– Co teraz?
Zastanowił się chwilę.
– Teraz on wie, że my wiemy.
– Tak. Mam wracać do bazy?
– Raczej nie. Czy profesor mówił, jak długo facet będzie w Anglii?
– Nie. Zapytałem go wprost. Profesor nie wiedział. Nie powiedział mu.
– To normalne. – Rostow zmarszczył brwi. Chwilę kalkulował. – Pierwsze, co musi zrobić, to zameldować, że jest spalony. To znaczy, nawiązać kontakt ze swoim biurem w Londynie.
– Może już to zrobił.
– Tak, ale może mu zależy na spotkaniu. Zwykle podejmuje środki ostrożności, a to zabiera trochę czasu. Dobra, zostaw to mnie. Będę w Londynie dzisiaj. Gdzie teraz jesteś?
– Jeszcze w Oksfordzie. Przyjechałem prosto z lotniska. Nie mogę wrócić do Londynu wcześniej niż rano.
– W porządku. Zatrzymaj się w Hiltonie. Będę cię łapał w porze obiadowej.
– Dobrze. Á bientôt.
– Czekaj.
– Tak jest.
– Nie rób nic na własną rękę. Czekaj, aż przyjadę. Dobrze się spisałeś, nie spiernicz tego.
Hasan odwiesił słuchawkę.
Rostow stał przez chwilę bez ruchu. Zastanawiał się, czy Jasif coś kombinuje, czy po prostu się wściekł, bo każe mu się być grzecznym chłopczykiem. Raczej to drugie, zdecydował. Tak czy owak nie powinien nic popsuć przez następnych kilka godzin.
Rostow wrócił pamięcią do Dicksteina. Nie da im drugiej takiej okazji. Trzeba działać szybko i natychmiast. Włożył marynarkę, po czym wyszedł z hotelu, wziął taksówkę i pojechał do ambasady radzieckiej.
Musiał trochę poczekać i wylegitymować się czterem różnym osobom, zanim wpuszczono go w środku nocy. Gdy wszedł do pokoju łączności, dyżurny telefonista stanął na baczność.
– Usiądźcie – powiedział Rostow. – Jest robota. Najpierw jednak połączcie mnie z biurem w Londynie.
Telefonista wziął rozklekotany aparat i zaczął wykręcać numer. Rostow zdjął tymczasem marynarkę i podwinął rękawy.
– Towarzysz pułkownik Dawid Rostow chce mówić z najwyższym rangą oficerem bezpieczeństwa – powiedział telefonista i dał znak Rostowowi, by podniósł słuchawkę drugiego aparatu.
– Pułkownik Pietrow – odezwał się głos agenta, mężczyzny w średnim wieku.
– Pietrow, potrzebuję pomocy – zaczął Rostow, przystępując od razu do rzeczy. – O ile wiem, agent izraelski, Nat Dickstein, jest w Londynie.
– Tak, otrzymaliśmy jego rysopis pocztą dyplomatyczną, nie doniesiono nam jednak, że się pojawił.
– Posłuchajcie. Myślę, że może się kontaktować ze swoją ambasadą. Chcę, byście zaraz poddali obserwacji wszystkich legalnych przedstawicieli Izraela w Londynie.
– Powieś się, Rostow – zaśmiał się Pietrow. – Przecież to mnóstwo ludzi.
– Nie rżnij durnia. Masz setki ludzi. A Izraelczycy tuzin albo dwa.
– Przepraszam, Rostow, ale nie mogę rozpocząć takiej operacji z powodu waszego widzimisię.
Rostow miał ochotę skoczyć mu do gardła.
– To pilne!
– Dacie mi odpowiednie upoważnienia i jestem do usług.
– Do tego czasu on już będzie gdzie indziej!
– Nie moja wina, towarzyszu.
Rostow z furią cisnął słuchawkę.
– Zakute ruskie łby! Nic nie zrobią bez stosu podkładek. Dawaj Moskwę. Powiedz, żeby znaleźli Feliksa Woroncowa, gdziekolwiek jest, i niech tu dzwoni.
Telefonista zajął się wykonywaniem polecenia. Rostow, zniecierpliwiony, bębnił palcami o biurko. Pietrow to pewnie stary agent, bez żadnych ambicji, myśli tylko o emeryturze. Zbyt wielu takich pracuje w KGB.
Pięć minut później w słuchawce rozległ się zaspany głos szefa Rostowa, Feliksa:
– Słucham, kto mówi?
– Dawid Rostow. Jestem w Luksemburgu. Potrzebuję wsparcia. Myślę, że Pirat będzie próbował skontaktować się z ambasadą izraelską w Londynie, chcę, by obserwowano jej legalnych pracowników.
– Dzwoń do Londynu.
– Dzwoniłem. Chcą upoważnienia.
– To wystąp o nie.
– Do diabła, Feliksie, przecież teraz właśnie o nie występuję!
– Nic nie mogę zrobić o tej porze. Zadzwoń rano.
– Jak to? Na pewno możesz… – Nagle Rostow uświadomił sobie, o co chodzi. Z trudem zapanował nad sobą. – W porządku, Feliksie… Zadzwonię rano.
– Do widzenia.
– Feliksie…
– Tak?
– Zapamiętam to sobie.
Linia była już głucha.
– Gdzie teraz? – zapytał telefonista.
