potem zawahała się i tylko głośno pociągnąwszy nosem, poprawiła warkocz. Janacy zachichotała.
— Kogo obchodzą suknie? — wykrzyknęła Susa al’Seen. — Randa nie obchodzą suknie. — Drobna i trzpiotowata Susa zawsze łatwo się ekscytowała, a w tej chwili podskakiwała na czubkach palców. — Alanna Sedai i Verin Sedai poddały wszystkie sprawdzianom. No cóż. Prawie wszystkie...
— Cilia Cole też chciała być sprawdzona — wtrąciła krępa Marce Eldin. Rand nie najlepiej ją pamiętał, wyjąwszy to, że zawsze trzymała nos w jakiejś książce, nawet wtedy, gdy szła po ulicy. — Ona się tego dopraszała! Zdała sprawdzian, ale one jej powiedziały, że jest za stara, by zostać nowicjuszką.
Susa ciągnęła swoją kwestię jednocześnie z Marce:
— ...I my wszystkie zdałyśmy...
— Od Białego Mostu podróżowałyśmy cały dzień i prawie całą noc — weszła jej w słowo Bode. — Jak to miło spędzić trochę czasu w jednym miejscu.
— Czy ty widziałeś Biały Most, Rand? — spytała Janacy, zagadując Bode. — Sam Biały Most?
— ...I jedziemy do Tar Valon, żeby zostać Aes Sedai! — zakończyła Susa, rzucając groźne spojrzenie, którym ogarnęła jednocześnie Bode, Marce i Janacy. — W Tar Valon!
— Na razie jeszcze nie jedziemy do Tar Valon.
Głos, który odezwał się od drzwi wyjściowych, odwrócił uwagę dziewcząt od Randa, ale dwie Aes Sedai, które właśnie weszły do środka, z miejsca zbyły ich pytania gestami dłoni i swoją uwagę skoncentrowały na Randzie. Były kobietami całkiem się od siebie różniącymi, mimo pewnego podobieństwa twarzy. Wiek można im było przypisać dowolny, ale Verin, niska i krępa, miała kanciastą twarz i ślady siwizny we włosach, gdy tymczasem ta druga, która musiała być Alanną, była śniadą, smukłą kobietą, o drapieżnej urodzie, falujących czarnych włosach i oczach, w których płonęło światło mówiące wiele o jej temperamencie. Były teraz okolone ledwie widocznymi czerwonymi obwódkami, jakby od płaczu, aczkolwiek Rand raczej nie wierzył, by jakaś Aes Sedai mogła płakać. Jej suknia do konnej jazdy była uszyta z szarego jedwabiu z cięciami wypełnionymi zielenią i wyglądała tak, jakby dopiero co ją wdziała, podczas gdy jasnobrązowy strój Verin sprawiał wrażenie nieco zmiętego. Niemniej jednak ciemne oczy Verin były dostatecznie przenikliwe, nawet jeśli nie przykładała zbytniej wagi do stroju. Te jej oczy przywarły do Randa tak mocno jak małże do skały.
W ślad za nimi dwiema do głównej izby weszło dwóch mężczyzn w kaftanach w kolorze spłowiałej zmęczonej zieleni, jeden zwalisty i siwowłosy, drugi tak wysoki i smukły, że przywodził na myśl bicz; obaj nosili u bioder miecze, a ich sprężyste ruchy zdradzałyby w nich Strażników, nawet gdyby nie znajdowali się w towarzystwie Aes Sedai. Randa zlekceważyli całkowicie, obserwowali natomiast Aielów i Saldaean, w bezruchu, który ostrzegał, że lada chwila mogą zrobić coś, czego się nikt po nich nie spodziewa. Aielowie, ze swej strony, nawet nie drgnęli, ale czuło się wyraźnie, że gotowi są w każdym momencie zasłonić twarze, Panny i Ręce Noża tak samo, natomiast palce młodych Saldaeańczyków zaczęły nagle krążyć przy rękojeściach mieczy. Jedynie Bael i Bashere wyglądali na rzeczywiście spokojnych. Dziewczęta nie zauważyły niczego, całą uwagę skupiając na Aes Sedai, za to gruby oberżysta wyczuł nastrój i zaczął załamywać ręce, bez wątpienia wyobrażając już sobie swoją główną izbę doszczętnie zdewastowaną. O ile nie całą oberżę.
— Nie będzie żadnych kłopotów — oświadczył Rand głośno i stanowczo w stronę karczmarza i Aielów. Miał nadzieję zresztą, że wszyscy słyszeli. — Żadnych kłopotów, pod warunkiem, że wy nie zaczniecie, Verin. — Kilka dziewcząt wytrzeszczyło oczy, że on ośmiela się przemawiać takim tonem do Aes Sedai, przy czym Larine głośno pociągnęła nosem.
Verin przypatrywała mu się badawczo swymi ptasimi oczyma.
— A kim my jesteśmy, żeby ośmielić się sprawiać kłopoty w twojej obecności? Daleko zaszedłeś od czasu, kiedy widziałam cię po raz ostatni.
Z jakiegoś powodu nie chciał o tym rozmawiać.
— Skoro postanowiłyście jednak nie jechać do Tar Valon, to w takim razie musiałyście słyszeć o rozłamie w Wieży — Tym wywołał pełne zaniepokojenia szemranie dziewcząt; one z pewnością o niczym nie słyszały. Aes Sedai dla odmiany nie okazały żadnej reakcji. — Czy znacie może miejsce pobytu tych, które przeciwstawiły się Elaidzie?
— Są takie rzeczy, o których powinniśmy rozmawiać na osobności — odparła spokojnym tonem Alanna. — Panie Dilham, będziemy potrzebowali prywatnego gabinetu. — Oberżysta omal nie potknął się o własne nogi, tak gwałtownie rzucił się pokazywać, która izba jest do ich dyspozycji.
Verin ruszyła w stronę bocznych drzwi.
— Tędy, Rand. — Alanna spojrzała na niego, pytająco unosząc brew.
Rand powstrzymał się od krzywego uśmieszku. Dopiero co tu weszły, a od razu zaczęły komenderować, ale Aes Sedai czyniły to równie naturalnie jak oddychanie. Dziewczęta z Dwu Rzek wpatrywały się w niego z rozmaitymi stopniami współczucia. Bez wątpienia spodziewały się, że Aes Sedai obedrą go ze skóry, jeśli nie będzie mówił tego, co trzeba, i jeśli nie będzie siedział tak prosto, jakby kij połknął. Ukłoniwszy się gładko, dał znak Alannie, że ma iść przodem. A więc daleko zaszedł, czy tak? Nie miały pojęcia, jak daleko.