– Wydaj rozkaz kapitanowi – powiedział Mahmud. Zostawił Hasana na mostku i zszedł pod pokład do swoich żołnierzy.
Spalał go irracjonalny gniew i napięcie. Tak samo zresztą, jak zauważył Hasan, jego ludzi. Spodziewali się walki około południa, a teraz muszą czekać, stłoczeni w kubryku i mesie, czyszcząc broń, grając w karty i chełpiąc się dawnymi sukcesami. Opętani żądzą walki wdawali się w niebezpieczne zawody w rzucaniu nożem, by sobie i innym dowieść odwagi. Jeden pokłócił się z dwoma marynarzami o jakąś rzekomą zniewagę: zanim ich rozdzielono, obydwu poorał szkłem twarze. Teraz załoga trzymała się od fedainów z daleka.
Hasan zastanawiał się, jak by sobie z nimi radził na miejscu Mahmuda. Ostatnio dużo o tym myślał. Dowódcą nadal był Mahmud, ale to on, Hasan, wykonał najważniejszą robotę: wytropił Dicksteina, doniósł o jego zamiarach, wymyślił plan kontrabordażu i ustalił miejsce pobytu “Stromberga”. Zaczynał się zastanawiać, jaką zajmie pozycję w ruchu po zakończeniu akcji. Najwyraźniej Mahmud zastanawiał się nad tym samym.
Cóż. Jeśli nawet ma dojść pomiędzy nimi do walki o władzę, teraz ta sprawa musi poczekać. Najpierw trzeba porwać “Coparellego” i zaskoczyć Dicksteina. Na myśl o tym Hasan czuł lekkie mdłości. Łatwo było tym zaprawionym w boju zbirom spod pokładu wmawiać sobie, że się cieszą perspektywą walki, ale Hasan nigdy dotąd nie brał udziału w wojnie i po raz pierwszy spojrzał w otwór lufy dopiero w zrujnowanej willi, kiedy wymierzył ją w niego Cortone. Bał się, lecz jeszcze większym strachem napawała go myśl, że się skompromituje okazując strach, że zawróci i ucieknie, że zwymiotuje, jak wtedy w willi. Zarazem jednak czuł podniecenie, bo jeśli zwyciężą… jeśli zwyciężą!
O szesnastej trzydzieści nastąpił fałszywy alarm, gdy dostrzegli zbliżający się statek, ale kiedy Hasan przyjrzał mu się przez lornetkę, oświadczył, że to nie “Coparelli”, i kiedy ich mijał, mogli odczytać nazwę na burcie: “Gil Hamilton”.
Z nadejściem zmroku Hasan się zaniepokoił. Przy takiej pogodzie dwa statki, nawet z zapalonymi światłami nawigacyjnymi, mogły się minąć nie dostrzeżone w odległości pół mili. Przez całe popołudnie nie było też z “Coparellego” ani jednego sygnału tajnego radionadajnika, choć – wedle meldunku Jakowa – Rostow usiłował wywołać Tyrina. Aby się upewnić, że “Coparelli” nie rozminie się z “Nablusem” nocą, będą musieli trzymać się w pobliżu i zmierzać ku Genui z prędkością “Coparellego”, a potem o świcie wznowić poszukiwania. Do tej pory jednak będzie w pobliżu “Stromberg” i fedaini mogą stracić szansę złapania Dicksteina w pułapkę.
Hasan już miał to wyjaśnić Mahmudowi – który przed chwilą wrócił na mostek – gdy w oddali zamigotało pojedyncze światełko.
– Stoi na kotwicy – powiedział kapitan.
– Skąd pan to wie? – zapytał Mahmud.
– To właśnie oznacza pojedyncze białe światło.
– To by wyjaśniało, dlaczego nie pojawił się w pobliżu Ibizy, gdzieśmy go oczekiwali – odezwał się Hasan. – Jeśli to “Coparelli”, przygotuj się do abordażu.
– Racja – zgodził się Mahmud i poszedł powiadomić swoich ludzi.
– Wygasić światła nawigacyjne – polecił Hasan kapitanowi. Kiedy “Nablus” zbliżał się do zakotwiczonego statku, zapadła noc.