– Trzymaj na linii Moskwę – polecił zasępiony Rostow. – Muszę chwilę pomyśleć. – Powinien był się domyślić, że Feliks mu nie pomoże. Ten stary dureń chce, żeby misja skończyła się niepowodzeniem, przez co mógłby dowieść, że to przede wszystkim on, Feliks, powinien ją nadzorować. Możliwe nawet, że Feliks był w zmowie z Pietrowem i nieoficjalnie zakazał mu współpracy.
Rostow mógł zrobić tylko jedno. Było to bardzo ryzykowne i mogło zakończyć się odsunięciem go od sprawy. Być może tego właśnie spodziewał się Feliks. Nie może jednak narzekać, że gra się toczy o wysoką stawkę, bo sam do tego zmierzał. Zastanowił się przez chwilę, jak precyzyjnie przeprowadzić swój plan. W końcu polecił:
– Powiedz Moskwie, niech mnie połączą z apartamentem Jurija Andropowa, prospekt Kutuzowa 26.
Dyżurny uniósł brwi. Prawdopodobnie po raz pierwszy i ostatni dostał polecenie połączenia się z samym szefem KGB. Nie odezwał się jednak ani słowem. Rostow tymczasem czekał, kręcąc się niespokojnie.
– Mogę iść o zakład, że nie tak się pracuje w CIA – mruknął.
Na znak telefonisty Rostow podniósł słuchawkę.
– Tak? – zapytał ktoś.
Rostow podniósł głos i warknął:
– Wasze nazwisko i stopień!
– Major Piotr Edwardowicz Szczerbicki.
– Tu pułkownik Rostow. Chcę mówić z Andropowem. To sprawa najwyższej wagi, jeśli nie zgłosi się do telefonu w ciągu stu dwudziestu sekund, resztę życia spędzisz na budowie tamy w Bracku. Czy wyrażam się jasno?
– Tak jest, pułkowniku, proszę się nie rozłączać.
W chwilę później Rostow usłyszał głęboki, pewny siebie głos Jurija Andropowa, jednego z najpotężniejszych ludzi na świecie.
– Z powodzeniem udało ci się przestraszyć młodego Szczerbickiego, Dawidzie.
– Nie miałem innego wyjścia, towarzyszu.
– W porządku, mów śmiało. Mam nadzieję, że to nic złego.
– Mosad jest zainteresowany uranem.
– Do diabła!
– Pirat jest chyba w Londynie. Może kontaktować się ze swoją ambasadą. Chcę, by trzymano Izraelczyków pod obserwacją, ale stary dureń Pietrow z naszej ambasady robi mi trudności.
– Porozmawiam z nim, zanim wrócę do łóżka.
– Dziękuję, towarzyszu.
– Á propos, Dawidzie.
– Słucham?
– Dobrze, że mnie tym razem obudziłeś, ale na przyszłość uważaj.
Rozległ się charakterystyczny trzask odkładanej słuchawki. Rostow roześmiał się, wreszcie napięcie zaczęło go opuszczać. Choćby Dickstein, Hasan i Feliks stawali na głowie, poradzi sobie z nimi.
– Udało się? – zapytał z uśmiechem telefonista.
– Tak – odparł Rostow. – Nasz system jest nieskuteczny, ociężały i skorumpowany, ale w końcu zdobywamy to, co chcemy.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Rano niełatwo było Dicksteinowi rozstać się z Suzą i wracać do roboty.
Kiedy o jedenastej siedział przy oknie w restauracji na Fulham Road, czekając, aż pojawi się Pierre Borg, wciąż był… jak by to powiedzieć… oszołomiony. W informacji na Heathrow zostawił dla Borga wiadomość, by zjawił się w kawiarni dokładnie naprzeciwko lokalu, w którym sam się znajdował. Odnosił wrażenie, iż uczucie oszołomienia długo jeszcze go nie opuści, może nawet nigdy.
Obudziwszy się o szóstej rano, doznał chwilowej paniki, nie mając pojęcia, gdzie jest. Potem na poduszce dostrzegł przy swej twarzy długą smagłą rękę Suzy, zwiniętej we śnie w kłębek jak zwierzątko; wówczas to napłynęły wspomnienia nocy i Dickstein z trudem mógł uwierzyć swojemu szczęściu. Pomyślał, że nie powinien jej budzić, lecz nagle jego dłonie mimowolnie dotknęły ciała dziewczyny. Pod wpływem dotyku dziewczyna otworzyła oczy i zaczęli się radośnie kochać, uśmiechając się do siebie, a chwilami wybuchając głośnym śmiechem; w momencie spełnienia patrzyli sobie w oczy. Potem – półnadzy – wygłupiali się w kuchni, zaparzyli zbyt słabą kawę i przypalili grzanki. Dickstein pragnął zostać tu na zawsze.
Suza z okrzykiem zgrozy podniosła jego podkoszulek.
– Co to?
– Podkoszulek.
– Podkoszulek? Zabraniam ci nosić podkoszulki. Są staroświeckie, niehigieniczne i przeszkadzają w pieszczotach.
Miała tak przewrotną minę, że aż wybuchnął śmiechem.
– Dobra – powiedział. – Nie będę ich nosił.
– O to chodzi. – Otworzyła okno, a kiedy cisnęła podkoszulek na ulicę, Dickstein znów się roześmiał.
– A tobie – oświadczył – nie wolno nosić spodni.
– Niby dlaczego?
Teraz on z kolei posłał jej dwuznaczny uśmieszek.