— Tak, tak — przerwał znów Rumata. — Wierzę. Piszesz więc coś nowego?
— Zamierzam właśnie złożyć do rozpatrzenia ministrowi rozprawę o nowym państwie, którego wzorcem jest dla mnie Obszar Świętego Zakonu.
— Co takiego? — zdziwił się Rumata. — Chcesz nas wszystkich zapędzić do klasztoru?…
Ojciec Kin zacisnął ręce i pochylił się.
— Pozwolę sobie wyjaśnić, szlachetny panie — rzekł zapalczywie, oblizując wargi — że chodzi tu o coś zupełnie innego! O podstawowe zasady nowego państwa. Są to zasady proste i jest ich tylko trzy — ślepa wiara w nieomylność ustaw, bezwzględne podporządkowanie się onym oraz wzajemna nieustanna obserwacja!
— Hm — rzekł Rumata. — A po co?
— Jak to „po co”?
— Głupi jesteś mimo wszystko. No dobrze, wierzę ci. Co to ja chciałem powiedzieć?… Aha! Jutro przyjmiesz dwóch nowych nauczycieli. Jeden z nich, ojciec Tarra, bardzo czcigodny starzec, jest biegły w tej… kosmografii. a drugi, brat Nanin, też człowiek biegły — w historii. To moi ludzie, więc przyjmij ich, jak należy. Oto zastaw. — Rumata rzucił z brzękiem no stół sakiewkę. — Z tego pięć dukatów dla ciebie… Wszystko jasne?
— Tak, szlachetny panie — odpowiedział ojciec Kin. Rumata ziewnął i rozejrzał się po gabinecie.
— To dobrze. Mój ojciec nie wiem dlaczego bardzo lubił ich obu i w swej ostatniej woli polecił mi urządzić im odpowiednie życie. Wytłumacz mi, mój mędrcze, skąd w wielkim panu wzięło się takie upodobanie do uczonych?
— Może jakieś specjalne zasługi? — podsunął ojciec Kin.
— Co masz na myśli? — spytał podejrzliwie Rumata… — Chociaż… dlaczego nie? Tak… Była jakaś ładniutka córka czy siostra… Wina oczywiście nie masz?
Kin ze skruchą rozłożył ręce. Rumata wziął ze stołu arkusz papieru i przez chwilę trzymał go przed oczami.
— „Sprzyjanie…” — przeczytał. — Mądrale, ho, ho! — Upuścił papier na podłogę i wstał. — Pilnuj, by twoja uczona zgraja nie zrobiła im tu jakiej krzywdy. Wpadnę któregoś dnia i jeżeli się dowiem… — Podsunął Kinowi pięść pod nos. — No, dobrze już, dobrze, nie bój się…
Kin zachichotał z należytym szacunkiem. Rumata skinął mu głową i wyszedł rysując ostrogami podłogę.
Na ulicy Arcydziękczynienia wstąpił do sklepu z bronią, kupił nowe pierścienie do pochwy na miecze, wypróbował kilka kindżałów (rzucał nimi w ścianę, przymierzał do dłoni, ale nie spodobały mu się), następnie przysiadłszy się na ladzie wdał się w pogawędkę z właścicielem, ojcem Haukiem. Hauk miał smutne, poczciwe oczy i małe, blade ręce upstrzone plamami z atramentu. Rumata podyskutował z nim chwilę o walorach wierszy Curena, wysłuchał interesującego komentarza do wersu: „Jako liść zwiędły opada na duszę…”, poprosił Hauka o przeczytanie któregoś z najnowszych utworów własnych i powzdychawszy wraz z autorem nad niewypowiedzianie smutnymi strofami, zadeklamował mu przed odejściem „Być albo nie być” w swoim przekładzie na język irukański.
— Święty Miko! — wykrzyknął rozpromieniony ojciec Hauk. — Czyje to wiersze?
— Moje — odpowiedział Rumata i wyszedł.
Wstąpił do „Szarej Radości”, wypił szklankę arkanarskiej kwaśnicy, uszczypnął w policzek oberżystkę, przewrócił, sprytnie zawadziwszy mieczem, stolik etatowego informatora wybałuszającego nań baranie oczy, następnie powędrował w najdalszy kąt lokalu i odszukał tam brodatego obszarpańca z kałamarzem zawieszonym na szyi.
— Witaj, bracie Nanin — powiedział. — Ile próśb napisałeś dzisiaj?
Brat Nanin odsłonił w nieśmiałym uśmiechu drobne zepsute zęby.
— Ludzie mało piszą teraz próśb, szlachetny panie. Jedni uważają je za bezcelowe, drudzy zaś liczą na to, że w najbliższym czasie wezmą sobie bez pozwolenia.