– Jestem prawie pewien, że to “Coparelli” – oświadczył Hasan.
Kapitan opuścił lornetkę.
– Ma trzy dźwigi i nadbudówkę w części rufowej, za lukami ładunkowymi.
– Ma pan lepszy wzrok niż ja – powiedział Hasan. – To “Coparelli”.
Zszedł do mesy, gdzie Mahmud przemawiał do swoich żołnierzy. Spojrzał na Hasana. Ten skinął głową.
– Jest.
Mahmud odwrócił się z powrotem do swoich ludzi.
– Nie spodziewamy się silnego oporu. Załoga składa się ze zwykłych marynarzy i nie ma żadnych powodów, by była uzbrojona. Ruszamy w dwie łodzie, pierwsza atakuje lewą, druga prawą burtę. Na pokładzie nasze pierwsze zadanie to opanować mostek i nie dopuścić, by załoga posłużyła się radiem. Następnie całą załogę spędzamy na pokład. – Przerwał i zwrócił się do Hasana: – Powiedz kapitanowi, żeby podszedł do “Coparellego” jak najbliżej i zastopował maszyny.
Hasan zawrócił. Znów stał się chłopcem na posyłki. Poczuł, jak upokorzenie zalewa mu krwią policzki. Mahmud pokazywał, że to on dowodzi.
– Jasif!
Obejrzał się.
– Twoja broń – Mahmud rzucił mu pistolet. Hasan go złapał. To była prawie zabawka, damski pistolecik do noszenia w torebce. Fedaini ryknęli śmiechem.
Hasan pomyślał: też jestem niezły w te klocki. Odszukał coś, co wyglądało na bezpiecznik. Zwolnił. Wymierzył w pokład i nacisnął spust. Huk był bardzo głośny. Celując w deski pokładu opróżnił cały magazynek. Zapadła cisza.
– Chyba zobaczyłem mysz. – powiedział Hasan i odrzucił pistolet Mahmudowi.
Fedaini roześmieli się jeszcze głośniej.
Hasan wyszedł. Wrócił na mostek, przekazał kapitanowi polecenie i zeszedł na pokład. Było już bardzo ciemno. Przez jakiś czas “Coparelli” był tylko jednym światełkiem. Potem wytężywszy wzrok, na ciemnoszarym tle nocy Hasan rozróżnił czarny masywny kształt.
Fedaini, zachowując teraz ciszę, wyszli z mesy i stanęli na pokładzie razem z załogą. Silniki statku zamarły. Marynarze spuścili łodzie na wodę. Mahmud i fedaini przeleźli przez burtę.
Hasan płynął tą samą łodzią co Mahmud. Szalupa podskakiwała na falach, które z bliska wydawały się ogromne. Podchodzili do burty “Coparellego”. Na statku nie było śladu życia. Przecież, pomyślał Hasan, oficer wachtowy musi słyszeć odgłos dwóch zbliżających się silników? Nie zabrzmiał sygnał alarmowy, światła nie zalały pokładu, nikt nie wykrzyknął rozkazu i nie podbiegł do relingu.
Pierwszy po drabince wspiął się Mahmud. Zanim Hasan wszedł na pokład “Coparellego”, na prawej burcie zaroiło się od ludzi z drugiej grupy. Rzucili się do włazów i skoczyli na drabinki. Wciąż ani śladu załogi “Coparellego”. Hasana tknęło okropne przeczucie, że stało się coś strasznego. Wszedł za Mahmudem na mostek. Było tam już dwóch ludzi.
– Zdążyli użyć radia? – zapytał Hasan.
– Kto? – powiedział Mahmud.
Wrócili na pokład. Ludzie powoli wyłazili z wnętrza statku, skonsternowali, z zimną bronią w rękach.
– “Mary Celeste”, statek widmo – stwierdził Mahmud.
Dwóch ludzi podeszło przez pokład, prowadząc między sobą wystraszonego marynarza.
– Co tu się stało? – zapytał Hasan po angielsku. Marynarz odpowiedział w jakimś innym języku. Hasanowi przyszła nagle do głowy zatrważająca myśl.
– Sprawdźmy ładownię – powiedział do Mahmuda.
Znaleźli zejściówkę, którą dotarli do ładowni. Hasan odszukał kontakt i włączył światło. Ładownię wypełniały szczelnie zalutowane i zablokowane drewnianymi klinami wielkie blaszane beki. Na każdej z nich widniało namalowane szablonem słowo “Plumbat”.
– To jest to – powiedział Hasan. – Uran.
Popatrzyli na beczki, a potem na siebie. Na chwilę zapomnieli o rywalizacji.
– Udało się – powiedział Hasan. – Na Boga, udało się.
Z zapadnięciem zmroku Tyrin zobaczył, że mechanik idzie na dziób, żeby włączyć białe światło. W drodze powrotnej minął mostek i zszedł do pentry – zamierzał coś zjeść. Tyrin też był głodny. Dałby sobie uciąć rękę za talerz solonego śledzia i bochenek razowca. Kiedy skulony w szalupie przez całe popołudnie czekał na ruch Kocha, myślał tylko o tym, że jest głodny i zadręczał się wizjami kawioru, wędzonego łososia, grzybków marynowanych i – przede wszystkim – razowca.
Jeszcze nie, Piotrze, powiedział sobie.
Ledwie Koch zniknął mu z oczu, Tyrin wygramolił się z szalupy i przezwyciężając opór zesztywniałych mięśni pognał do składziku na dziobie. Poprzestawiał pudła i rupiecie w głównym magazynku, tak aby zasłaniały wejście do jego małej kabiny radiowej. Teraz musiał posuwać się na czworakach, odsunąć jedno z pudeł i przez wąski tunel wpełznąć do środka. Aparat powtarzał krótki dwuliterowy sygnał. Tyrin sprawdził w książce szyfrów: przed potwierdzeniem odbioru musi przejść na inną częstotliwość. Włączył nadawanie i postąpił według instrukcji.
Odpowiedź Rostowa przyszła natychmiast: Zmiana planu. Hasan zaatakuje Coparellego.
Tyrin z niedowierzaniem zmarszczył czoło. Nadał: Proszę powtórzyć.
Hasan zdrajca. Fedaini zaatakują Coparellego.
Tyrin powiedział głośno:
– Jezu, co się dzieje: “Coparelli” jest na miejscu, on na nim… Dlaczego Hasan miałby… dla uranu, rzecz jasna.
Rostow nadawał dalej: Hasan zamierza pochwycić Dicksteina w pułapkę. Musimy o tym uprzedzić Dicksteina, aby zrealizować nasz plan.
Rozszyfrowując tę informację, Tyrin zmarszczył brwi. Potem zrozumienie rozjaśniło mu twarz.
– Potem wrócimy wyrównać rachunki – mruknął pod nosem. – Sprytnie. Ale co ja mam robić?
Nadał: Jak?
Wywołasz Stromberga na zwykłej częstotliwości Coparellego i nadasz słowo w słowo, powtarzam: słowo w słowo, dyktuję: Coparelli do Stromberga. Opanowano statek, przypuszczalnie Arabowie, uważajcie. Koniec.
Tyrin skinął głową. Dickstein pomyśli, że Koch zdążył nadać kilka słów, zanim Arabowie go wykończyli. Ostrzeżony, Dickstein zdoła przejąć “Coparellego”. Potem zgodnie z planem “Karolinka” staranuje statek Dicksteina. Ale co ze mną? – pomyślał Tyrin.
Nadał: Zrozumiałem. Usłyszał dalekie stukniecie, jak gdyby coś uderzyło w burtę statku. Zrazu to zignorował, ale po chwili przypomniał sobie, że na pokładzie prócz niego jest tylko Koch. Dotarł do drzwi głównego składziku i wyjrzał.
Fedaini.
Zamknął drzwi i pośpieszył z powrotem do aparatu. Nadał: Hasan już tu jest.
Rostow odpowiedział: Natychmiast powiadom Dicksteina.
Co mam robić potem?
Ukryj się.
Serdeczne dzięki, pomyślał Tyrin. Nadał potwierdzenie odbioru i przestroił nadajnik, żeby wywołać “Stromberga”. Przez głowę przemknęła mu złowieszcza myśl, że może już nigdy nie posmakuje solonego śledzika.