Rumata nachyliwszy się szepnął mu na ucho, że w Szkole Patriotycznej wszystko załatwione.
— Masz tu dwa dukaty — dodał na zakończenie. — Przyodziej się, doprowadź do przyzwoitego wyglądu i bądź bardzo ostrożny… przynajmniej w pierwszych i dniach. Ojciec Kin to człowiek niebezpieczny.
— Przeczytam mu mój „Traktat o pogłoskach” — rzekł wesoło brat Nanin. — Dziękuję, szlachetny panie.
— Czegóż się nie robi dla pamięci ojca! A teraz powiedz mi, gdzie mogę znaleźć ojca Tarrę?
Nanin przestał się uśmiechać i z konsternacją zamrugał powiekami.
— Wczoraj wybuchła tu bijatyka — powiedział. — Ojciec Tarra wypił trochę za dużo. A poza tym jest przecież rudy… Złamali mu żebro.
Rumata chrząknął z irytacją.
— Ładna historia! i dlaczego wy tyle pijecie?
Chwilami nie sposób wytrzymać — odparł smutno Nanin.
— To prawda. No, trudno, masz tu jeszcze dwa dukaty. Pilnuj go.
Nanin schylił się szukając jego ręki. Rumata cofnął się.
— No, no — powiedział. — Nie jest to najlepszy z twoich żartów, bracie Nanin. Żegnaj.
W porcie cuchnęło jak nigdzie w Arkanarze. Słoną wodą, zatęchłym mułem, przyprawami, smołą, dymem, zleżałą peklowiną, z tawern buchał odór czadu, smażonej ryby, skwaśniałego piwa W dusznym powietrzu kłębiły się różnojęzyczne przekleństwa. Na molo, w ciasnych przejściach między składami, wokół tawern tłoczyły się tysiące ludzi o najbardziej osobliwym wyglądzie — rozchełstani marynarze, nadęci kupcy, rybacy z ponurymi twarzami, handlarze niewolników, handlarze kobiet, wymalowane dziewki, pijani żołnierze, jakieś podejrzane, obwieszone bronią indywidua, fantastyczni oberwańcy ze złotymi bransoletami na brudnych łapach. Wszyscy byli podnieceni i wściekli. Z rozkazu don Reby już trzeci dzień żaden statek ani czółno nie mogły opuścić portu. U pomostów szarzy szturmowcy bawili się zardzewiałymi rzeźnickimi toporami, spluwali obrzucając tłum bezczelnym, złośliwym wzrokiem. Na zasekwestrowanych statkach siedzieli w kucki grupami po pięć, sześć osób miedzianoskórzy ludzie, odziani w skóry zwierzęce i miedziane kołpaki. Byli to najemnicy barbarzyńscy, nic nie warci w walce wręcz, natomiast bardzo groźni na odległość z powodu swej broni — długachnych rurek wyrzucających zatrute kolce pod naporem sprężonego powietrza. A za lasem masztów na otwartej redzie czerniały w martwym bezwietrzu długie galery królewskiej floty wojennej. Od czasu do czasu tryskały z nich czerwone strumienie ognia zmieszanego z dymem — to podpalano na postrach ropę naftową.
Rumata minął urząd celny, gdzie przed zamkniętymi drzwiami stała gromada posępnych wilków morskich, daremnie oczekujących na pozwolenie wyjścia w morze, przepchnął się przez krzykliwy tłum handlujący czym popadło (od niewolnic i czarnych pereł do narkotyków i tresowanych pająków), wyszedł na molo spostrzegłszy kątem oka ułożone rzędem na widok publiczny rozdęte trupy w marynarskich bluzach, wreszcie opisał łuk przez zaśmiecone pustkowie i zapuścił się w cuchnące uliczki dzielnicy Portowej. W drzwiach nędznych spelunek drzemały półnagie dziewki, na skrzyżowaniu ulic leżał twarzą w dół Pijany żołnierz z kieszeniami wywróconymi podszewką na wierzch, pod ścianami domów skradały się podejrzane typy o wybladłych twarzach.
Rumata znalazł się tu po raz pierwszy w biały dzień, toteż był początkowo zdziwiony, że jego osoba nie wzbudza zainteresowania — przechodnie spoglądali zapuchniętymi oczami gdzieś obok lub jak gdyby skroś niego, aczkolwiek ustępowali mu z drogi. Ale gdy skręcając w boczną ulicę obejrzał się przypadkowo, zdążył zauważyć, jak kilkanaście głów różnego kalibru, męskich i kobiecych, kudłatych i łysych, znika błyskawicznie w drzwiach, oknach i podsieniach. Dopiero wtedy uświadomił sobie dziwną atmosferę tego ohydnego miejsca, nie tyle wrogą czy niebezpieczną, ile pełną jakiejś niedobrej, wyrachowanej ciekawości.